Legendy starego Stanisławowa. Część VIII Przy pomocy „sił wyższych” czy bez niej, ale Anna Witkowska została jednak matką (ze zbiorów autora)

Legendy starego Stanisławowa. Część VIII

Zmyślone i niezmyślone…

Bezpłodna panienka
W XVIII wieku mieszkała w Stanisławowie małżeńska para – szlachetny Jan Chryzostom Witkowski i jego wierna żona Anna. Małżeństwo uważane było za zamożne, uczciwe i solidne, ale nie mieli dzieci. Odwiedzali drogich lekarzy, do różnych babek-wróżek chodzili – wszystko nadaremnie. Wówczas Jan Chryzostom postanowił zwrócić się do sił wyższych. W niedzielę poszedł do kościoła trynitarzy (stał kiedyś przy ul. Starozamkowej) i klęknąwszy przed obrazem św. Feliksa Walona, wymodlił sobie następcę. W klasztorze było wiele obrazów świętych, ale to właśnie św. Feliks „odpowiadał” za rozmnażanie i spójność rodzin chrześcijańskich.

Oto stał się cud. Wkrótce Anna zaszła w ciążę i po należnym czasie powiła chłopca. Szczęśliwi rodzice nazwali go Markiem Feliksem – odwdzięczając się w taki sposób świętemu. Chłopak rósł mądry i piękny, przynosząc radość rodzicom. Przed jego dniem urodzin Anna Witkowska co roku odwiedzała kościół trynitarzy, gdzie przed znanym sobie obrazem paliła dwie świece.

Jedną dla św. Feliksa, a drugą… dla sąsiada Marka.

Najważniejszy generał
Na Rynku stoi stara piętrowa kamienica. Na planie miasta z roku 1769, rosyjski kapitan Szyrkow oznaczył tę budowlę jako „Dom tutejszych naczelników”. Na mapach późniejszych figuruje jako „Dom generała”. Zapytają państwo, co robił rosyjski kapitan w naszym mieście?

Wszystko jest bardzo proste. W 1768 roku Moskale okupowali Stanisławów i wykorzystywali go jako bazę aprowizacyjną podczas wojny rosyjsko-tureckiej. Tak było do czasu, dopóki nie wyparli ich stąd Austriacy. Z tych czasów pozostała anegdota, którą spisał historyk Sadok Barącz. Znana jest pod tytułem „Moskiewski generał”.

„Zdobywszy miasto, jeden generał obchodził przede wszystkim kościoły, a potem urzędy miejscowych dygnitarzy i zapytywał każdego – Coś ty za jeden? Na co odpowiadano mu: „Jestem konsularzem”, „Jestem sekretarzem”, „Jestem kontrolerem” itd. On na to odpowiadał każdemu – A ja tu jestem główny!

W pewnym urzędzie na pytanie generała jakiś urzędnik ośmielił się odpowiedzieć: „Jestem durniem”. Na co generał nie zastanawiając się odpowiedział – A ja jestem głównym!”

Nie można wykluczyć, że ten sam „główny dureń” zamieszkał później we wspomnianym domu. Między innymi rosyjskim korpusem ekspedycyjnym dowodził wówczas gen. Aleksander Prozorowski.

Szanujmy cesarza
Po przyłączeniu Galicji do Imperium Austriackiego w 1772 roku pojawił się w Stanisławowie niemiecki starosta. Miastem rządziła Katarzyna Kossakowska i niebawem pomiędzy tymi „odłamami władzy” wybuchła prawdziwa wojna.

Pewnego razu starosta zawitał do pałacu właścicielki miasta. Śmiało wszedł do prywatnych komnat i zbliżył się do kanapki, na której siedziała pani Katarzyna, nawet nie zdjąwszy kapelusza. Na uwagę kobiety odrzekł, że jest takim samym podwładnym cesarza jak pani Katarzyna i nie widzi konieczności zdejmowania kapelusza. Oburzona kobieta tak tego zostawić nie mogła.

Nakazała wywiesić w sali portrety Józefa II i Marii Teresy, ale tak, żeby nie bardzo rzucały się w oczy. Swemu hajdukowi o potężnym wzroście i sile nakazała wszystkich odwiedzających prosić grzecznie o zdjęcie kapeluszy. Starosta znów odwiedził kobietę, a hajduk grzecznie zaproponował mu zdjęcie nakrycia głowy. Gość jednak zlekceważył prośbę. Wówczas sługa wymierzył Niemcowi tak mocny policzek, że kapelusz spadł sam. Z lekkim uśmiechem pani Kossakowska wskazała wówczas na portrety i oznajmiła gościowi: „Naucz się waćpan szanować postacie monarchów”.

Czerwony ze złości starosta nic nie odpowiedział, ale następnym razem zdejmował kapelusz z głowy już bez przypominania.

Armaty Potockich
Jeżeli uważnie patrzeć pod nogi, to przed technicznym wjazdem na teren dawnego pałacu Potockich można zobaczyć dwie niewielkie armaty. Są głęboko wkopane w ziemię i obecnie widać tylko ich lufy. Niektórzy krajoznawcy twierdzą, że są to pozostałości po potężnej artylerii fortecznej Potockich, która w XVIII wieku liczyła do 200 armat. Jacyś „czarni archeolodzy” niedawno starali się je wykopać, ale okazało się, że są przyspawane do bramy pod ziemią. Zdarty w tym miejscu asfalt do dziś przypomina o tej nieudanej próbie kradzieży.

Interesujące jest, czy usiłowaliby złodzieje ukraść te armaty, gdyby wiedzieli, że nie są one prawdziwe? W rzeczywistości są to dwa metalowe pachołki, jedynie z lekka stylizowane na lufy armatnie. Zostały tu wkopane w celu jak najbardziej prozaicznym – żeby karety i powozy swymi kołami nie niszczyły bramy. Podobne urządzenia ostały się też przed stacją pogotowia przy ul. Strzelców Siczowych.

Prawdziwa artyleria pałacowa była o sto lat starsza.

Jak cesarz w Stanisławowie gościł
W 1782 roku prowincjonalnym Stanisławowem wstrząsnęła nowina – jedzie do nas cesarz! Niebawem świta cesarza Świętego Imperium Rzymskiego Józefa II uroczyście wjechała do miasta. Właścicielka miasta Katarzyna Kossakowska przygotowała dla tak wysokich gości wspaniałe apartamenty w pałacu. Jednak nie wiadomo dlaczego na miejsce pobytu cesarz obrał „jednogwiazdkowy” zajazd żydowski przy bramie Tyśmienickiej, ignorując zaproszenie pani Kossakowskiej. Możliwie, że nie chciał być w czymś od niej zależny, a może nadawał przewagę żydowskiej kuchni koszernej – tego już nikt nam nie powie.

Trzy dni gościł cesarz w mieście. Trzy dni jego świta mężnie walczyła z wszelkimi możliwymi insektami i nieprzyjemnymi zapachami w zajeździe. Ale Habsburgowi taka egzotyka się spodobała. Przed opuszczeniem na zawsze gościnnych murów zajazdu podarował gospodarzowi 2000 reńskich złotych, z których przedsiębiorczy gospodarz wybudował sobie nowy budynek zajazdu i umieścił na frontonie napis: „Tu był Józef II”.

Zgódźcie się państwo, że ta historia bardziej wygląda na anegdotę – a i umieszczona jest ona jedynie we „Wspomnieniach anegdotycznych” niejakiego Cieszkowskiego.

A tak prawdę mówiąc, w czerwcu 1783 roku cesarz Józef II był we Lwowie. Chociaż Katarzyna Kossakowska bardzo serdecznie zapraszała go do Stanisławowa – tam nie pojechał. Więc historia o pobycie cesarza w zajeździe jest chyba chwytem reklamowym samego gospodarza, aby przyciągnąć klientów.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 11 (303) 15-28 czerwca 2018

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X