Legendy starego Stanisławowa. Część 29 Gmach „Sarepta” przy ulicy pastora Zeklera (z archiwum autora)

Legendy starego Stanisławowa. Część 29

Chopin

Podobizna Chopina na hotelu „Dniestr” (z archiwum autora)

Pomiędzy pierwszym a drugim piętrem hotelu „Dniestr” są umieszczone medaliony. W architekturze nazywa się tak płaskorzeźby ujęte w owalne obramowanie. „Dniestrowskie” medaliony przedstawiają mężczyznę z rozwianą fryzurą, podobnego do Indianina Joe z filmu „Przygody Tomka Sawyera”. Nie wiadomo dlaczego architekt Janusz, budując hotel w 1913 roku, udekorował go właśnie taką podobizną.

Istnieje legenda, że jest to profil Chopina. Podobno polski kompozytor bywał w Stanisławowie i tu koncertował. Później w miejscu budynku, gdzie grywał, wystawiono hotel „Austria” – obecny „Dniestr”, uwieczniając artystę na medalionach. Porównując podobiznę na medalionach z portretem Chopina rzeczywiście można dopatrzeć się pewnego podobieństwa. Ale fakty są uparte: Ferenc Liszt tu był, Mozart młodszy też, ale o Chopinie kroniki jakoś milczą.

Nafta pana Kaufmana
Na ulicy Teodora Zeklera pod nr 9 mieści się dziś Iwanofrankiwska Izba Przemysłowo-Handlowa. Ten gmach niedawno obchodził swój 100-letni jubileusz. A powstanie zawdzięcza on nafcie.

Pan Kaufman był dyrektorem wielkiej kompanii naftowej, która przed stu laty działała w Sołotwinie. Nafciarze dawniej, jak zresztą i dziś, byli ludźmi daleko nie ubogimi i pieniądze mieli zawsze. Dlatego właśnie do Kaufmana zwrócił się pastor Zekler, przewodniczący niemieckiej społeczności Stanisławowa. Poprosił oligarchę o pomoc w budowie przytułku dla chorych dzieci. Jednak odpowiedź pastor otrzymał dość nieoczekiwaną.

Okazuje się, że sprawy pana Kaufmana szły kiepsko. Na poszukiwanie nafty wyłożył spore pieniądze, a rezultatu nie było.

– Jak pójdzie nafta, to zaraz dam pieniądze – odpowiedział dyrektor pastorowi.

Zekler wrócił do Stanisławowa i gorąco modlił się w intencji pomyślności sprawy Kaufmana. I modlitwy jego zostały wysłuchane. W zagłębiu sołotwińskim odkryto bogate złoża nafty, co rozwiązało wszystkie problemy. Już niebawem biznesmen przekazał okrągłą sumę na zbożny cel i w 1913 roku wystawiono gmach przytułku. Nazwano go „Sarepta” – na cześć biblijnego miasta w Libanie, gdzie mieszkał prorok Eliasz. Umieszczono tam dom sióstr miłosierdzia. Dom miał centralne ogrzewanie, wodociąg i nawet egzotyczne dla ówczesnego Stanisławowa łazienki.

Kamienica Hauswalda (pocztówka z kolekcji Zenowija Żerebećkiego)

Karol Hauswald
Krajoznawca Mychajło Hołowatyj pracował swego czasu w zakładzie „Prompryład”. Poznał tam niejakiego Hausknechta – syna byłego członka Komunistycznej Partii Ukrainy Zachodniej, który był dość rozmowny i często opowiadał historie ze swej młodości.

Opowiadał na przykład, że najbogatszym mieszkańcem miasta w okresie międzywojennym był Niemiec Karol Hauswald. Miał pracownię kowalską i sklep wyrobów metalowych. W 1913 roku, przed pierwszą wojną światową, wybudował sobie wspaniałą kamienicę w centrum miasta, przy obecnej ul. Niezależności 11. Ozdobą kamienicy była strzelista wieżyczka z kopułą, kryta miedzianą blachą. Samo pokrycie kosztowało mnóstwo pieniędzy i było chyba jedynym tego rodzaju w Galicji. Gdy Hauswald chwalił się swoją kamienicą, za każdym razem zwracał uwagę na miedziany dach.

Ale wkrótce wybuchła wojna światowa i Stanisławów zajęły wojska rosyjskie. Władze carskie potrzebowały materiałów strategicznych na potrzeby obronności i cały dach przeznaczyły na przetopienie. Dla starego był to cios nie do zniesienia. Życie straciło wszelki sens i popełnił on samobójstwo.

Później Hołowatyj sprawdził tę historię i okazało się, że Hausknecht kłamał. Karol Hauswald zmarł śmiercią naturalną i zostawił swoim synom testament. A ponadto – istnieje fotografia z 1920 roku z widokiem ul. Sapieżyńskiej, na której kamienica Hauswalda ma nietkniętą kopułę. Okazuje się, że miedziany dach zdemontowano już później.

Ten chłopczyk ma smutny wyraz twarzy – nic w tym dziwnego (z archiwum autora)

Chłopczyk, który nie siusia
Początek naszej „stumetrówki” tworzą dwie potężne kamienice. Ta po prawej została wystawiona w 1912 roku przez miejscowych bogaczy Chowańców. Była to pierwsza w Stanisławowie czteropiętrowa kamienica z windą, oświetleniem elektrycznym i innymi nowoczesnymi udogodnieniami. Aby nadać kamienicy estetyczny wygląd Chowańcowie zamówili kilka rzeźb u mistrza Antoniaka, tworzącego nagrobki na cmentarz.

Na Ukrainie istnieje tradycja, że gdy ktoś buduje kamienicę, to sąsiad, jako porządny gospodarz, powinien wybudować nie gorszą. Dlatego już w roku następnym Niemiec Hauswald wystawił naprzeciwko swoją kamienicę. Też czteropiętrową, z windą, elektrycznością i rzeźbami z pracowni Antoniaka. O jednej z figur ułożono lokalną anegdotę.

W Brukseli znajduje się znana fontanna „siusiającego chłopczyka”. A w Stanisławowie też mamy coś do pokazania –figurę „chłopczyka, który nie siusia” i tym symbolizuje cierpienie narodu ukraińskiego.

Emil Dubonnet (z archiwum autora)

Aeronauci
W listopadzie 1913 roku mieszkańcy Stanisławowa zobaczyli olbrzymi balon. Szybko się zniżał i w krótkim czasie wylądował na polu podmiejskiej wioski Wowczyniec. Z kosza wyszli dwaj mężczyźni, których od razu otoczyli wieśniacy. Przybysze zwrócili się do nich w niezrozumiałym języku, wywołując jeszcze większe podejrzenia. Czasy były niepewne, w powietrzu czuło się wojnę, więc aeronautów uznano za zagranicznych szpiegów i wezwano policję.

Na miejsce zdarzenia przybył sam komisarz stanisławowskiej policji Kazimierz Janicki. Wybadał przybyszów i zrozumiał, że nie są to żadni szpiedzy, ale sportowcy. Dwaj Francuzi, Emil Dubonnet i Welby Jourdon, wylecieli z Paryża aby dostać się do Odessy i dokonać rekordowego przelotu na odległość 2400 km. Jednak, gdy przelatywali nad terenami austriackimi, wiatr zepchnął ich na fortyfikacje Krakowa. Garnizon otworzył ogień i balon w 20 miejscach przestrzelono. Aż dziw, że kula powietrzna nie opadła od razu, lecz zdolna była jeszcze polecieć dalej.

W pewnym momencie aeronauci poprzez gęstą mgłę zobaczyli elektryczne światła i wzięli je za latarnie morskie w Odessie, wobec czego wylądowali. Morza nie było tu nawet blisko, a latarniami morskimi wydały im się światła na dworcu.

Aeronauci wylądowali w podmiejskiej wsi Wowczyniec (z archiwum autora)

Stanisławowska policja przez dwa dni badała tożsamość aeronautów. Gdy wyjaśniono, że nie mieli żadnych złych zamiarów, wsadzono ich wraz z balonem do pociągu i odesłano do domu. Powietrznym wędrowcom wystawiono jednak słony rachunek na 294 korony, obejmujący wartość przejazdu i karę za nielegalnie przekroczenie granicy.

Interesujące, że z tej sumy komisarz Janicki wziął dla siebie 40 koron, jako rekompensatę za stracony czas. Widać stąd, że bardzo cenił swój wolny czas, bowiem jego miesięczna gaża wynosiła 100 koron.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 1 (341), 17 – 30 stycznia 2019

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X