Legendy starego Stanisławowa. Część 44

Legendy starego Stanisławowa. Część 44 Ulica Matejki, pocztówka z kolekcji Wołodymyra Szulepina

Zwariowany profesor

W okresie międzywojennym w Stanisławowie nie brakło oryginałów-dziwaków. Wśród nich wyróżniał się człowiek, którego nazywano Profesorem. Woził stale ze sobą skrzynię na kółkach i zapewniał przechodniów, że ma tam cenny wynalazek. A oto nieco więcej o tym nieszkodliwym wariacie.

Nazywał się Włodzimierz Burczyński i początkowo był szanowanym w mieście urzędnikiem – radcą sądu. Ale z czasem zwariował. Burczyński uważał, że złodzieje chcą wykraść jego „wynalazki”, a jego zamordować. Swój domek przy ul. Kolejowej eksradca obłożył płytami z ołowiu, aby bandyci nie prześwietlili go rentgenem.

Profesor miał kaleką córkę. Każdego dnia woził ją na wózku na spacer do parku Romaszkana. Oto jak świadkowie opisują tego słynnego w Stanisławowie wariata:

„Zarośnięty, ubrany na czarno, w sztywnym meloniku na głowie. Stary dziwak wraz z córką sprawiali wrażenie bohaterów bajki o siedmiu krasnoludkach czy figur z teatru marionetek”.

Jak się potem okazało, Burczyński wcale nie był tak głupi, na jakiego wyglądał. Jego syn opatentował dwa wynalazki – fosforyzujące „wieczne światło” i automatyczne gaszenie ognia w kominku. Powiadano, że ukradł pomysły u swego ojca.

Profesora często spotykano na targu, źródło internetowe

Inspektor cnoty

W niektórych państwach są specjalne wydziały policji do walki z wykroczeniami moralnymi. Nazywane są też „policją obyczajową”. W starym Stanisławowie nigdy takiej służby nie było, ale stróż wysokich wartości moralnych istniał. Nie miał wprawdzie nic wspólnego z policją i był zwykłym szachrajem. Może nie takim znów zwykłym, ale bardzo pomysłowym.

Naszego bohatera zwano Jan Biliczak i żył w Stanisławowie w połowie lat 30. Wieczorami wyprawiał się na „polowanie” do centralnego parku miejskiego. Człowiek ten krążył ciemnymi oddalonymi alejkami w poszukiwaniu par zakochanych. Czasami godzinami przesiadywał w krzakach oczekując, gdy chłopak z dziewczyną na ławce zaczną się całować. Biliczak wyskakiwał wówczas nagle z krzaków, jak diabeł z tabakierki, przedstawiał się jako inspektor policji i groził poważnymi konsekwencjami za amoralne zachowanie w publicznym miejscu. Gdy przestraszeni zakochani coś tam niepewnie bąkali, Biliczak proponował im „umowę” na miejscu. Kawalerowie zgadzali się natychmiast – szczególnie, jeśli byli żonaci. Po otrzymaniu uzgodnionej sumy Biliczak oddalał się, a zakochani mieli całkowicie zepsuty wieczór.

Ale pewnego razu szachraj się naciął. Chłopak, którego przyłapał Biliczak, nie miał przy sobie pieniędzy i obiecał przynieść je następnego dnia. I faktycznie przyszedł na umówione spotkanie, lecz nie sam, tylko z prawdziwym policjantem. Afera natychmiast się wydała i strażnika moralności aresztowano.

Odtąd zakochani mogli całować się w parku bez obawy.

Aferzysta „polował” na zakochane pary w ciemnych alejkach parku, pocztówka z kolekcji Maksyma Dutczaka

Smutna tradycja

Ulica Lepkiego jest jedną z najpiękniejszych ulic Iwano-Frankiwska. Zabudowana jest starymi, jeszcze austriackimi willami, których większość stanowią zabytki architektury. Wcześniej nosiła imię jednego z bohaterów antyrosyjskiego powstania – Jana Kilińskiego. Charakterystyczne dla tej uliczki było to, że mieszkali tam przeważnie Polacy i Ukraińcy. Żydów tam nie było. Ale oto w jednym z domów przed wielu laty miała miejsce smutna historia.

Gazeta „Kurier Stanisławowski” z 1935 roku podaje krótką informację. Cytujemy ją w całości:

„Kilińskiego 47. Tu w swoim mieszkaniu powiesiła się 50-letnia Maria Wiśniewska, wdowa po emerytowanym maszyniście kolejowym. Była emerytowaną nauczycielką i po śmierci męża, który również przed siedmiu laty się powiesił, chorowała psychicznie. Była właścicielką dwóch kamienic przy ul Kilińskiego”.

Powiadają, że samobójcy nie mogą trafić do raju i zamieniają się w duchy. Ciekawe, czy duchy Marii i Ferdynanda Wiśniewskich błądzą po pokojach na Lepkiego 47?

Budynek przy ul. Lepkiego 47 ma smutną historię, z archiwum autora

Żeby nie było jak we Lwowie

Przy napadzie zbrojnym napastnik musi sparaliżować wolę ofiary. Rzecz jasna, już sama broń jest groźnym elementem. W filmach oglądamy, jak bandyci „biorą” banki bez szczególnego oporu ze strony personelu. Nie ma w tym nic dziwnego – kto chce ryzykować życie dla cudzych pieniędzy? Całkiem inna sprawa, gdy mowa o napadzie na sklep prywatny. Tu chodzi o własny dobrobyt tworzony przez lata i gospodarz może desperacko walczyć o swoje.

Najprostsze rozwiązanie – zamordować właściciela, ale nie wszyscy złodzieje na to idą. Można też strzelać w powietrze, aby właściciel narobił ze strachu w spodnie, ale przyciągnie to uwagę policji i przechodniów.

Oryginalny sposób na zastraszenie właściciela wynaleźli stanisławowscy złodzieje.

Gazeta „Tempo Dnia” donosiła 11 sierpnia 1935 roku o niezwykle zuchwałej grabieży sklepu z galanterią i kapeluszami kupca Chodzisza. Sklep był w samym centrum miasta – przy Rynku 31. Kilka minut przed 8 rano do sklepu weszło dwóch mężczyzn średniego wzrostu. Powiedzieli, że chcą kupić czapkę, i Chodzisz, palący przy wejściu, wprowadził potencjalnych klientów do sklepu. Nagle jeden z nich wyciągnął rewolwer i zawołał:

– Ręce do góry! Oddaj pieniądze, bo we Lwowie już jednego zastrzeliliśmy!

Przestraszony kupiec oddał im pulares, gdzie było 100 złotych – średnia pensja robotnika. Bandyci zabrali pulares i spokojnie wyszli ze sklepu – gubiąc się w tłumie w okolicach placu Trynitarskiego.

Biedak Chodzisz stracił na chwilę mowę i dopiero po jakimś czasie zaczął krzyczeć: „Grabież!”.

Kupiec krzyczał tak, aż zemdlała jego żona, siedząca na ulicy. Ciekawe, czy w czasie grabieży we Lwowie złodzieje mówili, że „już jednego zastrzelili w Stanisławowie”?

Sklep z galanterią Chodzisza mieścił się przy Rynku, pocztówka z kolekcji Wołodymyra Szulepina

Sprzedawca powietrza

Znane jest powiedzenie „zarabiać pieniądze z powietrza”. W Stanisławowie nie było to tylko powiedzenie. Tu nawet nieźle na powietrzu zarobiono – przynajmniej jeden raz.

W 1935 roku do budynku Antoniego Nimbora, mieszkającego przy ul. Matejki, zapukał wędrowny handlarz Noj Dauer. Skupował wszelką starzyznę, ale gospodarz odpowiedział, że nic takiego na sprzedaż nie ma, chyba że sprzeda mu świeże powietrze. Jakież było jego zdziwienie, gdy Żyd natychmiast zaproponował za nie 20 złotych – cenę dość przyzwoitą. Wprawdzie poprosił o spisanie umowy, że świeże powietrze po kupnie będzie wyłączną własnością Noja Dauera i każdy, kto będzie chciał nim odetchnąć, musi zapłacić dziesięciokrotną wartość jego początkowej ceny. Nimbor bez wahania podpisał papier i schował pieniądze do kieszeni. Pomyślał, że jeszcze nie wszystkich wariatów wojna zabrała.

Gdy następnego poranka pan Antoni otworzył okno, aby zaczerpnąć trochę świeżego powietrza, zobaczył pod swoim oknem wczorajszego kupca. Ten przypomniał, że od dziś świeże powietrze należy wyłącznie do niego i jeżeli Nimbor chce nim pooddychać, to musi zapłacić 50 groszy za pół godziny. Gospodarz, rzecz jasna, wysłał Żyda do pewnego popularnego miejsca i nadal wietrzył swój pokój.

Co czyni Noj Dauer? Idzie do sądu i składa cywilny pozew o 200 złotych – wszystko zgodnie z podpisaną umową. Sędziowie długo się śmiali, ale Antoni Nimbor musiał jednak mandat zapłacić.

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 10 (374), 31 maja – 14 czerwca 2021

X