Legenda o Siusiu
Burzliwe lata 90. XX w. nie ominęły prowincjonalnego Frankiwska. Tutaj też były swoje bandy, zabójcy, walki i inne charakterystyczne dla tego okresu oznaki czasów dzikiego gromadzenia początkowego kapitału. Mieszkańcy już dawno zapomnieli, kto wówczas przewodził Radzie obwodowej, ale ksywy szefów band pamiętają do dziś – Ben, Koriagin, Siusia. Dziennikarz Bogdan Skowron, tak opisywał jednego z nich:
„O Siusi wielu ludzi w mieście było dobrego zdania: komuś pomógł kasą, komuś – dobrze doradził, w pewnych kręgach cieszył się opinią człowieka sprawiedliwego, który potrafił rozwiązać wiele problemów. Ale Siusia miał też drugie życie, gdzie stał na skrzyżowaniu interesów kryminalnych”.
I to właśnie na tym „skrzyżowaniu” kryminalny autorytet stanął komuś w poprzek drogi. 14 lipca 1995 r. na parkingu koło hotelu „Ukraina” Siusię śmiertelnie zranił najemny zabójca. Za miesiąc na tym placu stanął pomnik Iwana Franki.
Przed odsłonięciem pomnik przez kilka dni stał nakryty białą płachtą. Opowiadają, że jednej nocy pod płachtę wlazło dwóch podpitych przyjaciół ciekawych, czyj to pomnik. Gdy już zeszli z piedestału, jeden mówi drugiemu: „Mówiłem ci, że to Franko, a ty – Siusia, Siusia!”.

Krótkie spotkanie
Tematem większości opowieści, które słyszałem, były zabawne lub interesujące zdarzenia, w których nie było nic zagadkowego. Ale od jednej z takich opowieści wieje prawdziwą mistyką. Przekazał mi ją pisarz Wołodymyr Jeszkilew.

Zima przełomu 1995–96 roku była nadzwyczaj mroźna i śnieżna. Śnieg zaczął padać już w listopadzie i leżał do końca marca. A mróz – 18 st. trzymał całymi tygodniami. Pewnego wieczoru Wołodymyr wraz z przyjacielem, malarzem Wołodymyrem Czerniawskim, zwiedzili w galerii Stowarzyszenia Twórców wystawę któregoś z miejscowych artystów. Wystawa była interesująca, ale sala była nieogrzewana i mężczyźni zmarzli. Wówczas zrodził się pomysł by odwiedzić Czerniawskiego, aby trochę zagrzać. W tym celu zakupili ćwiartkę koniaku – na więcej nie starczyło pieniędzy, bo czasy były nie tylko chłodne, ale i głodne.
Na skrzyżowaniu koło domu gospodarza dojrzeli dziwną postać, ubraną w staroświecki żupan, owiniętą w szal, z karakułową czapką na głowie. „Cześć, Wołodia!” – przemówiła postać. – Słuchaj, masz czym się zagrzać, bo strasznie zmarzłem?”.
I tu stało się coś niewiarygodnego – Czerniawski w milczeniu wyciąga z wielkiej torby malutką flaszczynę koniaku i oddaje nieznajomemu. Ten podziękował i odszedł.
Gdy koledzy weszli do mieszkania Czerniawskiego, napalili w piecu i zaparzyli herbatę. Jeszkilew zapytał czy gospodarz nie ma nic więcej na rozgrzewkę. Okazało się, że nie ma. Następne pytanie było całkiem logiczne – Po coś więc oddał nasz koniak?
Czerniawski przyznał się, że sam nie wie – ręka jakoś automatycznie sięgnęła do torby. Tego człowieka ledwo znał. Był to malarz Petro, z którym spotkał się parę razy na plenerach.

Utraconego nie wrócisz. Koledzy rozgrzali się herbatą, przedyskutowali filozofię Hegla i posiedzieli przy ciepłym piecu.
Komórek i sieci społecznościowych wówczas nie było, więc informacja rozchodziła się powoli. Po kilku dniach koledzy znów się spotkali. Wówczas Czerniawski powiedział, że ten, komu dali koniak, zmarł dwa tygodnie wcześniej i pochowano go w rodzinnej wiosce.
Jeszkilew potem długo kpił z kolegi: „Wołodia, rozumiem, że można wesprzeć kolegę-artystę, ale upijać ducha – to już zupełnie niepojęte!”.
Żarty wielkich
Wielu znanych ludzi po śmierci „brązowieją” – czyli przekształcają się w obrazki w encyklopediach, które podają, że tworzyli tylko wielkie dzieła i otrzymywali nagrody. Tak naprawdę ich życie nie odróżniało się od przeciętnych ludzi – lubili rozrywki i żarty. Czasami nawet okrutne.
Dziennikarz Wołodymyr Bezhaczniuk podzielił się interesującą historią, w której głównym bohaterem był poeta i laureat premii Szewczenki Stepan Puszyk oraz akademik, krajoznawca, założyciel Przykarpackiej Szkoły Historycznej Wołodymyr Grabowiecki.
W latach 90. XX w. Puszyk wraz z Bezhaczniukiem i humorystą Pawłem Dobriańskim udali się na dworzec po bilety do Kijowa. Dyrektor dworca pomógł im załatwić sprawę i literaci zaprosili go na „sto gram”. W restauracji spotkali Grabowieckiego. Akademik, jak zawsze był roztrzepany – w rozpiętym płaszczu i z otwartą teczką. Zaproszono go o dołączenie do towarzystwa – ten obiecał, że wkrótce przyjdzie.
W bufecie Puszyk zapytał sprzątaczki czy przypadkiem nie można u nich kupić szklanek. Po otrzymaniu twierdzącej odpowiedzi, poeta powiedział, że zaraz przyjdzie o niej mężczyzna, który kradnie szklanki: „Wygląda na inteligenta, mówi że jest akademikiem, ale to straszny pijus” – zaznaczył poeta.
Odkorkowali butelkę i po trzecim chyba toaście Puszyk niezauważenie wsadził do kieszeni Grabowieckiego dwie szklanki. Po zakończonej bibce, gdy towarzystwo skierowało się do wyjścia, drogę zagrodziła im kobieta: „Pokaż, co masz w kieszeni, bo przepadły nam szklanki!” – powiedziała i palcem wskazała na Grabowieckiego.
Ten z oburzeniem: „Co pani sobie pozwala. Jestem profesorem…”. Ale uprzedzona bufetowa nie poddawała się.
„Wiem co z ciebie za profesor! Wyciągaj co masz w kieszeni!!!”.
I tu na światło dzienne wystąpiły jedna po drugiej dwie szklanki…
Grabowiecki obraził się na Puszyka i przez dłuższy czas nie rozmawiali, ale z czasem przy kolejnej okazji pogodzili się.
Rabunek na Brzegowej
Pewnego razu w towarzystwie zaczęto rozmowę o przestępstwach, które zdarzyły się we Frankiwsku. Pośród towarzystwa był pracownik milicji. Przypomniał o najgłupszym rabunku, który zdarzył się w jego praktyce.
Na ul. Brzegowej, koło hali sportowej Instytutu Nafty i Gazu stoi dom nr 34 a – zwykły czteropiętrowy blok. W latach 1990. na parterze mieszkała zwykła galicyjska rodzina – tato, mama i dwójka dzieci. Czasy były niepewne i by utrzymać rodzinę, ojciec wyjechał na zarobki za granicę. Z czasem wrócił, zarobiwszy trochę dolarów.
Niebawem rodzinę zaproszono na jakąś uroczystość do restauracji. Gdy podjeżdżali do lokalu, kobieta raptem przypomniała sobie, że zapomniała prezent i taksówka zawróciła z powrotem na Brzegową.
Gdy mężczyzna wstawił klucz do zamka, zauważył ze zdziwieniem, że drzwi są otwarte. Złodziej, usłyszawszy ruch w przedpokoju, rzucił się do ucieczki przez okno po przeciwnej stronie od wejścia – był to przecież parter. I tu wydarzyła się cała przygoda.
Wówczas nie było jeszcze okien plastikowych i wszędzie montowano dwie drewniane ramy z szybami skręcone śrubami. Gospodarze umyli przedtem okna, rozkręcili ramy i pozostawili otwarte, aby lepiej wyschły.
Złodziej spanikował, otworzył tylko pierwszą ramę i nie zauważył, że druga pozostała na miejscu, wyskoczył więc na ulicę razem ze szkłem. Gospodarz wywołał milicję. Pod rozbitym oknem zobaczyli krwawy ślad. Ciągnął się wzdłuż budynku, zakręcał za róg i prowadził do sąsiedniej klatki chodowej na pierwsze piętro.
W mieszkaniu milicja zastała właściciela mieszkania i jego rannego kolegę-złodzieja. Przestępstwo zostało rozkryte błyskawicznie, jak potem żartowano – „po krwawych śladach”.

Dom z duchami
Okazuje się, że we Frankiwsku duchy mieszkają nie tylko w Ratuszu. W pewnym czasie oblubowały sobie niczym nie wyróżniającą się kamienicę przy ul. Szewczenki 8. Ale po kolei.
W połowie lat 90. XX w. mieściła się tam siedziba „Studenckiego Bractwa”. Na terenie opuszczonego przedszkola studenci urządzili kawiarnię „Pod lilikiem”, która od razu stała się kultową. Bar stał na placu zabaw, a w kamienicy był zarząd Bractwa.
Jednym z aktywistów Bractwa był dzisiejszy wydawca Wasyl Iwanoczko. Mieszkał wówczas w Mikulińcach i do miasta przyjeżdżał przy okazji, wieczorem zaś wracał do domu. Pewnego razu zatrzymał się na dłużej i spóźnił na pociąg. Wybrał nocleg w biurze, ale wypocząć nie było mu dane.
Około północy mężczyzna usłyszał, że otwierają się drzwi i ktoś chodzi po korytarzu. Gdy wyjrzał z pokoju, nie zobaczył nikogo, a drzwi były zamknięte. Położył się i znów usłyszał kroki. Ktoś może pomyśleć, że nasz bohater przed snem zażył za dużą porcję środka na „dobry sen” i że to wszystko mu się przyśniło. Ale oprócz Bractwa był on jeszcze członkiem Płastu (skautingu), a tam, jak wiadomo, nie piją.
Po tej historii Wasyl jeszcze kilkakrotnie zostawał w biurze na noc i za każdym razem słyszał kroki na korytarzu i otwieranie drzwi. Z czasem przestał zwracać na to uwagę i mocno spał.
Cóż mogło wywołać tego ducha? Krajoznawca Mychajło Gołowaty twierdzi, że kamienicę wybudowano pod koniec XIX w. i należała ona do Melanii Dąbrowskiej. Wówczas była tu pensja dla dziewcząt i żadnych krwawych wydarzeń nie odnotowano. Dlaczego istota nie z tego świata oblubowała sobie tę kamienicę – dokładnie nie wiadomo.
Kto tam zrozumie duchy.
Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 4 (464), 28 lutego – 13 marca 2024
