Legendy starego Stanisławowa. Część 31 Rosyjscy kozacy w Stanisławowie (ilustracja z archiwum autora)

Legendy starego Stanisławowa. Część 31

Przypadek dr. Kopystiańskiego

Adrian Kopystiański (rys. ze zbiorów Muzeum Oświaty Przykarpacia)

Po raz pierwszy mieszkańcy Stanisławowa ujrzeli wojska rosyjskie 3 września 1914 roku. Na przedzie jechała kozacka sotnia. Kawalerzyści dziwili się bogactwu miasta, jednak grabieży sklepów im zakazano, a i nie było zresztą na to czasu. Wówczas zaczęli grabić mieszkańców miasta, przy czym robili to w dość oryginalny sposób.

Kozacy wypatrywali w tłumie przyzwoicie ubranych ludzi i pytali ich która godzina. Gdy tylko ofiara wyciągnęła zegarek, natychmiast był „konfiskowany”. Protestujący przeciwko tej rekwizycji dostawali batem. W pierwszy dzień okupacji miasta od mieszkańców (przeważnie Żydów) zarekwirowano kilkaset złotych i srebrnych zegarków.

W tym czasie mieszkał w Stanisławowie profesor ukraińskiego gimnazjum, dr filozofii, niejaki Adrian Kopystiański. Był rusofilem, otóż, gdy spotkał rosyjski patrol z radością zawołał: „Bogu niech będą dzięki, żeśmy was zobaczyli!”.

Młody kozak podjechał do doktora i zadał sakramentalne pytanie: „Która godzina?”. Łatwowierny profesor już chciał wyciągnąć zegarek, gdy raptem zobaczył łańcuszek od zegarka, zwisający z kozackiej torby. Inteligentny profesor zorientował się od razu i przytomnie odpowiedział: „Bogu niech będą dzięki, zegarek już mi zabrano!”. Kozak tylko się roześmiał i odjechał.

Dr Kopystiański nawiązał z Rosjanami tak dobre stosunki, że opuścił miasto wraz z nimi w następnym roku.

Alkohol i moskale
Każdy alkoholik marzy o darmowej wódce. Idealnie byłoby, gdyby odkręcić kran, a tam… strumieniem leje się wódeczka. Jesienią 1914 roku marzenia stanisławowskich pijaków prawie się ziściły. Wprawdzie spirytus wylewał się do ścieków – ale mniejsza o to.

Generał Ferdynand Webel lubił sobie golnąć

Początek wybuchu I wojny światowej. 3 września wojska rosyjskie wchodzą do miasta. „Wyzwoliciele” dość hucznie obchodzą to wydarzenie. Tutejsza wódka na tyle spodobała się żołnierzykom, że w ciągu kilku dni dzielni wojacy zamienili się na nieogolonych zbirów, buchających oparami alkoholu. 5 września komendant Stanisławowa, niejaki Czekałow, usiłuje w jakiś sposób przywrócić porządek w mieście. W tym celu wydaje „Obowiązujące zarządzenie”, którego dziewiąty punkt głosi, iż „surowo zabrania się sprzedawać lub dawać żołnierzom alkohol”. Zakaz chyba jednak nie odniósł skutku i żydowscy sklepikarze nadal w pełnej mierze zaopatrywali Moskali w wódkę. Dlatego 11 września już nowy komendant, Jerszow, zakazał ponownie sprzedaży wódki żołnierzom. Rzecz jasna, zarówno sprzedawcy, jak i żołnierze mieli rozkaz Jerszowa w głębokim poważaniu i pijaństwo trwało nadal.

Wówczas komendant powziął radykalne kroki. Jak pisze kronikarz Szymon Szpund, „rozkazał wszystkim rafineriom i gorzelniom zaprzestać produkcji wszelkich napojów alkoholowych, cały zaś zapas likierów i spirytusu wylać z cystern w ciągu 24 godzin”. Z powodu rozkazu w kanalizacji znalazł się cały zapas wyprodukowanego spirytusu. Szkody wyniosły ponad 500 tys. koron.

Główne zapasy spirytusu znajdowały się w gorzelni Libermana (do niedawna TM „Kniahinin”) i Gofszteldera. Gdy zaczęto zlewać alkohol po prostu na ulicę do kanalizacji deszczowej, z całego miasta i okolicznych wiosek zbiegli się pijacy i czerpali okowitą kubkami, rękoma, kapeluszami, wazonikami na kwiaty, a nawet psimi miskami. To dopiero było widowisko!

Następnie dowództwo garnizonu wprowadziło karę śmierci za handel napojami alkoholowymi. Wojskowych też surowo karano za pijaństwo. Dowódca korpusu gen. Ferdynand Webel, by popijać szampana, który bardzo lubił, musiał ukrywać się w schronie przeciwlotniczym. Na pewien czas pijaństwo zostało powstrzymane. Ale nie na długo.

Okupant-ukrainofil
Na początku I wojny światowej szczęście odwróciło się od Austriaków – Rosjanie szybko zajęli znaczną część Galicji i 3 września weszli do Stanisławowa. Biskup Grigorij Chomyszyn uciekł, a w jego rezydencji przy ul. Lipowej (ob. Szewczenki 14) moskale umieścili komendę wojskową. Wyżsi duchowni, jak zresztą dziś, żyli sobie wówczas nieźle, więc w budynku było co szabrować. Komendant okazał się jednak człowiekiem z zasadami. Osobiście zaplombował wejście na piętro, gdzie mieściły się prywatne apartamenty biskupa, i urzędował jedynie w biurach na parterze.

Gdy w czerwcu 1915 roku Austriacy odbili miasto, biskup powrócił do swojej rezydencji. Gdy wszedł do swych apartamentów, ze zdziwieniem zobaczył, że nic nie zginęło – wszystkie rzeczy były tak, jak je zostawił. Nawet pióro leżało na stole tak, jak władyka go odłożył.

Pałac biskupi przy ul. Lipowej (pocztówka z kolekcji Wołodymyra Szulepina)

Czym można wytłumaczyć takie zachowanie rosyjskiego komendanta? Wśród mieszkańców chodziły pogłoski, że był to Ukrainiec znad Dniepru i to z tych „świadomych”. Podobno, gdy przechadzał się po komnatach, zobaczył w jednej z nich portret Szewczenki – poety, którego uwielbiał. Postanowił więc uczynić wszystko, aby ten bastion ukraińskości nie został naruszony przez pijanych sołdatów.

Piękna legenda ma jednak pewne „ale”. Zachowały się dwie odezwy komendantów miasta. Jedną podpisał Czekałow, drugą – Jerszow. Nazwiska niby rosyjskie, ale kto wie…

Nieznajomi na moście
Tak czy owak, ale w ciągu ostatnich stu lat nasze miasto zmieniło się bardzo. Dlatego, gdy przeglądam stare fotografie, podpisane jako „Stanisławów”, długo się zastanawiam – skąd to fotografowano i czy w ogóle jest to Stanisławów?

Zniszczony most w Stanisławowie. Rok 1915 (ilustracja z archiwum autora)

Oto przykład. W 1915 roku rosyjski departament kolei żelaznych wydał „Album rodzajów urządzeń dróg żelaznych Galicji”. Zamieszczono tam zdjęcia wysadzonych przez Austriaków mostów i ich odbudowy przez rosyjskie wojska kolejowe. Jedno ze zdjęć podpisane jest tak: „Odnowienie mostu na rzece Bystrzycy na stacji Stanisławów”. Widać na nim wysadzony most, rzekę, a w oddali jakieś przemysłowe zabudowania z wysokim kominem. Pośród użytkowników Facebooka zawiązała się ożywiona dyskusja, gdzie by to mogło być? Gdybyśmy mieli tylko jedną rzekę, byłoby łatwiej określić to miejsce. Ale mamy dwie rzeki! Dziś przez Bystrzycę Sołotwińską i przez Bystrzycę Nadwórniańską przerzucono zupełnie inne mosty. Jedyny szczegół to komin na horyzoncie.

Ktoś przypuścił, że jest to most na Bystrzycy Nadwórniańskiej. Fotograf stał od strony Chryplina, a komin – to miejska elektrownia. Jednak elektrownia zbudowana została w 1928 roku, a zdjęcie pochodzi z jesieni 1914. Klucz do rozwiązania zagadki podał kowal Wsiewołod Bażaluk. Jest on doświadczonym rybakiem i zauważył, że rzeka płynie od prawej ku lewej. Jeżeli to ma być Bystrzyca Nadwórniańska, to fotografowano od strony Stanisławowa, zaś po przeciwnej stronie miałby być Chryplin. Ale tam nie było wówczas żadnych większych zakładów przemysłowych.

Rozpatrzmy inną wersję. Jest to Bystrzyca Sołotwińska, fotograf stoi na Pasiecznej i robi zdjęcie miasta. Aparat rejestruje prawdopodobnie gorzelnię. Gdyby to jednak był most drogowy, to by się zgadzało, ale tam widać kolejowy i położony jest on znacznie bardziej na lewo

Musiałem zrobić eksperyment – wziąć współczesną mapę i położyć linijkę pod kątem wykonanej fotografii. Okazuje się, że komin miałby być gdzieś pomiędzy ulicami Maksymowicza i Bogdana Chmielnickiego. Dziś różnych przedsiębiorstw jest tam bez liku, ale w tamtych czasach? Przestudiowałem uważnie mapę Stanisławowa z 1919 roku. W tej okolicy zaznaczona jest cegielnia przy ul. Nowy Świat (ob. Chmielnickiego). Należała ona do niejakiego Sommera i była drugą co do wielkości produkcji w Stanisławowie. Produkowała do 2 mln cegieł rocznie. Dziś w tym miejscu są magazyny aptek.

W ten sposób rozwiązałem zagadkę. Puzzle się ułożyły. Teraz, jak pożartował pan Bażaluk, należy tylko ustalić, kto stoi na moście.

Hotel „Centralny” mieścił się w kamienicy po lewej (pocztówka z kolekcji Zenowija Żerebećkiego)

Pozdrowienie generalskie
Gdy w czasie I wojny światowej Rosjanie zajęli Stanisławów, w mieście na pewien czas rozlokował się sztab 30 korpusu artyleryjskiego. Szefem sztabu był generał major Nikołaj Monkewitz. Przed wojną był kuratorem wywiadu wojskowego i kontrwywiadu carskiej armii.

gen. Nikołaj Monkewitz

Członkowie sztabu zamieszkali w hotelu „Cytadela” na rogu obecnych ulic Strzelców Siczowych i Mazepy. Po załamaniu się frontu w Gorlicach sytuacja zmieniła się na korzystną dla Austriaków i 19 lutego 1915 roku Rosjanie opuścili Stanisławów.

Gdy wszystko już było gotowe do opuszczenia miasta, Monkewitz poprosił właściciela hotelu o kawałek papieru. Napisał coś na nim i podał właścicielowi mówiąc: „Proszę to oddać pierwszemu austriackiemu patrolowi, który jutro lub najdalej pojutrze wstąpi do miasta”.

W notatce, zaadresowanej do austriackiego dowództwa napisał: „Szef sztabu rosyjskiego korpusu pozostaje bardzo zadowolony z pobytu w mieście i szczerze życzy wam krótkiego i nieprzyjemnego stacjonowania w Stanisławowie”.

Życzenie spełniło się – już 4 marca wojska rosyjskie wróciły do miasta.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 3 (343), 14–27 lutego 2020

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X