Legendy starego Stanisławowa. Część 46 Na ulicy polskiego poety Karpińskiego stały kamienice Mendla, Halperna, Katza, Bertysza, Gartenbergów, Rudera i Schnitzera

Legendy starego Stanisławowa. Część 46

Ostatni żart pana Lejba

Niemiecki filozof Ludwik Feuerbach powiadał, że poczucie humoru przenosi duszę przez przepaść i uczy ją bawić się własnym przygnębieniem. W międzywojennym Stanisławowie mieszkał stary Żyd Lejb. Nie wiem czy czytał on Feuerbacha, ale słowa tego myśliciela stały się jego motto życiowym.

Na dalszym planie widoczna jest długa ulica, gdzie mieszkał pan Lejb, lata 30, NAC

Lejb był żebrakiem, ale zupełnie się tym nie przejmował, zwracał się na „ty” do wszystkich możnych, stale się uśmiechał i miał swoiste poczucie humoru. W Stanisławowie uchodził za wariata. Kilka dni przed wojną Lejb ciężko zachorował i trafił do żydowskiego szpitala, gdzie bezpłatnie przyjmowano ubogich. Odczuwając zbliżającą się śmierć, przywołał do siebie przewodniczącego kahału i rabina z synagogi Tempel.

Gdy zaproszeni przybyli, Lejb, pociągając nosem, zakomunikował swoją ostatnią wolę.

– Szanowni dobrodzieje! Wszyscy wiedzą, że przez całe życie żebrałem, a ludzie rzucali mi drobne. Tak zebrało się tego… 500 dolarów. Schowałem je w kominie starego budynku przy ul. Długiej nr 4. Weźcie je na jakąś dobrą sprawę i módlcie się za moją duszę.

Usłyszawszy to, przełożeni kahału rzucili się do wyjścia. W cylindrach i długich surdutach dwóch poważnych mężczyzn pędziło ulicami miasta, aby ich nikt nie wyprzedził. Gdy przybiegli na Długą, dobrali się do komina i długo w nim grzebali. Rzecz jasna, nic nie znaleźli i źli, czarni jak diabli, wrócili do domów.

Kostka Trylińskiego

Na niektórych ulicach miasta, na przykład Ormiańskiej, zachowało się dziwne moszczenie jezdni. Przypomina ono sześciokątne płyty i wykonane jest jak gdyby z ułamków bruku. Co to takiego?

Kostka Trylińskiego do dziś jest na ulicach Iwano-Frankiwska

Krajoznawca Mychajło Hołowatyj wyszukał w archiwum sprawozdanie z budowy dróg w Stanisławowie w latach 1937–1938. Zgodnie z tym dokumentem, drogi w mieście miały różne nawierzchnie. Za najwyższej jakości uważano nawierzchnię asfaltową, następnie ulice brukowane. Ustępowała im kostka betonowa. Po niej wymieniono drogi moszczone twardym tłuczniem i zamykał listę tłuczeń delatyński, zapewne niezbyt twardy.

Otóż, wspomniana kostka betonowa z końca lat 30. pokrywała ul. Antoniewicza (ob. Ormiańska), św. Stanisława (ślepy zaułek równoległy do Stanisławskiej), Trynitarską, część Kossakowskiej (Stanisławskiej) i Majzelsa (Łesi Ukrainki). Razem pokryto tym brukiem 1591 m² powierzchni o ogólnej długości 280 m. Na liście brak ul. Tołstoja, która też ma taką nawierzchnię, ale możliwe, że pokryto ją później.

Oficjalnie taki typ nawierzchni nazywany jest „kostką Trylińskiego” – trylinką. Każdy z sześciokątów miał grubość 12 cm i układany był na podłożu piaskowym. Styki zalewano masą asfaltową firmy „Polmin”.

O inż. Trylińskim niewiele wiadomo, ale udało mu się stworzyć tanią zamianę drogiego bruku kamiennego. Na odmianę od asfaltu kostka Trylińskiego istnieje już 75 lat i dziś nic jej nie brakuje.

Apollo bez spodni

Bajki o dziwakach i oryginałach zawsze wywoływały zainteresowanie w społeczeństwie. Pod koniec lat 70. XX w. po mieście rozeszła się pogłoska, że po deptaku defilowała urodziwa kobieta, której garderoba składała się jedynie z kolczyków i szpilek. Nie wiem czy to prawda, ale w historii Stanisławowa podobny fakt zaistniał wcześniej.

Na ul. Sapieżyńskiej widywano wiele ciekawych postaci, zdjęcie z archiwum o. Mykoły Hryhorczuka

Bezcennym źródłem o miejskich osobliwościach są wspomnienia Horacego Safrina „Ucieszne i osobliwe historie mego życia”. Pisze on, że w latach 30. ulicami miasta chodził wysoki młody człowiek okryty peleryną, spod której wyglądały owłosione nogi. Nazywał się Apollo Dutkiewicz. Pochodził z rodziny ukraińskiej, uczył się w greckokatolickim seminarium duchownym. Przed samymi święceniami raptem porzucił teologię i związał się z… miejscową kolonią nudystów. Towarzystwo to miało własną koncepcję ratunku dla świata i propagowało wolną miłość.

Apollo był bardzo oczytany i uważał się za stanisławowskiego Sokratesa. Od czasu do czasu zatrzymywał się na placu i wygłaszał jakieś sentencje. Coś w rodzaju: „Najlepiej żyć do samej śmierci, a potem – nie umierać”, lub „Nie wszystko złoto, co się świeci – na przykład: dziura w spodniach”.

Studenci stanisławowskiego seminarium duchownego, zdjęcie z rodzinnego archiwum Ihora Kisilewskiego

Z przyjściem pierwszych sowietów Dutkiewicz gdzieś znikł. Safrin bardzo żałował, że nie zanotował więcej jego aforyzmów – mógłby z tego powstać niezły zbiór wypowiedzi wędrownego filozofa.

Ich ulice

W międzywojennym Stanisławowie było ponad 40 synagog. Wytłumaczyć to można tym, że co najmniej połowa mieszkańców miasta była wyznania mojżeszowego. W ich rękach była większa część małego i średniego biznesu. Kramy, sklepiki, kawiarnie i usługi adwokackie należały przede wszystkim do przedstawicieli narodu wybranego.

Więcej: wódkę produkowano w fabryce Libermana, skóry wyprawiano u Margoszesa, watę – u Mendelsona, cegłę wypalały cegielnie Urmana i Kaswingera, domy budowały firmy Weingartena i Feuermana.

Nie stronili też Żydzi od polityki. Chociaż w II Rzeczypospolitej burmistrzami i prezydentami miast byli Polacy, to pośród członków rad miejskich Żydów nie brakowało.

Galicyjscy Żydzi, pocztówka z kolekcji Wołodymyra Szulepina

Faktycznie Stanisławów można było uważać za żydowskie miasto. Żydzi lubili powtarzać: „Wasze ulice, nasze kamienice”. Oznaczało to, że ulice nazywane były imionami polskich generałów, polityków, pisarzy, ale stały przy nich domy należące do Żydów. I faktycznie – według spisu ludności około 70% zabudowy miejskiej przebywało we własności „społeczności wyznania mojżeszowego”.

To powiedzenie bardzo szybko jednak utraciło aktualność. Po „złotym wrześniu” 1939 roku sowieci znacjonalizowali całą miejską nieruchomość, a za okupacji niemieckiej znikli i sami Żydzi.

Czym pachną ułani

Na ulicach międzywojennego Stanisławowa często można było zobaczyć wojskową konnicę. W mieście stacjonował 6 pułk ułanów Kaniowskich, rezydujący w koszarach przy obecnej ul. Gwardii Narodowej. Co wydawałoby się może być bardziej romantyczne niż odważny ułan. Z pewnością wszystkie dziewczęta Stanisławowa były zakochane w przystojnych kawalerzystach, których kolumny były ozdobą każdej defilady wojskowej.

Ułani na ul. Sapieżyńskiej, 1936 r., zdjęcie ze źródeł internetowych

Jednak miejscowe piękności nie śpieszyły nawiązywać znajomości z ułanami, oddając przewagę piechurom czy artylerzystom. Dlaczego? Od kawalerzystów trochę śmierdziało. Jakkolwiek by się wymywali i perfumowali, to jednak specyficznego końskiego zapachu przebić nie było siły.

Józef Wątroba pozostawił interesujące wspomnienia ze służby w wojsku, zdjęcie ze źródeł internetowych

Zachowały się wspomnienia Józefa Wątroby, który w 1939 roku odbywał służbę wojskową w 6 pułku ułanów Kaniowskich. Za ładnym obrazkiem kryła się ciężka i żmudna praca szeregowych kawalerzystów. Dewizą pułku było: „Najpierw koń, potem broń, a na końcu ułan”. Koń to nie maszyna, trzeba go poić, karmić, po zajęciach wycierać spocone zwierzę suchym sianem, rozczesywać grzywę, myć. Prawdziwą katorgą było oczyszczanie derek od końskiej sierści, do czego służyła specjalna szczotka. Żołnierze sami podkuwali konie, a każda podkowa miała sześć śrub, które trzeba było wieczorem wykręcić, a na rano zakręcić na nowo, oczyściwszy je od nawozu. Aby w otwory w kopytach nie nabijał się brud, chłopcy zatykali je szmatami.

Najmniej przyjemną procedurą było czyszczenie stajni, gdzie jednocześnie stało około 20 koni. Cały gnój wybierano… rękoma. Tak, tak, gołymi rękoma, bo wideł w pułku nie było! Nic w tym dziwnego, że koński zapach na stałe przenikał ułanów, tak, że rozpoznawano ich nawet gdy byli po cywilu.

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 13 (377), 16–29 lipca 2021

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X