Legendy Starego Stanisławowa. Część 47 Niemiecka kolonia w Stanisławowie, pocztówka ze źródeł internetowych

Legendy Starego Stanisławowa. Część 47

Szpiegomania

Druga wojna światowa rozpoczęła się od napaści Niemiec na Polskę. Samoloty Luftwaffe regularnie przylatywały nad miasto i bombardowały dworzec kolejowy, kolejowe warsztaty naprawcze, mosty. W Stanisławowie mieszkała liczna społeczność niemiecka i Polacy aktywnie poszukiwali wśród nich szpiegów hitlerowskich.

Na wieży ewangelickiej kirchy tajemnie działał szpieg-radiotelegrafista, zdjęcie ze źródeł internetowych

Najbardziej podejrzanym wydawał się pastor niemiecki Teodor Zekler, opiekujący się zakładami dobroczynnymi. Miał ścisłe kontakty z ministrami III Rzeszy i korespondował z Hermanem Göringiem. Wieczorem 1 września po pastora przyszli agenci tajnej policji. Razem z innymi Niemcami przetrzymywano go w areszcie śledczym, natomiast w jego domu i przytułkach, którymi opiekował się, prowadzono przeszukania. Nie znaleziono niczego podejrzanego.

Pastora wypuszczono na wolność 17 września, gdy pod miastem stały już wojska sowieckie. Sowieci galicyjskich Niemców nie ruszali, a zgodnie z tajnym protokołem pomiędzy Stalinem i Hitlerem w grudniu 1939 roku wszystkich volksdeutschów wysłano do vaterlandu.

Po ich wyjeździe NKWD dokonało interesującego odkrycia. Na strychu opuszczonej kirchy odnaleziono miejsce radiowca. Jako antenę wykorzystywał on strzelisty dach wieży. Ciekawe, czy pastor Zekler był świadom tego, co dzieje się u niego na dachu kirchy?

Białe kominy

Jednym z najbardziej znanych fotografów międzywojennego Stanisławowa był Marian Jędryk. Zarabiał dobrze i mógł pozwolić sobie na wynajęcie mieszkania przy ul. Sapieżyńskiej 30. Później w tym domu otwarto sklep „Przykarpacki korowaj”.

Gdy 1 września wybuchła wojna, Stanisławów był daleko od linii frontu. Obawiano się tu jednak szpiegów i dywersantów. Początkowo Stanisławowa nie bombardowano, ale samolotów niemieckich oczekiwano lada dzień. W mieście powstała Miejska Ochrona Społeczna – dobrowolna organizacja, której członkowie chronili różne obiekty. Jędryk również zapisał się do MOS.

Pewnego ranka fotograf powrócił z nocnego dyżuru i wyszedł z papierosem na balkon, skąd roztaczała się wspaniała panorama Stanisławowa. Nagle Jędryk zauważył, że na niemieckiej kolonii wiele kominów pomalowane są na biało. Przedtem tak nie było.

Dał znać, dokąd należało i niebawem do stanisławowskich Niemców wyruszyła Policja Państwowa. Przy oględzinach znaleziono też wiele lamp z potężnymi akumulatorami. Okazuje się, że mieli umowę ze swoimi rodakami: w dzień Niemcy nie bombardowali domów z białymi kominami, a w nocy gospodarze podświetlali je reflektorami.

Antoniak i Harley-Davidson

Pewnego razu zwrócił się do mnie Wołodymyr Swieżencew z prośbą o pomoc. Na zlecenie studia filmowego poszukiwał on miejsca do zdjęć filmu według powieści Sofii Andruchowycz „Feliks Austria”. W centrum miasta należało wyszukać kilka miejsc, które odpowiadałyby pierwszym latom XX wieku.

Według scenariusza wydarzenia miały toczyć się w pracowni rzeźbiarza i pan Wołodymyr poprosił o wyszukanie czegoś podobnego. Na początku ul. Lepkija w podwórzu bloku jest stara, jeszcze austriacka kamienica. Kiedyś mieściły się tu pracownie Stowarzyszenia Malarzy, ale dziś dom stoi opuszczony. Na ironię – kamienica kiedyś należała do rzeźbiarza Mariana Antoniaka (1881–1951). Produkował tu nagrobki, a także liczne figury na balkony hotelu „Union”. Wspominano, że był bogatym człowiekiem, a do tego ekstrawaganckim – w latach 30. jeździł po Stanisławowie eleganckim motocyklem Harley-Davidson, szokując tym publiczność prowincjonalnego miasta. Po wejściu pierwszych sowietów rzeźbiarz znikł.

Dawna pracownia Antoniaka, zdjęcie Wołodymyra Swieżencewa

Na parterze budynku w dawnych czasach mieściła się pracownia artysty, na piętrze mieszkała jego rodzina, a mansardę zajmowała służba. Niespodziewanie dla nas w kamienicy jednak tliło się życie – w jednym z pomieszczeń urządził sobie warsztat stolarz, produkujący carskie wrota do ikonostasów w cerkwiach. Przyjął nas bardzo gościnnie i oprowadził po gmachu. Opowiedział, jak przed kilkoma laty przyjechał do Frankiwska syn Mariana Antoniaka. Opowiedział on wówczas interesującą historię. Gdy w 1939 roku sowieci weszli do miasta, rodzina Antoniaków uciekła do Rumunii. Jednak przed odjazdem ojciec i syn postanowili schować swój motor. Zamurowali go w niszy pod schodami, elegancko wszystko potynkowali i odjechali.

W czasie okupacji niemieckiej stary Antoniak wrócił do Stanisławowa. Przede wszystkim udał się do rodzinnego domu. I tu przeżył wielkie rozczarowanie – mieszkanie zastał ograbione, ściana pod schodami rozbita, a po motorze pozostała jedynie tłusta plama oleju na podłodze.

Ratusz w Stanisławowie, zdjęcie z kolekcji Zenowija Żerebeckiego

Legenda o Berle Gundercie

W czasach powojennych na ratuszu widniała tablica z takim tekstem: „Na tym gmachu we wrześniu 1939 roku w przededniu wejścia Armii Czerwonej do miasta rewolucjoniści-konspiratorzy wznieśli czerwony sztandar. Broniąc go, heroicznie zginęli Augustyn Jewczuk i Berl Gundert”. Podobna informacja zamieszczona była we wszystkich przewodnikach po Iwano-Frankiwsku.

Ale rzecz dziwna – obaj bohaterscy komsomolcy zaczynają figurować dopiero od połowy lat 60. W 1940 i 1950 obwodowa gazeta „Przykarpacka Prawda” wspomina jednego obrońcę: Augustyna Jewczuka. Skąd więc wziął się Berl Gundert?

Rzecz w tym, że w „Przykarpackiej Prawdzie” pracował jeden Żyd. Był czy to redaktorem naczelnym, czy jego zastępcą – czyli nie ostatnią osobą w redakcji. Wiedział, że polscy żołnierze wycofując się z miasta zastrzelili żydowskiego podlotka Berla Gunderta, który być może rzucił za nimi kamieniem lub spojrzał na nich krzywo. Miało to miejsce daleko od ratusza, a Berl nigdy chyba nie był komsomolcem.

Nie bardzo się tym przejął dziennikarz i postanowił, że sam Augustyn Jewczuk nie dałby sobie rady, a żydowskiego podlotka i tak nie wrócisz. Tak pojawił się drugi bohaterski obrońca – komsomolec Berl Gundert, który do końca broni czerwonego sztandaru na wieży ratusza i ginie od polskiej burżuazyjnej kuli.

Smak benzyny i ekskrementów

Według różnych danych wojska sowieckie weszły do Stanisławowa 19 czy 20 września. Wchodzili od strony Tyśmienicy, przez przejazd kolejowy. Mieszkańcy miasta przyzwyczajeni byli do polskich żołnierzy, którzy mieli dość eleganckie mundury. Czerwoną Armię Stanisławów widział po raz pierwszy. Szli w długich i grubych płaszczach, nogi mieli obwiązane szmatami, a na plecach, zamiast skórzanych tornistrów, ci cud-bohaterowie nieśli bezkształtne brezentowe worki na sznurkach.

W powietrzu za nimi ciągnął się ostry aromat dziegciu i… ekskrementów.

Sowieckie czołgi w Galicji podczas marszu „wyzwoleńczego”, zdjęcie ze źródeł internetowych

Obok piechoty jechały taczanki, toczyły się armaty i turkotały na bruku czołgi. Tych ostatnich było dużo, bardzo dużo. Czołgiści wystawali z włazów i witali tłumy mieszczan, stojących po obu stronach ulicy Sapieżyńskiej. Nagle tłum zauważył, że twarze czołgistów powtarzają się. To dowództwo postanowiło oszukać mieszkańców Stanisławowa, aby pokazać siłę Armii Czerwonej. Po przejeździe ulicą czołgi zawracały w ulicę obecnie noszącej nazwę Bandery i innymi bocznymi ulicami wracały na główną, by jechać nią ponownie.

W ten sposób batalion czołgów sprawiał wrażenie całej dywizji.

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 15-16 (379-380), 31 sierpnia – 16 września 2021

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X