Legendy starego Stanisławowa. Część 99 Ruiny Stanisławowa w 1917 r. Po lewej na ścianie reklama maszyn „Singer. Zdjęcie z kolekcji Wołodymyra Szulepina

Legendy starego Stanisławowa. Część 99

Singer

Po rozpadzie Związku Radzieckiego po miastach i wioskach zaczęli jeździć jacyś ludzie i masowo skupywać stare maszyny do szycia marki „Singer”. Jak na te czasy kryzysowe proponowali dość dobre pieniądze. Nikt nie rozumiał, po co komuś to stare żelastwo? Wysuwano różne wersje. Powiadano, że za „babci Austrii” pewne części tych urządzeń produkowano z platyny. Niby miał to być wówczas być tani metal i masowo wykorzystywano go przy produkcji maszyn do szycia.

Reklama maszyn do szycia „Singer”. Zdjęcie ze źródeł internetowych

Jest jeszcze inna, bardziej interesująca, legenda. Przed wojną czy nie co druga żydowska rodzina miała maszynę „Singer”, która w wielu wypadkach była karmicielką rodziny, przy szyciu czy naprawie odzieży. Chociaż Żydzi często narzekali na biedę, to jednak pieniądze mieli. Ktoś trzymał je skarpetkach, ale przeważna większość powierzała oszczędności bankom. Wówczas, zresztą jak i dziś, oddawano przewagę szwajcarskim czy austriackim bankom, a ich filie były w Stanisławowie. Często pieniądze deponowano „na okaziciela”, gdzie hasłem była kombinacja cyfr. Aby jej nie zapomnieć często wykorzystywano po prostu numery swoich maszyn do szycia – oczywiści marki „Singer”.

Gdy przyszli pierwsi sowieci, pozamykali prywatne banki. Potem niemiecka okupacja, getto, obozy śmierci i komory gazowe. Żydzi znikli. Ale ich wkłady powoli obrastały odsetkami. Ktoś na to wpadł. Nawet, jeżeli jedna na sto maszyn do szycia trafiła w hasło – tego było absolutnie dość, aby pokryć wszystkie wydatki.

Legenda o dobrym pedale

W historii naszego miasta są bohaterowie formalni i nieformalni. Do pierwszej kategorii należą politycy, pisarze, architekci, czyli ci, którzy pozostawił po sobie jakiś ślad i trafili na karty historii. Ale są i tacy, którzy nie pisali książek, nie pojawiali się w telewizji, nie byli kierownikami, ale dobrze zapamiętano ich po śmierci. Nie dość tego – im dalej od ich zejścia z tego świata, tym bardziej ich życie obrasta legendami, fantazją czy interesującymi szczegółami.

Jednym z takich nieformalnych bohaterów był skromny stanisławowski Żyd Arkady Rogowy. Znało go mnóstwo ludzi. Mieszkał obok dzisiejszej kawiarni „Dziesiątka” i zmarł pod koniec lat 90. Był bardzo wykształcony i posiadał niezłą kolekcję antykwariatu. Artysta Igor Kosowycz wspomina, jak co rana obchodził księgarnie, a po obiedzie – restauracje, a wieczorami walczył u Arkadego na stare szable.

„Braciszkowie” z burzliwych lat 90. Zdjęcie ze źródeł internetowych

Rogowy stale trafiał w jakieś nieprzyjemne historie, których opis starczyłby na dobrą powieść. Rzeźbiarz Wsewołod Bażałuk opowiedział jedną z takich historii, która miała miejsce na początku lat 90. W tym czasie w mieście poważano kryminalne autorytety – „braciszków”. Aby spokojnie prowadzić jakikolwiek interes trzeba było mieć nad sobą ich  tzw. „dach”. Kontrolowali wszystko – kioski z papierosami, restauracje, handel na bazarach. Rogowy miał coś do czynienia z walutą i przez to znał wielu kryminalistów, a z niektórymi nawet się przyjaźnił.

Arkady Rogowy na deptaku. Zdjęcie z archiwum Wsewołoda Bażałuka

Pewnego razu popijał w ich towarzystwie w popularnej kawiarni „Kryształ”. Pomiędzy nimi zawiązała się ostra dyskusja i Arkady, będąc pod dobrą muchą, zarzucił jednemu z nich:

– Ale z ciebie pedał!

Za stołem zapadła martwa cisza. Nazwany tak „autorytet”, nie raz bywający w „miejscach odosobnienia” powoli wstał i zapytał dobitnie:

– Coś ty powiedział?

Był dawniej bokserem, wysoki, mocny dobrze zbudowany, a samą pięść miał wielkości głowy Arkadego. Rogowy miał ledwo 160 cm na obcasach. Poczuł, że będzie gorąco. Wytrzeźwiał natychmiast. Poddańczo spojrzał w oczy bokserowi i z powagą odpowiedział:

– Miałem na uwadze dobre znaczenie tego słowa!

„Autorytet” zastanowił się chwilę, przeanalizował odpowiedź, powiedział przeciągle: „A-a” i usiadł. Bankiet kontynuowano już bez zajść.

Legenda o czarnym kulturyście

Będąc jeszcze uczniem na początku lat 1990., chodziłem na ćwiczenia w ciężkiej atletyce do uzdrowiskowo- gimnastycznego kompleksu na Symonenki. Usłyszałem tam interesującą legendę.

Mieszkał we Frankiwsku chłopak trenujący z zapałem kulturystykę. Łykał proteiny, ćwiczył według metody Joe Weidera i marzył o tytule „Mister Olimpia”, wzorując się na Arnoldzie Schwarzeneggerze i Lee Haney. Do sali ćwiczeń przychodził jako pierwszy, a wychodził ostatni. Ulubionym jego ćwiczeniem był podrzut na leżąco – podnosił 250 kg.

Pewnego pochmurnego listopadowego wieczora ta nadzieja światowej kulturystyki zatrzymał się dłużej w sali. Reszta sportowców już dawno rozeszła się do domów, a on ciągle ćwiczył. Jednym z najbardziej niebezpiecznych ćwiczeń był właśnie podrzut na leżąco. Z zasady trener powinien był asekurować sportowca i wstrzymać ciężar, gdyby coś poszło nie tak.

Ale nasz bodybilder był tak pewien siebie, że nie potrzebował niczyjej pomocy. Położył się na ławce i zaczął w samotności podnosić ciężar. Tym razem przeliczył swoje możliwości i po którymś razie już nie mógł podnieść ciężaru. Proszę sobie wyobrazić, jak na ławce leży potężny chłopak, a na piersi spoczywa mu gryf z ciężarami. Nie mógł ruszyć się, by zrzucić z siebie sztangi, a nie miał mu kto pomóc. Ochroniarz wiedział, że chłopak długo pozostaje sam w sali i spokojnie siedział w dyżurce i oglądał telewizję.

Gdy w końcu poszedł zgasić światło, z przestrachem zobaczył martwego młodego chłopaka z klatką piersiową wgniecioną przez ciężką sztangę.

Powiadano później, że po nocach w sali błyska błękitne światło i słychać odgłosy dźwięczącego żelaza – to zmarły kulturysta nie zaprzestaje swoich ćwiczeń nawet po śmierci.

Naturalnie w tę historię nikt nie wierzył i uważano ją za bzdurę i straszny wymysł. Jednak wieczorami nikt w sali nie chciał zostawać sam.

Uzdrowiskowo-gimnastyczny kompleks na Pozytronie. Zdjęcie autora

Stary pas startowy

Z pewnością pamiętają państwo bardzo popularnego w 1990. latach Vina Diesla i jego filmy „Szybcy i wściekli”. Główny bohater zakochany jest w samochodach i szybkości. Filmy zebrały ponad 200 mln dolarów.

Na początku lat 90. we Frankiwsku wydarzyła się podobna historia, w której też były samochody, szybkość i dolary. Wprawdzie historia ta bardziej przypomina komedię niż film akcji.

Stary pas startowy, po 2000 r. Zdjęcie autora

W tym czasie w mieście stacjonował sztab 6 Gwardyjskiej Dywizji lotnictwa szturmowego. Jeden z podpułkowników kupił sobie nowiutką „Tawrię”, produkcji Zaporoskiej fabryki samochodów osobowych. Postanowił przejechać się nią i ustalić jaką maksymalną prędkość osiąga. Najlepszym miejscem do tego był stary pas startowy. Samoloty już na nim nie lądowały i nie startowały z niego.

Oficer wziął ze sobą kolegów i ruszył na test-drive. Nie wziął pod uwagę, że działający pas startowy był w naprawie i ze starego „pożyczono” kilka betonowych płyt.

Podpułkownik o tym nie wiedział. Rozpędził swój samochodzik i na pełnej szybkości wpadł w 15-centymetrowy dół. Uderzenie wyrwało przedni most, samochód zaś kilka metrów jechał na „brzuchu”. Dzięki Bogu, nikomu nic się nie stało.

Oficer sprzedał wrak Tawrii (z przednim mostem na dodatek) za 20 dol. I był zadowolony, że znalazł kupca.

Zapomniany biskup

W austriackim Stanisławowie bardzo mało ulic nosiło imiona ukraińskich działaczy. Jeżeli być dokładnym – to były dwie ulice: Szewczenki i Pelesza. Szewczenkę zna każdy, a kim był ów Pelesz?

Był pierwszym greckokatolickim biskupem Stanisławowa, rządzącym nowo powstałą diecezją w latach 1885–1891. Potem przeniesiono go do Przemyśla, gdzie zmarł w 1896 r. Ale w naszym mieście nie zapomniano o nim. Po śmierci jego imieniem nazwano niewielką uliczkę, łączącą dwie obecne ulice Franki i Lepkiego.

Ul. Pelesza. Zdjęcie z kolekcji Olega Hreczanyka

Postać biskupa była na tyle apolityczna, że zgadzały się z nią wszystkie władze. Nazwa przetrwała Austro-Węgry, ZURL, II Rzeczypospolitą, pierwszych sowietów i niemiecką okupację. Po wojnie jednak zmieniono nazwę na cześć Nadieżdy Krupskiej – małżonki Lenina.

Do realiów niezależnej Ukrainy Krupska nie bardzo pasowała i w 1991 r. ulicę nazwano na cześć akademika Hnatiuka. Jego zasługą był wkład w badania ukraińskiej etnografii i na swoją ulicę jak najbardziej zasługiwał, ale… Urodził się przyszły akademik na Ziemi Tarnopolskiej, mieszkał i działał we Lwowie i tam został pochowany. Z naszym miastem łączył go krótki okres nauki w gimnazjum. Wynika stąd pytanie dlaczego ul. Krupskiej nie przywrócono jej dawnej nazwy historycznej, a nadano jej obcego, chociaż zasłużonego patrona? Wiele było innych ulic, zasługujących na jego imię.

Zapytałem o to krajoznawcę Mychajła Hołowaty’ego, który był członkiem komisji nazewnictwa ulic. Odpowiedział szczerze. Na początku lat 90. w mieście miała miejsce masowa dekomunizacja – przemianowano dziesiątki ulic. Do biskupa Pelesza nikt w komisji pretensji nie miał – ale przez wielką objętość prac, po prostu o nim zapomniano. Gdy wspomniano, ulica miała już innego patrona.

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 22 (458), 29 listopada – 16 grudnia 2024

X