Legendy starego Stanisławowa. Część 52 W podziemiach tego banku Niemcy i Węgrzy o mało nie wystrzelali się nawzajem, NAC

Legendy starego Stanisławowa. Część 52

Sejf

Początek wojny sowiecko-niemieckiej był dla ZSRR nieudany. Aby nie dostać się w okrążenie oddziały Armii Czerwonej szybko wycofywały się na Wschód, pozostawiając wiele cennych rzeczy. 2 lipca do Stanisława (taką nazwę nosiło miasto za sowietów) weszły wojska węgierskie – sojusznicy Niemców. Madziarzy zaczęli od przejęcia majątku państwowego, co bardziej wyglądało na zwykłą grabież miejscowej ludności.

Gmach, gdzie mieściło się NKWD, a potem gestapo, ze źródeł internetowych

Uwagę nowych okupantów przyciągnęły olbrzymie ciężkie kasy pancerne, znajdujące się w podziemiach dawnego sowieckiego banku państwowego (obecnie instytucja finansowa przy ul. Mazepy 14). Zwożono tu gotówkę z państwowych sklepów z całego województwa. Rzecz jasna, były to sumy niemałe. Węgrzy obstawili cały budynek wokół ochroną i starali się sejfy otworzyć. Jednak stara austriacka stal się nie poddawała.

W tym czasie ktoś doniósł do gestapo, że Węgrzy położyli łapę na sowiecki spadek. Natychmiast na miejsce przybyło kilku oficerów. Początkowo żołnierze węgierscy nie dopuszczali ich do wnętrza i panowie w czarnym zmuszeni byli oddać kilka strzałów w powietrze. Nikt nie chciał z nimi zatargu i udało się jakoś sojusznikom dojść do porozumienia co do podziału zawartości sejfów.

Zaproszono fachowców i palniki acetylenowe nareszcie sejfy otworzyły. Jednak okazały się one puste. Mimo wielkiego pośpiechu sowieci zdążyli jednak gotówkę zabrać. Rozczarowanie okupantów nie miało granic. O mały włos byliby się wystrzelali nawzajem… i za co?

Katownia NKWD, z gazety „Samostijna Ukraina”

Zdjęcie o podwójnym podtekście

W zbiorach iwanofrankiwskiego muzeum krajoznawczego zachowało się wiele eksponatów z minionych epok. Na przykład jest tam pokaźny zbiór fotografii, przedstawiający burzliwą historię miasta w XX wieku. Pośród nich na uwagę zasługuje fotografia, na której przedstawione są leżące na podłodze żelazne kajdany i inne narzędzia tortur. Napis na odwrocie głosi: „Sala tortur w stanisławowskim gestapo”. Zdjęcie nawet posiada swój numer DP-XVII-7418.

Podczas niemieckiej okupacji w siedzibie służby bezpieczeństwa przy obecnej ul. Sacharowa działy się straszne rzeczy. Szef gestapo, hauptsturmführer SS Hans Krüger był prawdziwym postrachem miasta. Ma na swoim sumieniu dziesiątki tysięcy pomordowanych mieszkańców, znane są przypadki, gdy ludzi bito na śmierć w jego gabinecie. Leżące na podłodze kajdany wyglądają tu normalnie i świadczą o bestialstwach hitlerowskiego reżymu.

Ale z tym zdjęciem jest coś nie tak. Wydawało mi się, że już gdzieś je spotkałem. Przeszukując materiały źródłowe znalazłem oryginał. W archiwum elektronicznym prasy „Libraria” są wydania gazety „Samostijna Ukraina”, która zaczęła ukazywać się w Stanisławowie po zajęciu miasta przez Węgrów. W nr 4 z dnia 12 lipca 1941 roku zamieszczono to zdjęcie, ale z podpisem: „Narzędzie tortur NKWD w Stanisławowie”.

Katownia gestapo, ze zbiorów iwanofrankiwskiego muzeum krajoznawczego

Gdy sowieci opuścili miasto, ludność wdarła się do więzienia NKWD, leżącego przy obecnej ul. Sacharowa. Cele były wypełnione trupami więźniów, których czekiści rozstrzeliwali bez sądu, bo nie zdążyli ich ewakuować na Wschód. W sąsiednim budynku – siedzibie NKWD (tam ulokowało się później gestapo), były gabinety śledczych przypominające sale tortur.

Nasuwa się wniosek – cała propaganda sowiecka trzymała się na bezczelnym kłamstwie, gdzie wszystko przekręcano na odwrót. Z rosyjską jest podobnie.

Jedna ze „śluz” do getta. W głębi – dom sióstr Stern, z archiwum Yad Vashem

Siostry Stern

Jest stary żydowski dowcip o Abramie, który wcześniej mieszkał naprzeciwko więzienia, a teraz mieszka naprzeciwko swego domu. W Stanisławowie też wydarzył się taki przypadek.

Dwupiętrowa kamienica z nr 1 przy ul. Pyłypa Orłyka została wybudowana w 1938 roku. Jej właścicielkami były siostry Stern, wiary mojżeszowej. Niestety nie było im dane cieszyć się długo swoją własnością. Najpierw „znacjonalizowali” ją pierwsi sowieci, nieuznający prywatnej własności. Ale najgorsze miało dopiero nadejść.

We wrześniu 1941 Niemcy utworzyli w Stanisławowie getto. Wszyscy Żydzi musieli ze swoich mieszkań przenieść się do tej wydzielonej dzielnicy. Nie ominęło to i sióstr Stern. Na ironię losu, jeden z punktów przejścia do getta, tzw. „śluza”, był naprzeciwko domu sióstr. Zamieszkały one dosłownie naprzeciwko swego domu. Nie zatrzymały się tam długo.

Pozdrowienia z Trzeciej Rzeszy

Wiek XX był dość burzliwy. Galicja, a razem z nią i nasze miasto zdążyły zaistnieć w kilku państwach i przeżyć kilka systemów politycznych. Każdy zaborca (bądź wyzwoliciel?) starał się zaadoptować ten kraj dla siebie. Rozpoczynało się to od wywieszana flag na gmachach administracyjnych, a kończyło się na przemianowywaniu ulic. Gdy tylko władza zmieniała się po raz kolejny, nowi gospodarze dokładnie zacierali z przestrzeni miejskiej pamięć o poprzednikach. Najdokładniej robili to sowieci po zwycięstwie nad Niemcami, gdyż ci ostatni przemianowali mnóstwo ulic i placów.

Zaułek Forteczny, ze zbiorów Ihora Panczyszyna

Wraz z imionami Adolfa Hitlera i Fryderyka Schillera, na tablicach można było zobaczyć imiona Hruszewskiego, Petlury, Mazepy i innych działaczy historii ukraińskiej. Naturalnie, sowieci nie mogli tego pozostawić. Przemianowali wszystko, co się dało. Nawet park Iwana Franki tylko dlatego, że nazwali go tak Niemcy, został parkiem Szewczenki. Ale jednej z nazw władze nie zmieniły i to w samym centrum miasta.

W listopadzie 1941 roku niemiecka administracja przemianowała ulicę Kilińskiego na Forteczną. Po wojnie czerwoni nazwy nie ruszyli, jedynie zmienili status ulicy na zaułek. Dziś o tej ulicy dowiemy się jedynie z mapy – żadnej tablicy tam nie ma.

Dyskryminacja woźniców

Kiedy w mieście nie było jeszcze automobili, rolę taksówek pełniły fiakry zaprzężone w konie. Stały w kilku określonych miejscach – naprzeciwko dzisiejszego hotelu „Dniestr”, koło pasażu Gartenbergów, na początku ul. Belwederskiej i jeszcze w kilku innych punktach. Jednak za najbardziej „dochodowe” miejsce uważano plac przed dworcem. Na starej austriackiej pocztówce widzimy długą kolejkę fiakrów, potwierdzającą znaczenie tego miejsca.

Stanisławowski dworzec, pocztówka ze zbiorów Wołodymyra Szulepina

Austriaków zmienili Polacy, Polaków sowieci, ale nadal wożono klientów fiakrami, nie zważając na to, że w 1934 roku w mieście było już 68 taksówek. Fiakry nie znikły i podczas okupacji niemieckiej, lecz woziły już pasażerów według nowych zasad. Poza kolejką musieli oni obsługiwać Niemców z Vaterlandu, następnie folksdojczów, a potem sojuszników Niemców – Węgrów, Rumunów i Włochów. Polacy i Ukraińcy mieli prawo wsiadania do fiakra nie wcześniej niż po 20 minutach od przybycia pociągu i to pod warunkiem, że w kolejce nie było kogoś z wcześniej wymienionych kategorii pasażerów „wyższej rasy”.

Żydzi w ogóle mieli zakaz podróżowania fiakrami, ale wkrótce zniknęli oni z miasta.

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 22 (386), 30 listopada – 14 grudnia 2021

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X