Legendy starego Stanisławowa. Część 108 Na ul. Mazepy jest wiele budynków pamiętających ją jeszcze jako Kazimierzowską. Widokówka z kolekcji Zenowija Żerebeckiego

Legendy starego Stanisławowa. Część 108

Osiołek, wędrujący samotnie

Historia, którą opowiedział mi dyrektor Kompanii telewizyjnej „Wieża” Taras Zeń, wydarzyła się na początku lat 2000. Mieszkał on wówczas w dziewięciopiętrowym bloku przy ul. Wołczynieckiej 192.

Panorama dzielnicy Pozytron. Zdjęcie z archiwum Stepana Nazarenki

Pewnego razu, latem, wyszedł na balkon i zobaczył… osiołka. Proszę sobie wyobrazić: dzielnica sypialna Pozytron, zabudowana blokami, w wewnętrznym podwórku – plac zabaw, obok zaparkowane samochody mieszkańców, a pośród tego miejskiego pejzażu – na asfalcie stoi sobie spokojnie osiołek. Przy tym, chyba nie był oswojony, a całkowicie dziki, czyli wolny.

Podobny osiołek wędrował ulicami miasta. Zdjęcie ze źródeł internetowych

Skąd tu się wziął? I tu Taras przypomniał sobie, że wczoraj zawitało do Frankiwska wędrowne ZOO, które ulokowało się na placu pomiędzy ul. Wołczyniecką i Iwasiuka (ten plac już jest zabudowany). Była to prawdziwa mordownia na kołach: zwierzęta tuliły się w brudzie w ciasnych klatkach. Wyglądało to wszystko bardzo żałośnie – wyleniałe, wychudzone, z załzawionymi oczyma.

Taras pośpieszył tam, ale pracownicy ZOO, ziejący alkoholem, wcale nie przejęli się ucieczką osiołka. Powiedzieli, że jest zdyscyplinowany i zawsze wraca do domu, więc niech sobie pospaceruje.

Później tego osiołka często widziano w różnych częściach miasta. Biedny zwierzak karmił się ze śmietników.

Straszna opowiastka

Ta historią przypomina dziecięcą straszną opowiastkę, ale mimo wszystko ma prawo na istnienie. Po roku 2000 młody biznesman kupił mieszkanie w centrum Frankiwska, przy ul. Mazepy. Wcześniej była to ul. Kazimierzowska i zachowało się tam wiele starych, jeszcze austriackich budynków z wysokimi sufitami.

Poprzedni gospodarz, stary Żyd, przed wyjazdem do Izraela udzielił nowemu właścicielowi jedną radę:

– Możesz przeplanować sobie mieszkanie, ale nigdy nie wykręcaj śruby z podłogi w dużym pokoju – rzekł. Biznesman zgodził się i niebawem pożałował danej obietnicy – śruba sterczała z parkietu pośrodku pokoju. Wystawała na tyle, że nawet zakrycie jej dywanem na nic się nie zdało. Chłopak przechodząc przez pokój stale zaczepiał o nią. Aż pewnego razu, będąc na rauszu, przewrócił się. Gdy następnym razem zniszczył sobie kolejny pantofel, wziął instrumenty i wykręcił nieszczęsną śrubę.

Nic się nie stało: sufit nie spadł, wojna nie wybuchła. Siadł więc chłopak i zaczął oglądać telewizję, gdy nagle rozległ się dzwonek do drzwi.

Na progu stała zakrwawiona sąsiadka z dołu, a w ręku trzymała wielki kryształowy żyrandol. A raczej to co po nim zostało.

Rekonstrukcja dzwonnicy

Przez prawie dwieście lat piękna barokowa dzwonnica dekorowała obecny pl. Szeptyckiego. Wraz z kościołem farnym tworzyła architektoniczną całość i była wykorzystywana podczas nabożeństw.

W 1960 r. kościół został zamknięty, na placu urządzono stację autobusów podmiejskich. Dzwonnica przeszkadzała manewrom transportu i nakazano ją rozebrać. Na szczęście Wydział architektury zdążył poczynić odpowiednie pomiary fundamentów dzwonnicy.

Na początku lat 2000., gdy prowadzono rekonstrukcję śródmieścia, postanowiono odbudować starą dzwonnicę. Ale tu natknięto się na trudności. Architekci mieli wymiary jedynie podmurówki dzwonnicy, a nikt nie wymierzył jej wysokości.

Stanisławska stacja autobusów podmiejskich, 1962 r. Ostatnie chwile oryginalnej dzwonnicy. Zdjęcie z archiwum Petra Arsenicza

Wówczas architekt Zenowij Sokołowski, opracowujący projekt odbudowy, wpadł na genialny pomysł. Zachowało się wiele widokówek pl. Franciszka I, na których widoczna była dzwonnica. Ponieważ kościół farny nie zmienił swego kształtu i stał na swoim miejscu, więc jego wysokość nie zmieniła się. Wykorzystując przekształcenia geometryczne w przestrzeni i złożone obliczenia matematyczne, odtworzono naturalną projekcję dzwonnicy. Zadanie wykonano.

Obecnie wycieczki z trudem wierzą przewodnikom, że jest to barokowa wieża z 2001 r.

McDonald’s

Pośród młodzieży szkół podstawowych Frankiwska popularne są wycieczki do Lwowa. Jeśli myślicie, że młodzież przyciąga tam renesansowa architektura miasta Lwa, to się mylicie. Pierwsze pytanie małych turystów do przewodnika brzmi: „Kiedy pójdziemy do McDonald’sa?”.

Mamy jednak we Frankiwsku swego McDonald’sa. Wprawdzie tam ani hamburgera, ani cheeseburgera nie podadzą. Mowa tu o kamienicy przy ul. Sacharowa 26. Zaczęto budować ją jeszcze w czasach ZSRR pod biura obwodowych kursów zawodowych. Jest dziełem architekta Jarosława Humeniuka.

Budynek Instytutu Kultury i Sztuki przyciągał jaskrawymi barwami. Zdjęcie z archiwum Wadyma Klimenki

Potem nastał kryzys ekonomiczny i niedobudowane pudło długo spoglądało na świat pustymi oknami. W 2001 r. budynek ukończono i przekazano na filię Uniwersytetu Przykarpackiego – Instytut sztuki. Gmach pomalowano na jadowite czerwono-żółte kolory, bardzo przypominające logo znanej firmy szybkiego żywienia. Nie dziw, że budynek natychmiast określono jako „McDonald’s”. Z czasem farba zblakła i gmach stracił swój „amerykański” urok.

Interesujące jest to, że wydział początkowo nazwano „Instytutem Kultury i Sztuki”. Po kilku latach został po prostu Instytutem Sztuki. Możliwe, żeby przypadkiem nie mylić go z podobną uczelnią w Kijowie – Instytutem Popławskiego.

Skandaliczna broszura na tle kompromitującego artykułu. Zdjęcie autora

Jak poróżniło się dwóch akademików

Ta historia wydarzyła się w 2001 r. Jej bohaterami są dwie znane w mieście osoby, wobec tego nie będziemy podawać nazwisk. Oznaczymy ich jedynie literami.

Na jednej z uczelni miasta pracował akademik „G”. Trafiła mu się praca studentki Luby o XIX wiecznym kapłanie, historyku, pisarzu i pedagogu Wasylu Ilnickim. Akademikowi ta praca bardzo się spodobała. Szczególnie uderzyła go długa lista wykorzystanej bibliografii. Zaproponował studentce wydanie pracy drukiem. Wprawdzie z podaniem swego współautorstwa, z nazwiskiem G na pierwszym miejscu. Studentka wyraziła zgodę i niebawem uniwersyteckie wydawnictwo wydało broszurę zatytułowaną „Naukowo-pedagogiczna i społeczna działalność Wasyla Ilnickiego”.

Podczas prezentacji broszury dumny G sprezentował swą książkę innemu znanemu akademikowi – „K” (profesorowi innej uczelni). K podziękował, przyszedł do domu i uważnie przestudiował dzieło. Jakież było jego zdziwienie, gdy rozpoznał w tej broszurze plagiat własnych prac „Ukraińskie narodoznawstwo w nazwiskach” i „Święć się imię Twoje”.

Oburzeniu K było bezgraniczne. Napisał do G list, ale odpowiedzi nie otrzymał. Wówczas w gazecie obwodowej ukazał gniewny artykuł zajściu. Skandal był huczny.

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 10 (470), 30 maja – 12 czerwca 2025

X