Legendy starego Stanisławowa. Część XI

Legendy starego Stanisławowa. Część XI Brytyjskiemu podróżnikowi Spencerowi najbardziej zapamiętali się stanisławowscy Żydzi (pocztówka z kolekcji Wołodymyra Szulepina)

Jak tylko nie nazywali Iwano-Frankiwsk pisarze, poeci i historycy – Przykarpacki Babilon, Miasto w międzyrzeczu Bystrzyc, Brama Karpat, Stolica Pokucia, Sławne miasto Frankowe. Wszystkie te toponimy wymyślili nasi rodzimi dobrodzieje. Interesujące, z czym kojarzyło się nasze miasto obcym?

Nowa Jerozolima
W 1836 roku angielski kapitan Edmund Spencer powracał z Kaukazu do domu. Jego droga przebiegała przez Przykarpacie. Brytyjczyk przez Śniatyn i Stanisławów jechał do Lwowa. W Londynie podróżnik wydał książkę z nieco przydługą nazwą: „Podróże po zachodnim Kaukazie oraz przejazd przez Imerycję, Mingrelię, Turcję, Mołdawię, Galicję, Śląsk i Morawy w 1836 roku”. Naszemu miastu dzielny kapitan poświęcił jeden akapit – i to jaki!

– Stanisław, stolica okręgu o tej samej nazwie, bez wątpienia jest jednym z najpiękniejszych i ładnie zbudowanych miast Galicji. Leży na rozległej równinie i może nazywać się „Nową Jerozolimą, stolicą Żydów”, ponieważ większość jego mieszkańców należy do wiary Mojżeszowej – pisał Spencer.

Dlaczego tak szczególnie zapamiętał stanisławowskich Żydów, autor nie podaje.

Deputowany z Chryplina
Po rewolucji 1848 roku Austria stała się monarchią konstytucyjną i otrzymała jednoizbowy parlament – Reichstag. W wyborach z okręgu stanisławowskiego zwyciężył Ukrainiec Hryć Petryszyn – gospodarz z podmiejskiego Chryplina. Kapłan Ambroży Szankowski w swych „Wspomnieniach o wydarzeniach niedawnych” interesująco opisuje działalność parlamentarną ludowego deputowanego.

– Był to dobry i zamożny, jednak bardzo ograniczony gospodarz. We Wiedniu było mu nudno, szczególnie na posiedzeniach parlamentu, gdzie zasiadał obok o. Hryhoryja Szaszkiewicza. Aby przegonić nudę, kupował nasz poseł pełną pazuchę bułek i jadł je jedną po drugiej, dopóki mu starczało. Później zasypiał. Do głosowania czy opuszczenia sali trzeba było go budzić, co robił o. Szaszkiewicz.

Pewnego dnia otrzymał Petryszyn list z domu, że ukradziono mu dwa woły. Zasmucony przyszedł na zebranie, najadł się bułeczek i zasnął. W tym dniu w parlamencie trwała burzliwa dyskusja. Chodziło o pociągnięcie do odpowiedzialności marszałka Windischgrätza, który rozstrzelał frankfurckiego posła Roberta Bluma za udział w powstaniu w Wiedniu.

Gdy zaczęło się imienne głosowanie, przy słowach „Hryhorij Petryszyn” o. Szaszkiewicz trącił sąsiada. Ten, śpiący, wstał i zawołał na cały głos: „Robert Blum i Robert Blum! Przez tydzień nic innego nie słyszę. Zastrzelili go i dobrze. Lepiej wydajcie ustawę, żeby wołów nie kradli!”.

Gdy sąsiedzi podpowiadali mu, żeby oddał swój głos za ukaranie marszałka, Hryhorij machnął ręką i powiedział: „Niech”. Przewodniczący zaliczył ten głos jako niemieckie „nein” i Petryszyn zdobył sławę zaciętego reakcjonisty.

Po powrocie z sesji poseł rozpowiadał sąsiadom, że „na posła się nie nadaje i w przyszłości należy obierać tam ludzi mądrych”.

Posiedzenie austriackiego Reichstagu w 1848 roku (ze zbiorów autora)

Dlaczego Lipowa Aleja?
Obecna ulica Szewczenki kiedyś nazywała się Lipowa. Swą nazwę otrzymała od wybujałych lip, które i dziś wzdłuż niej rosną. Ich pojawienie się związane jest z kolejną legendą.

W połowie XIX wieku w starym myśliwskim budynku pośród parku mieszkała rodzina barona Romaszkana. Dynastia była pochodzenia ormiańskiego i dlatego nie ma nic dziwnego, że jeden z jej przedstawicieli był prałatem w kościele ormiańskim. Autobusów wówczas nie było i kapłan do świątyni (i z powrotem) chodził piechotą. Szczególnie dokuczliwe było to zimą, gdy szybko zapadał zmrok. Ramaszkan stale błądził, wypadał z drogi, błąkał się zaśnieżonymi polami, przemaczał nogi i wskutek tego – często chorował. Z powodu chronicznego kataru nawet nie mógł prawić kazania. Jednak cierpliwość mu się skończyła i nakazał on obsadzić drogę do domu lipami. Tak pojawiła się Lipowa Aleja.

Chodzi jak Oremus
W połowie XIX wieku w Stanisławowie o osobie, która zachowywała się dziwnie, mówiono, że „chodzi jak Oremus”. Było to określenie tak popularne, że nawet zostało odnotowane w zbiorze etnograficznym Sadoka Barącza „Bajki, legendy i przysłowia na Rusi”, który ujrzał świat w 1866 roku. Autor zanotował tam taką etymologię tego powiedzenia.

– Był w Stanisławowie profesor gimnazjalny, stary kawaler, zawsze zamyślony. Gdy przychodził do szkoły czy do domu, zawsze zdejmował kapelusz i mówił: „Oremus”.

Po ulicach często chodził zupełnie bez celu i często zawracał, niby czegoś zapomniał. Zdarzało się, że witając się z kimś, mówił: „Oremus” zamiast „Padam do nóżek” – pisze Barącz.

Po łacinie oremus oznacza módlmy się.

Zofiówka
Jedną z dzielnic Iwano-Frankiwska, leżącą pomiędzy Górką i Pozytronem, nazywają „Zofiówką”. Jak głosi nauka toponimika, nazwy nie wynikają bez sensu. Nie omija to i tej dzielnicy.

W XIX wieku pomiędzy Stanisławowem i wioską Wowczyńcy leżała błotnista okolica. Maleńkie stawki i grzęzawiska stałyby się idealną sceną do filmu „Pies Baskervillów”. Pewnego razu w tej ponurej scenerii wydarzyła się tragedia. Dziewczynka z Wowczyniec, o imieniu Sofijka, poszła na spacer i utonęła w błocie. Nie wiadomo, po co w ogóle tam poszła. Tajemnicą zostaje, czy przypadkiem nie popełniła samobójstwa, czy faktycznie wciągnęło ją grzęzawisko. Od jej imienia okolice nazwano Zofiówką, a gdy tam pojawiła się wioska, to już nazwy nie zmieniano.

Otóż, czasami aby przejść do historii, nie musi się być kimś sławnym, wystarczy utonąć w błocie.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 17 (309) 18-27 września 2018

X