Legendy starego Stanisławowa. Część 26

Legendy starego Stanisławowa. Część 26 W kamienicy Byka (po prawej) mieściły się instytucje, które zainteresowały złodziei (pocztówka z kolekcji Zenowija Żerebeckiego)

Oblężenie bursy

W ukraińskim gimnazjum Stanisławowa studiowały dzieci miejscowe i „dojeżdżające”. Miejscowa młodzież mieszkała z rodzicami, a dla dojeżdżających były bursy, czyli płatne akademiki. Gimnazjum miało dwie bursy – pedagogiczną i chłopską. Ta pierwsza uważana była za elitarną, stąd była droższa (30 koron miesięcznie). Chłopska była tańsza – 20 koron, ale jej mieszkańcy to byli jeszcze owe urwisy. Czym gimnazjaliści zajmowali się w wolnym od zajęć czasie opowiada Mychajło Jaśkiw, który przyjechał do Stanisławowa na naukę w 1907 roku.

– W tych latach, gdy bursa była na ul. Kazimierzowskiej (ob. Mazepy), często walczyliśmy z batiarami. Pewnego razu wracaliśmy z kąpieli w Bystrzycy i zaczepiło nas po drodze kilku batiarów. Bursacy sprawili im tęgie lanie. Wróciliśmy do bursy, a po pewnym czasie zobaczyliśmy całą „armię” batiarów, otaczającą bursę. Bursa była otoczona wysokim drewnianym płotem z desek, jak prawdziwa forteca. Armia bursaków wyległa na dziedziniec. Dowodził nami kierownik bursy prof. Rostyński, były oficer austriacki. Młodsi uczniowie przynosili kamienie, a starsi strzelali nimi przez płot. Dowodzący nami najwięcej uwagi zwracał na to, aby nasze głowy były całe. Bursacy w tej bitwie uzyskali świetne historyczne zwycięstwo. Wielu batiarów było rannych i haniebnie wycofali się z placu boju. Z bursaków nikt nie ucierpiał, wybito tylko kilka szyb w oknach. Tego roku, do samych wakacji bursacy nie wychodzili do miasta pojedynczo, tylko w dużych grupach, gdyż batiarzy starali się na nas zemścić.

W kamienicy Byka (po prawej) mieściły się instytucje, które zainteresowały złodziei (pocztówka z kolekcji Zenowija Żerebeckiego)

O pieniądzach, jabłkach i złodziejach
Przed wystawieniem własnego budynku stanisławowska filia Austro-Węgierskiego banku dzierżawiła kilka pomieszczeń na parterze w kamienicy niejakiego p. Byka. Stała ona na rogu dzisiejszych ulic Baczyńskiego i Strzelców Siczowych. W 1907 roku z bankiem sąsiadowała poczta i biuro zamożnego p. Kornblucha. Wszystkie trzy instytucje miały znaczne zasoby gotówki i z tego chciała skorzystać banda złodziei, specjalizujących się w otwieraniu kas pancernych.

Pod budynkiem były olbrzymie piwnice, gdzie lokalny handlarz trzymał jabłka. Do magazynu jabłek dostać się łatwiej niż do banku. Czterech złodziei niespostrzeżenie dostało się do magazynu jabłek. Zasłonili okna piwnicy i zaczęli rozbijać strop.

Wtem niespodziewanie do magazynu wszedł syn właściciela, by wziąć trochę owoców. Usłyszawszy jakieś odgłosy, chłopak przestraszył się i z krzykiem „Złodzieje!” wybiegł na górę. Za nim pouciekali złodzieje, ale policja idąc po ich śladach, zatrzymała całą czwórkę.

Takim wyobrażali sobie Stanisławów w przyszłości twórcy tego kolażu (pocztówka z kolekcji Ołega Hreczanyka)

Stanisławowski tramwaj
Wiadomo, że w Stanisławowie planowano puścić tramwaj. Do prac przygotowywała się firma Siemiens & Halske. W 1908 roku rozplanowano nawet trasy tramwajowe po mieście. Miały one przebiegać po ulicach (nazwy obecne): Wołczynieckiej, Hruszewskiego, Niezależności, Strzelców Siczowych, Mazepy, Czornowoła i Halickiej. Całkowicie nie na czasie wybuchła I wojna światowa i pogrzebała te ambitne plany.

Jednak w kolekcji krajoznawcy Petra Arsenicza znalazła się unikatowa pocztówka, na której widać, jak ul. Karpińskiego (początek ob. Halickiej) jedzie prawdziwy tramwaj elektryczny. Co by to miało znaczyć?

Okazuje się, że stanisławowscy wydawcy wzięli zamiary za rzeczywistość i w 1907 roku, korzystając z kolażu, wydali pocztówkę „Stanisławów w 1914 roku”. Któż mógł przewidzieć, że to właśnie wtedy wybuchnie straszliwa wojna, która zmieni centrum miasta w ruiny.

Budynki nr 6 i 8 przy Grunwaldzkiej są podobne do siebie jak dwie krople wody (z archiwum autora)

Budynki-bliźniaki
Gdy przechodzić będą państwo ulicą Grunwaldzką, proszę zwrócić uwagę na dwie wille pod nr 6 i 8. Są prawie identyczne i stoją połączone. Cóż to – architekt nie miał pomysłu, czy zabrakło kosztów na nowy projekt? Ani jedno, ani drugie. Lecz istnieje na ten temat pewna legenda.

W 1908 roku stanisławowski magistrat zdecydował się na przełożenie nowej ulicy, łączącej centrum miasta z dworcem kolejowym. W tym celu musiano wykupić pokaźne tereny u rodziny Laiblichów. Za te grunty głowa rodziny otrzymał solidne wynagrodzenie i postanowił włożyć je w nieruchomość. Ponieważ miał dwóch synów, zdecydował każdemu z nich wybudować dom. Przy czym nie byle gdzie, a przy nowo przebiegającej ulicy – Grunwaldzkiej. Aby synowie nie mieli pretekstu do kłótni, że komuś dostał się lepszy dom, mądry ojciec kazał wybudować dwa identyczne. Są prawie identyczne – różnią się kształtem wieżyczek.

Nieznajoma na kopule
W 1908 roku ukończono rekonstrukcję stanisławowskiego dworca. Centralną kopułę upiększyła postać uskrzydlonego bóstwa z wieńcem i trąbką, która niestety nie dotrwała do naszych czasów. Widoczna jest jednak na starych pocztówkach. Niestety żadne źródła nie dają odpowiedzi na pytanie, co to za postać i co miała symbolizować. Wobec tego spróbujmy ją zidentyfikować.

Wiadomo, że stanisławowski dworzec powstał podczas przekładania połączenia Lwów-Czerniowce. Na dworcu w Czerniowcach zachowała się figura kobiecej postaci, wprawdzie bez skrzydeł i trąbki. Autor przewodnika po tym mieście dziennikarka Iryna Pustynnikowa nazywa ją Irydą.

Ta grecka bogini była posłanką olimpijskich bogów, roznosiła rozkazy Zeusa z szybkością błyskawicy i zastępowała dzisiejsze smartfony. Przedstawiano ją z olbrzymimi skrzydłami i z czaszą w ręku. Ten ostatni atrybut był nieobecny u stanisławowskiej bogini, co rodzi pewne wątpliwości o jej podobieństwie do bukowińskiej. A jeszcze Iryda sprowadzała dusze kobiet do królestwa zmarłych, co nie bardzo pasuje do kolei żelaznych. Więc to na pewno nie ona. Ale kto?

Odpowiedź na ten rebus odnalazła krajoznawczyni Ludmiła Łozińska. Zauważyła ona, że na dworcu w Dreźnie na kopule stoi identyczna ze stanisławowską rzeźba. Niemcy łaskawie nazywają ją „wyżymaczką soku z cytryn”. To Fama – bogini pogłoski i reputacji. Ta ma wszelkie atrybuty: skrzydła, trąbę i wieniec. Famę również uważano za patronkę słuchów i plotek.

Tu Austriacy trafili w dziesiątkę – gdzież jeszcze nasłuchasz się tylu plotek, jak nie w podróży w pociągu?

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 18 (334), 30 września – 14 października 2019

X