Niuanse frankowskiej restauracji
Tę historię usłyszałem od lekarza, osoby godnej zaufania. Wydarzyła się przed wielu laty i wszyscy jej bohaterowie już dawno nie zajmują tych posad, niektórzy zaś przenieśli się do lepszego świata.
Mniej więcej na przełomie wieków pomalowano fasadę głównego gmachu Uniwersytetu Medycznego, który wówczas jeszcze był Akademią. Remont przeprowadzono na własny koszt, więc i kolor wybrano taki, który przypadł do gustu dyrekcji – błękitny.
Niebawem rektora zawezwał do siebie mer miasta.
– To dobrze, że zrobiliście remont własnymi siłami – rzekł mer. – Ale mamy obecnie kompleksową restaurację śródmieścia i według planu gmach akademii ma być fioletowy. Jeżeli zostawimy ją tak jak jest, będzie to dysonowało z otoczeniem i zatraci się wizualna wizja jedności architektonicznej centralnej części miasta.
Rektor zapewnił, że zupełnie nie miał zamiaru naruszać tej „jedności” i obiecał coś wymyśleć. Zwołał więc naradę prorektorów. Ponieważ kosztów na nowe malowanie już nie było, postanowiono poszukać „rezerw”. Na uczelni studiowało kilka córek właścicieli firm budowlanych. Nie błyszczały wiedzą, więc poproszono tatusiów o pomoc materiałami i robocizną. Ci „chętnie” przystali na prośbę.
Nie zdążono pomalować na fioletowo kilku metrów kwadratowych, jak znów rektora zaprosił mer.
– Panie rektorze, nie zrozumiał mnie pan. My mamy swoją firmę, która prowadzi wszystkie prace w centrum i fachowo pomaluje fasadę. Chodzi jedynie o pieniądze.
Pół wiadra kompresji
Wojskowi lotnicy – to zamknięta kasta z własnym slangiem zawodowym, tradycjami i nawet oryginalnymi żartami. Tę historię usłyszałem od starego kapitana-technika na początku lat 2000.
W czasach sowieckich istniała dość ciekawa praktyka sprawdzania przydatności zawodowej młodych poruczników-techników obsługi samolotów. Poziom przygotowania absolwentów szkół lotniczych był różny. Jedni dość dobrze orientowali się w złożonej technice lotniczej, a inni z trudem wyobrażali sobie, z której strony podejść do samolotu. Ci ostatni przeważnie stawali się ofiarami drwin i żartów ze strony kolegów.

Od lat 80. pułk, stacjonujący we Frankiwsku miał na uzbrojeniu myśliwce MiG-29. W czasie lotów wszystkie maszyny wystawiano w rząd na wielkim betonowym placu, oznaczonym w skrócie CPT (Centralny Plac Tankowania), ponieważ pod betonową powierzchnią były rurociągi, rozprowadzające paliwo. Wokół każdego samolotu kłębiło się przeważnie wielu mechaników, podjeżdżała i odjeżdżała specjalna technika. W tym zamieszaniu stary kapitan woła na młodego technika:
– Skocz do nr 17 i poproś Wasylowicza o pół wiadra kompresji. – Wszyscy wokół rozumieją, że kompresja to ciśnienie w oponach, ale z poważnymi twarzami kontynuują swą pracę.
Młody porucznik nie zauważa podstępu i leci z wiadrem do wskazanej maszyny. Zawiadamia z dumą tamtejszego technika, że kapitan prosi o pół wiadra kompresji. Ten, zorientowany w sytuacji, każe mu podstawić wiadro pod ogon myśliwca i napompować sobie kompresji ruchami sterów wysokości. Porucznik wykonuje polecenie starszego mechanika i macha sterami, a ponieważ nie jest to proste, więc oblewa się potem. A obok histerycznie chichoczą inni technicy, ledwo powstrzymując śmiech, aby nie wydać tej bezsensownej sytuacji.
Pomimo wysiłków chłopaka wiadro pozostaje puste.
– Ale tam nic nie kapie – skarży się młodzik.
– Pompuj mocniej, tam na pewno jest korek powietrzny – niewzruszenie odpowiada starszy technik.
Młody porucznik z całych sił pompuje, a wokół już na dobre rechoczą wszyscy na cały głos. W tej sytuacji szef powstrzymuje chłopaka.
– Dobra, chłopcze, zaczekaj – mówi. – Powiedz kierownikowi, że skończyła mi się kompresja. Ale słyszałem, że na nr 9 jeszcze jest.
Jajko
W samym centrum miasta stoi fontanna z figurą jajka – taka nietradycyjna mała forma architektoniczna. Zrodziła jednak kilka wersji swego pojawienia się.
Według jednej z nich głównym sponsorem odnowienia centralnego placu miasta była ferma drobiarska z miejscowości Zagwoździec, która postanowiła w ten sposób upamiętnić swoją produkcję.
Inna wersja związana jest z zamachem na Wiktora Janukowycza, który jako kandydat na prezydenta Ukrainy odwiedził miasto. Ale tak nie było, bowiem „jajko” stanęło w 2000 r., a zamach miał miejsce w 2004 r.

Według zamysłu autorów i sponsorów jajko jest symbolem zwycięskiej siły życia. I faktycznie – przez spękania w skorupie przebijają się jakieś zalążki życia. Artysta przez nieostrożność wykonał je z kolorowego metalu – mosiądzu, i już niebawem przedsiębiorczy mieszkańcy miasta wyłamali te „zalążki” z wysoko artystycznego arcydzieła.
Ponieważ pracami restauracji rynku kierował wicemer Bogdan Onyśkiw, to fontannę nazwano po prostu – „jajkiem Onyśkiwa”. Lokalny poeta poświęcił temu krótki wiersz:
„Oto Onyśkiwa jajco, co nadało miastu lico”.
Kawka na Sokole
Niewątpliwie najbardziej fotogenicznym budynkiem całego śródmieścia jest gmach Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” (ob. Miejska biblioteka dla dzieci). Wzniesiono go w 1895 r. według projektu architekta Karola Zaremby. Kamienica jest bogato udekorowana z zewnątrz, zaś dawniej jej fasadę zdobiło w niszach 27 herbów ziem Rzeczypospolitej.

W czasach sowieckich te malowidła zamazano i mieszkańcy miasta stopniowo zapomnieli, co one przedstawiały. Po 2000 r. gmach wyremontowano. Wówczas robotnicy odczyścili wizerunek jakiegoś czarnego ptaka. Uznano go za kawkę – symbol Galicji i pozostawiono odkrytym.
Tak naprawdę nie jest to żadna kawka, lecz orzeł – herb woj. płockiego. Jeśli dobrze się przypatrzeć, to na piersiach tej pseudo kawki widoczna jest litera „P”.
Co się tyczy autentycznego herbu Galicji, ulokował się on w skrajnej lewej niszy na głównej fasadzie. Może to jego warto byłoby odsłonić?

Złożone nazwy ulic
Pewien znajomy jeszcze przed wojną miał wspólny biznes z Rosjanami. Współpraca toczyła się dość trudno, bo „północni bracia” ciągle podrzucali mu jakieś niespodzianki. Był to początek lat 2000. i Internet dopiero wchodził, ale firma prowadziła już aktywną korespondencję. Jasne, że wyłącznie po rosyjsku, bo innego języka „bracia” nie znali.
Chłopiec miał biuro przy ul. Dżochara Dudajewa – lidera antyrosyjskiego powstania w Czeczenii, serdecznie nienawidzącego wszystko co rosyjskie – tak, jak i Ukraińcy. Biznes się rozwijał, aż pewnego razu nadszedł list. Rosyjscy partnerzy zawiadamiali, że mieli rozmowę w FSB (Federalnej Służbie Bezpieczeństwa – red.) i okazało się, że nazwa ulicy „obraża ich uczucia narodowe, wychwala czeczeńskich separatystów i sprzyja rozpalaniu światowego terroryzmu”. Postawiono go przed faktem: albo kończą z nim współpracę, albo szuka biura na mniej prowokacyjnej ulicy.

Nie mając innego wyjścia przedsiębiorca znalazł nowe biuro. Tym razem przy ul. Strzelców Siczowych. Oni wprawdzie też walczyli z Moskalami, ale były to odległe czasy – jeszcze za caratu – więc kłopotów być nie powinno. Faktycznie, w Moskwie mało kto wiedział kim byli i pretensji nie mieli. Ale pewnego razu nadszedł list zaadresowany: Strzelcy Styczniowi (mylnie przetłumaczona wersja Siczowi na Styczniowi – red.).
Dziwne, że na poczcie wiedzieli, gdzie list dostarczyć.
Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 8 (468), 29 kwietnia – 15 maja 2025
