Legendy starego Stanisławowa. Część 106 Ul. Czornowoła 5a, lokacja z filmu „Nieposkromiony” bez scenografii filmowej. Zdjęcie ze źródeł internetowych

Legendy starego Stanisławowa. Część 106

Potiomkinowska chruszczowka

Po zwycięskiej wojnie rosyjsko-tureckiej Katarzyna II wyruszyła na południe swego imperium, by obejrzeć przejęte tereny. Gubernatorem tych ziem był książę Potiomkin. Istnieje popularna historyczna legenda, że chciał pochwalić się przed swą władczynią administracyjnymi osiągnięciami i na terenach przejazdu carycy wybudował cały ciąg dekoracji z widokami pól, na ktorych pracowali wieśniacy, pasły się stada, a w oddali stały całe wioski zadbanych chat. Chaty te jednak posiadały tylko jedną, frontową, ścianę. Innymi słowy – dekoracje.

We Frankiwsku też zdarzyło się coś podobnego. W 1999 r. przeprowadzono kapitalny remont dworca i placu przed nim. W dzień i w nocy pracowało tam 550 robotników. Terminy były napięte, kierownictwo kolei denerwowało się – na otwarcie odnowionego dworca miał przyjechać sam prezydent Kuczma. Prace niby ukończono w terminie, dworzec wyremontowano, plac ogrodzono i gwarant konstytucji wyjechał zadowolony.

Fasada budynku na placu przed dworcem kolejowym… Zdjęcie autora

Ale odnowione w pośpiechu i byle jak budynki wokół placu pozostały. Na plac przed dworcem fasadą wychodzi budynek nr 9. Fasadę pomalowano na seledynowo… reszta pozostała w pierwotnym stanie – ponury szary tynk z epoki Chruszczowa. Ten dom do dziś jest różnokolorowy.

…a to jego tylna ściana. Zdjęcie autora

Wędrujący pomnik

Wydawałoby się, że nie ma nic bardziej stałego, niż pomnik. Wznoszono je na wieki i szybko stawały się częścią miejskiego krajobrazu. Ale zdarza się, że przy zmianie politycznej koniunktury pomnik okazuje się nieaktualny i zostaje po prostu zdemontowany. Dość rzadko bywa, że pomnik przenosi się z miejsca na miejsce.

We Frankiwsku takie przypadki można wyliczyć na palcach jednej ręki – kilka razy przemieszczano figurę św. Jana Nepomucena i czołg T-34, który wdarł się na pl. Europejski od strony Pasiecznej. Jednak absolutnym rekordem stał się pomnik wojskowych medyków. Nie jest właściwie znany szerszemu gronu mieszkańców miasta przez swoją korporacyjną treść.

Na terenie dawnego pałacu Potockich przez dłuższy czas mieścił się szpital wojskowy. W 1999 r. na jego dziedzińcu wystawiono bryłę z czerwonego granitu z wyrzeźbioną podobizną siostry miłosierdzia, obejmującą rannego żołnierza. Całość obramiona jest wielkim krzyżem, a poniżej widnieje napis: „Pamiętamy o wszystkich”.

Pomnik wojskowych medyków na terenie szpitala infekcyjnego. Zdjęcie autora

W 2004 r. szpital zlikwidowano i teren pałacu stał się własności prywatną. Nowy właściciel zaplanował tu wielkie budownictwo. Przy likwidacji szpitala pomnik przekazano brygadzie lotniczej. Początkowo wystawiono go przy wjeździe do garaży, ale wywoływał tu przykre skojarzenia. Nakazano więc przenieść go gdzieś dalej od ludzkich oczu. Bryłę przesunięto na skraj zbiornika pożarowego, gdzie w zupełnym zapomnieniu stała dziesięć lat. Możliwie, że pomnik stałby tam nadal, gdyby nie dowiedziała się o nim dziennikarka lokalnej telewizji Julia Juśkiw, którą zrobiła o nim reportaż.

Natychmiast odezwał się kierownik szpitala infekcyjnego, który zaproponował przenieść pomnik na teren jego placówki. Wcześniej doktor był lekarzem wojskowym i dobrze pamiętał ten pomnik. Jesienią 2014 r. lotnicy przewieźli bryłę z siostrą i, miejmy nadzieję, że po raz ostatni ustawiono ją w nowym miejscu. Obecnie zdobi dziedziniec szpitala, a po oczyszczeniu i uporządkowaniu terenu pomnik zaopatrzono napisem: „Pracownikom medycznym poświęcamy…”.

Chimera

W budynku przy ul. Czornowoła 23 swego czasu była znana kawiarnia artystyczna „Chimera”. W czasach międzywojennych była tam klinika ginekologiczna, za sowietów – porodówka, a od końca lat 1900. bank komercyjny.

Budynek przy ul. Czornowoła 23. Zdjęcie autora

Mój znajomy, który pracował w tym banku, opowiedział mi ciekawą historię.

W jednej z sal parteru, której okna wychodziły na wewnętrzny dziedziniec, pracować było niekomfortowo – ludzie szybko się męczyli, skarżyli się na bóle głowy, praca nie kleiła się i w ogóle, było jakieś paskudne samopoczucie. Wśród młodych pracowników banku, których była większość, zaczęły krążyć plotki. Powiadano, że w tym właśnie pomieszczeniu robiono zabiegi przerywania ciąży i że miejsce to jest wypełnione grzechem, że błąkają się tu duszyczki zamordowanych niewinnie dzieci szukające swoich matek

Interesujący fakt – później w tym pomieszczeniu była siedziba fundacji dobroczynnej im. króla Jerzego, znana z wielu dobrych dzieł, w tym – wsparcia dzieci potrzebujących opieki.

Ukryte lotnisko

Trasa z Frankowska do Tyśmienicy charakteryzuje się jakością, wyróżniającą ją od innych dróg Przykarpacia. Jest to szeroka czteropasmowa szosa o długości 10 km. Przy tym jest prosta, jak strzelił.

Droga na Tyśmienicę. Zdjęcie autora

Powiadają, że nie jest to przypadek. Podobno pod asfaltem położono betonowe płyty, co pozwala wytrzymać znaczne obciążenia. Podobno sama droga nie jest niczym innym, a rezerwowym pasem startowym frankowskiego lotniska wojskowego. Gdyby na właściwym lotnisku był jakiś akt dywersyjny lub inny kataklizm, to trasa do Tyśmienicy zdolna jest przyjąć nawet samolot transportowy. Ten fakt potwierdza i to, że na wprost trasy usytuowała jest miejska wieża telewizyjna – służącej za punkt sygnalizacyjny w przypadkach awaryjnych dla samolotów lądujących tu nawet w nocy.

O wyjaśnienie całej sprawy, zwróciłem się do lotników wojskowych. Tu potwierdzono mi, że jest to fakt i za sojuzu często urządzano tego typu pasy startowe, określane jako LOD – Lotniskowy Odcinek Drogi. Posiadały specjalne zjazdy – „kieszenie” dla techniki i rozmaite rozjazdy. Na Ukrainie było kilka takich LOD, jak np. na trasie kijowskiej w okolicach miejscowości Brody. W latach 1900 nawet kilka krotnie odbywały się tam ćwiczenia startu i lądowania samolotów myśliwskich.

Co tyczy się tyśmienickiej trasy, to piloci mają o niej sceptyczne zdanie – to nie LOD. Trasę w kilku miejscach przecinają linie elektryczne, a stan nawierzchni asfaltowej nie jest odpowiedni do lądowania.

Chociaż przy lądowaniu awaryjnym może to być nie najgorszy wypadek.

Nieposkromiony i owoce

We Frankiwsku nie często kręcone są filmy, dlatego pojawienia się ekipy filmowej na ulicach jest przedmiotem żywych dyskusji mieszkańców. Zwłaszcza, gdy nie jest to zwykły film, lecz historyczny.

Kadr z filmu „Nieposkromiony”

W 1999 r. reżyser Oleś Janczuk robił zdjęcia do filmu „Nieposkromiony” o dowódcy UPA Romanie Szuchewyczu. Była tam scena, jak bataliom Nachtigal wchodzi do Lwowa w czerwcu 1941 r. Zdjęcia kręcono czemuś we Frankiwsku, a nie we Lwowie. Może tam bardziej udana była lokacja, bo na początkach ul. Czornowała w samym centrum miasta stały ruiny kamienicy z okresu austriackiego. Potem w tym miejscu stanął hotel „Stanisławów”.

Aby zaangażować jak najmniej statystów (koszty!), uzgodniono, że w tym celu zaangażuje się żołnierzy z miejscowego centrum szkoleniowego wojsk granicznych. Dowodził nimi chorąży Wasyl Kuźmin. Wspominał, że żołnierzy przebrano w prawdziwe niemieckie mundury. Dowódcy też proponowano wziąć udział w zdjęciach. Ale mundury były stare i brudne, zjedzone przez mole – więc odmówił. Żałuje do dziś.

Fragment filmu był dość prosty: z żołnierzy uformowano kolumnę i mieli przejść obok ruin i palącego się w tym momencie starego samochodu osobowego. Na filmie ta scena trwa kilka sekund, a zdjęcia ciągnęły się przez cały dzień – biednych żołnierzy ganiano tam i z powrotem. Gdy Kuźmin upomniał się o posiłek dla żołnierzy, pomocnik reżysera kupił wszystkim hot-dogi.

Przed terenem zdjęć zgromadził się tłum gapiów, chętnych zobaczyć „kino i Niemców”. Był też w tłumie przyszły dziennikarz Taras Zeń. Opowiadał, że wzdłuż drogi rozrzucono różne gazety, mające symbolizować chaos w opuszczonym przez sowietów mieście. Były tam różne numery „Faktów”. W czasie przerwy w zdjęciach żołnierze z ciekawością przeglądali prasę, aktywnie coś komentowali i wymieniali między sobą poszczególne gazety.

Cóż tam było takiego ciekawego? Chłopaków zainteresowały fotki z nagimi modelkami – ot i masz „kino i Niemcy”.

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 7 (467), 15 – 28 kwietnia 2024

X