Legendy starego Stanisławowa. Część 33

Legendy starego Stanisławowa. Część 33 Dzieci starego Stanisławowa (ilustracja z archiwum autora)

Trudne dzieciństwo

Jest stara anegdota, w której mężczyzna opowiada, że rósł w tak ubogiej rodzinie, iż gdyby był dziewczynką, to nawet nie miałby czym się bawić. Dziś dzieci są rozpuszczane komputerami, tetrisami, plastykowymi transformerami, lalkami Barbie i innymi cudeńkami. Skąd natomiast miały zabawki stanisławowskie dzieci przed stu laty, a ponadto w czasie wojny? Ale kto szuka, ten zawsze znajdzie.

Urodzony w Stanisławowie Wołodymyr Makar wspomina, że w jego dzieciństwie największym luksusem było posiadanie własnej procy, którą wówczas nazywano katapulką. Najtrudniej było znaleźć odpowiednią do niej gumę. W sklepach takiej nie sprzedawano, ale gdyby nawet była, to nie było na nią pieniędzy.

Toczyła się I wojna światowa i miasto kolejno po sobie zajmowali Rosjanie i Austriacy. Gdzie wojna – tam też ofiary. Podczas brusiłowskiego natarcia w 1916 roku Rosjanie po raz kolejny zajęli Stanisławów. Po zaciętych walkach carscy żołnierze ściągali trupy swoich towarzyszy broni w jedno miejsce. Było to zaraz obok ochronki, gdzie przebywał Wołodymyr. Obecnie jest to teren szkoły nr 23. Jego brat zobaczył na jednym z trupów maskę przeciwgazową. Nie namyślając się długo chłopak przeskoczył przez płot i wprost na trupie zaczął odcinać kawałek maski. Rosjanie zauważyli to i chcieli go złapać. Jeden nawet wystrzelił kilka razy z karabinu.

Martwi żołnierze na okolicach Stanisławowa (ilustracja z archiwum autora)

Chłopiec jednak się nie przestraszył i z zimną krwią zdarł maskę, znikając w krzakach, bujnie rosnących wokół obecnego jeziora.

Jego katapulka była przedmiotem czarnej zawiści chłopców z całej ochronki.

Stary dąb przy ul. Hnatiuka

Stary dąb
Gdy w jakiejś okolicy rośnie stary dąb, to wcześniej lub później zostanie powiązany z kimś znanym. Na przykład na terenie Ziemi Lwowskiej jest dąb, pod którym odpoczywał Franciszek Józef I; w Brzeżanach mamy pień dębu Bogdana Chmielnickiego; Mariampol szczyci się dębem (podejrzanie przypominającym lipę), spod którego Petlura kierował swymi wojskami w nierównej walce z bolszewikami.

Iwano-Frankiwsk również ma takie sławne drzewo. Wprawdzie miejsce, gdzie się znajduje, znane jest niewielu. Żeby je zobaczyć, należy wejść na podwórko pięciopiętrowego budynki przy ul. Hnatiuka 2. Tam, ogrodzony niewielkim płotkiem, stoi wspaniały olbrzym. Czy związany jest on z kimś wybitnym? Dlaczegoż by nie! Należy jedynie włączyć wyobraźnię.

Rok 1916. W Stanisławowie rządzi rosyjska armia. Po ulicy Peleszki maszeruje grupa rosyjskich żołnierzy, wśród których uwagę przyciąga młody oficer, jego pierś zdobią krzyże św. Jerzego.

Legendarny dowódca wojny domowej w Rosji Wasilij Czapajew

Oto pozostaje nieco w tyle. Wchodzi za starą szopę i załatwia pod starym dębem swoją małą potrzebę. Następnie dopędza swych towarzyszy i znika za rogiem ulicy Kamińskiego. Tym młodym podoficerem był Wasilij Iwanowicz Czapajew, przyszły legendarny bohater wojny domowej w Rosji.

Szkoła szpiegowska
Dzieciom znanych ludzi badacze pilnie się przyglądają. Im bardziej znany ojciec (lub matka), tym rzetelniej historycy analizują biografie ich potomków. Przytoczmy przykład Petro Franki – syna wielkiego autora „Kamieniarza”. Był to człowiek godny: Strzelec Siczowy, jeden z pierwszych lotników Ukrainy, inżynier-chemik, wykładowca. Prawdopodobnie właśnie z powodu tych walorów został w 1941 roku rozstrzelany przez NKWD. Dziś jego imieniem nazwano lotniczą brygadę w Starokonstantynowie.

Szpiegów szkolono przy ul. Gołuchowskiego (pocztówka z kolekcji Ołeha Hreczanyka)

Zanim jednak jako młodzieniec opanował samolot, Franko-junior dość dobrze wykazał się w… działalności wywiadowczej. Gdy wybuchła I wojna światowa Petro wstąpił do Legionu Strzelców Siczowych. W stopniu porucznika został wyznaczony na dowódcę wywiadu. W niektórych źródłach wywiadowców nazywano skautami. Siostra Franki, Anna, wspominała, że towarzysze opowiadali jej „o nadzwyczajnej odwadze brata, który w cywilnym ubraniu, z laseczką w ręku szedł na tyły wojsk rosyjskich, by zbierać dane”.

Petro Franko

– Wszystko to jest bardzo interesujące, a co to ma wspólnego ze Stanisławowem? – zapyta Czytelnik. Okazuje się, że profesor Iwan Monołaty wynalazł w archiwach bardzo interesujący dokument. Jest to raport szefa kontrwywiadu sztabu 7 armii rosyjskiej z dnia 28 maja 1917 roku. Z tego dokumentu wynika, że przed wycofaniem się wojsk austriackich ze Stanisławowa w mieście istniała szkoła szpiegowska. Mieściła się przy ul. Gołuchowskiego (ob. Czornowoła) i przygotowywała agentów mających śledzić ruchy wojsk rosyjskich, które miały niebawem wejść do miasta. Kontrwywiad wyjawił imiona dwóch szpiegów. Były to kobiety: 22-letnia nauczycielka Maria Tkaczukówna i 20-letnia studentka seminarium nauczycielskiego Zofia Kogutiakówna. Rozkaz ich aresztu wydano w pierwszej kolejności.

Najciekawsze, że kierował tą szkołą szpiegowską nasz porucznik Petro Franko. Osobiście szkolił młode i urodziwe agentki. Niestety w raporcie brak dokładnego adresu szkoły i czasu jej działalności, bowiem Austriacy trzykrotnie opuszczali miasto: w 1914, 1915 i 1916 roku, choć w listach do przyjaciela Petro Franko wspomina, że we wrześniu 1916 roku jego jednostka stacjonowała pod Stanisławowem.

Wobec tego Petra Frankę można uważać nie tylko za ojca ukraińskiego lotnictwa, ale również za ojca ukraińskiego wywiadu wojskowego.

Niebezpieczne zabawy
Zabawa dzieci z zapałkami może doprowadzić do pożaru. Jest to znany fakt. Ale, że zabawa w wojenkę może wywołać ostrzał artyleryjski – trudno uwierzyć. W Stanisławowie jednak również taka rzecz się wydarzyła.

Mamy wspomnienia Wołodymyra Kogutiaka z lat I wojny światowej. Mieszkał wówczas w Knihininie w pobliżu torów kolejowych. Z jego słów wynika, że było to w okolicy dzisiejszej ulicy Sahajdacznego koło przejazdu kolejowego. Na wiosnę 1917 roku Stanisławów zajęły wojska rosyjskie, ale za Bystrzycą Sołotwińską stały wojska austriackie. Autor był wówczas małym chłopcem i oto co wspomina.

– Bawiliśmy się w wojnę z kolegami z sąsiedztwa. Na nasypie w sąsiednim ogrodzie ustawiliśmy beczki, starą sieczkarnię i inne rzeczy dla ochrony przed kamieniami „wrogów”. Rosyjska artyleria stacjonowała na Górce w cegielni i ostrzeliwała ponad nami okopy austriackie. Austriacki aeroplan szukał jej pozycji. Zauważywszy naszą barykadę na ogrodzie, kilkakrotnie ją nad nami okrążył. Zauważyłem to przeczuwając, że nasza zabawa może źle się skończyć. I rzeczywiście – gdy tylko samolot odleciał, nadleciał pierwszy austriacki granat. Na szczęście wybuchł na wałach nad Bystrzycą. Drugi już trafił bliżej – przed naszą barykadą. Powiedziałem babci, żeby zabierała dzieci i uciekała z chaty. Sam uciekłem w bok, do sąsiadów i obserwuję. Trzeci granat pada już całkiem blisko, a czwarty – pod oknem chaty. Widzę jak babcia się przewraca i obsypuje ją ziemia…

Zdjęcia Stanisławowa z lotu ptaka, styczeń 1917 r.(zdjęcie z kolekcji Wołodymyra Szulepina)

Na szczęście nikomu nic się nie stało. Jak tylko ostrzał ucichł, pobiegłem i szybko rozwaliłem naszą „niebezpieczną” barykadę. Więcej ostrzału nie było.

Karol
Na stronie internetowej Austriackiej Biblioteki Narodowej wyłożono wielką kolekcję zdjęć starego Stanisławowa. Większość odnosi się do czasu I wojny światowej. Są tam trzy fotografie, które ilustrują wizytę cesarza Karola I w naszym mieście.

Karol (1887–1922) zastąpił na tronie swego krewnego Franciszka Józefa I już podczas wojny. Rządził zaledwie dwa lata – od 1916 po 1918, do czasu, gdy rewolucyjne wydarzenia rozwaliły Austro-Węgry. Wszystko miało dopiero nastąpić. Ale na razie młody imperator wita w mieście austriackich oficerów i ich niemieckich sojuszników. Wszystko odbywało się na Rynku. W głębi widać dzielnicę, gdzie obecnie jest Urząd Stanu Cywilnego i Pałac Uroczystych Wydarzeń.

Jak na lipiec cesarz Karol I ubrany jest za ciepło (ilustracja z archiwum autora)

Podpis pod zdjęciem głosi: „Imperator odwiedził Stanisławów zaraz po pomyślnym kontrnatarciu w Galicji 29.07.1917”. Komentarz nie odpowiada rzeczywistości – cesarz przybył tu nie „zaraz”, bo Stanisławów wyzwolono 24 lipca. Zrozumiałe, że cesarz był zadowolony z przebiegu operacji zwolnienia jednego z największych miast Galicji. Zadowolony Karol pozdrawia bohaterów, a komuś może nawet wręczył nagrody.

Jednak na zdjęciu uderza pewna rzecz. Jest środek lata, a cesarz ubrany jest w ciepły płaszcz wojskowy. W płaszczach są również oficerowie z jego asysty, ale już wojskowi w szeregu są w samych mundurach, dziewczęta zaś na balkonie są w letnich bluzeczkach. O co tu chodzi?

Możemy jedynie się domyślać. Jeden z oficerów ma na czapce okulary do jazdy na motorze. Może Karol przybył tu w otwartym aucie i przewiewał go pęd samochodu? Albo po prostu cesarz lubił ciepło i panicznie bał się przeciągów? Zresztą, będąc na zesłaniu na wyspie Madera, znanej z łagodnego klimatu, cesarz zachorował na zapalenie płuc i zmarł w wieku 35 lat.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 6 (346), 31 marca – 27 kwietnia 2020

X