Trzydzieści metrów niczyich podziemi
Większość historii opisanych w rubryce „Legendy Stanisławowa” czerpałem ze starych gazet, wspomnień lub opowieści świadków. Tym razem jednak brałem bezpośredni udział w opisanych wydarzeniach.

Pod koniec lipca 2009 r. zapadła się część chodnika za Pasażem Gartenbergów. Obok skrzyżowania ulic Halickiej i Setnika Martyńca utworzyła się potężna dziura, gdzie bez trudu mógł zmieścić się człowiek. Zapadliskiem zainteresował się archeolog Wasyl Romaniec, który zebrał kilku znajomych i zaczął badania. Wśród kopaczy byłem i ja.
Pod powierzchnią chodnika kryły się piwnice kamienic z I połowy XIX w, otaczające niegdyś Pasaż. Zostały zrujnowane podczas ostrzału w czasie I wojny światowej. W okresie międzywojennym ruiny rozebrano, ulicę zaasfaltowano i o piwnicach zapomniano.
W kierunku ul. Halickiej piwnice były zasypane całkowicie, ale wzdłuż ul. Martyńca spodziewaliśmy się czegoś interesującego. Po pierwszych wykopach trafiliśmy na przejście do sąsiedniego pomieszczenia. Strop był betonowy, wylany w okresie międzywojennym. Dalej natrafiliśmy na ścianę z cegieł. Po obejrzeniu jej Wasyl Romaniec stwierdził. że była murowana z przeciwnej strony. Z pewnością były to piwnice sąsiednej kamienicy Nr 4.
Z powierzchni zauważyliśmy, że od miejsca ściany w wykopie do kamienicy jest około 30 m. Cóż tam może być? Możliwie mieszkańcy kamienicy zajęli stare piwnice i trzymają tam swoje przetwory? Chociaż nie wykluczyliśmy też tego, że te podziemia są całkowicie odizolowane i od czasów międzywojennych tam nikt nie bywał. Niestety tego już się nie dowiedzieliśmy. Niebawem nasze prace zakończono, a taksówkarze z sąsiedniego parkingu wykorzystywali dziurę w chodniku jako pisuar. Gdy odór był nie do zniesienia, wykop zasypano.

„Drzewko Szczęścia”
Spacerując po słynnym deptaku trudno nie zauważyć młode klony, dekorujące ulicę po obu jej stronach. Stalowego zaś drzewka na początku deptaka w ogóle trudno nie zauważyć. Z nim jest powiązana ta historia
Pracownicy, odpowiadający za zieleń w naszym mieście, zauważyli, że w pewnym miejscu wysadzane drzewo nie chce rosnąć. Na wiosnę wysadzano nową sadzonkę, która do jesieni usychała. W 2009 r. z okazji Dnia miasta kowale zrobili mieszkańcom miasta niezwykły prezent – stalowe Drzewko Szczęścia. Umieszczono je właśnie w tym „przeklętym miejscu”, gdzie nie chciały rosnąć żywe drzewa. Drzewko natychmiast obrosło legendami. Powiadają, że jeśli pohuśtać się na huśtawce, wypowiadając w myśli jakieś życzenie, to ono na pewno się spełni. Huśtają się więc na tym drewku ludzie o dość znacznych gabarytach, a „zaczarowana huśtawka” ich wytrzymuje.
Potem ktoś powiedział, że gdy młode pary zawieszą w dniu wesela na drzewku kłódkę, to ślub będzie trwały, długi i szczęśliwy. Niebawem całe drzewko pokryło się kłódkami produkcji chińskiej, co zaczęto uważać za nadchodzący „wybuch” demograficzny w mieście.
Krzyż zamiast budowy
Na dziedzińcu bloku z lat 60. przy ul. Bandery 4 stoi ogrodzony metalowy krzyż. Stale wisi na nim wieniec i wiele sztucznych kwiatów, które czasami są odnawiane. Obok wkopana jest ławeczka. Odnosi się wrażenie, że w tym miejscu ktoś zginął. Dziwne, mieszkam obok, ale nigdy o czymś takim nie słyszałem.
Sprawę wyjaśnił mi znajomy, który ma biuro w tym bloku. Okazuje się, że pod koniec 2000 r. na terenie sąsiedniego przedszkola zaczęto jakąś budowę. Niebawem pojawiły się pogłoski, że nowy gmach ma mieć kształt litery „L”, a jego skrzydło ma zająć połowę przestronnego podwórza bloku. Na dziedzińcu natychmiast ustawiono i poświęcono krzyż.
Możliwe, że wpłynęło to na projekt zabudowy, a może takich planów wcale nie było, ale tak czy inaczej podwórze zostało nietknięte. Podobne „antybudowlane” krzyże i kapliczki we Frankiwsku stoją na wielu podwórzach. Szkoda jednak, że nie zawsze są przeszkodą dla spychaczy.

Krzyż bez podpisu
Mało kto wie, gdzie w naszym mieście jest ul. Władyki Simkajła. Pojawiła się stosunkowo niedawno i jest równoległą do skweru Pamięci i łączy ulice Melnyka i Bandery. Wszystkie domy przypisane są do sąsiednich ulic, jak np. gmach Melnyka 9b. Ten sześciopiętrowy blok wystawiono na terenie przedszkola pod koniec 2000 r. Jeżeli staniemy naprzeciwko jej ściany szczytowej od strony ul. Simkajła, to po prawej zobaczymy pionową płytę marmurową z wyrytym krzyżem, ogrodzoną niewysokim płotkiem. Nie ma tam żadnego napisu – jedynie krzyż i już.
Mieszkańcy przeważnie stawiają na terenie swego podwórka krzyże, by nic im tam nie wbudowano, ale tę płytę ustawiono, gdy blok był już wybudowany. Po co więc ona tam?
Dyrektor Muzeum „Bohaterowie Dniepru” Jarema Kwaśniuk opowiedział, jak podczas wojny na cmentarzu grzebano żołnierzy niemieckich i węgierskich. Pochówków było tak wiele, że za każdym razem otwierano nowe kwatery poza terenem pierwotnego cmentarza. Te wspólne mogiły były na terenie późniejszego przedszkola. Gdy zaczęto budowę, znaleziono w wykopach ludzkie szczątki. Aby nie zatrzymywać budowy zebrane kości zakopano w rogu placu budowy. Później ustawiono tam płytę z krzyżem.
Drogi sztandar
W ostatnią sobotę sierpnia obchodzone jest zawodowe święto – Dzień lotnictwa. We Frankiwsku obchodzi je wielu ludzi, bowiem stacjonuje tu 114 Brygada lotnictwa taktycznego. Kiedyś miałem zaszczyt służyć tam i zapamiętałem niejedną interesującą historię.
W czerwcu 2009 r. Ministerstwo Obrony Ukrainy nadało naszej brygadzie tytuł „Iwano-Frankiwska”. Wówczas wynikła potrzeba zmiany sztandaru brygady. Dotychczasowy pochodził jeszcze z czasów sowieckich i, właściwie, nie odpowiadał aktualnym realiom.
Sztandar brygady – to rzecz poważna. Takich nie szyją zwykli krawcy, a za jego utratę jednostkę mogą rozformować. Nie wiem jak jest teraz, ale wówczas takie prace prowadziła jedyna firma w Kijowie, mająca licencję od MO Ukrainy. Swoje usługi wyceniła na 17 tys. hrywien – na tamte czasy suma dość solidna – około 2 tys. dol. USA.
Dowództwo brygady zwróciło się do dowództwa Sił Powietrznych i MO, ale otrzymało odpowiedź, którą można było przewidzieć – idea zamiany sztandaru jest właściwa, ale kosztów brak.
I tu pomoc finansową lotnikom okazał prezes zarządu Fundacji dobroczynnej im. króla Jerzego, Paweł Andrusiak. Jego dziadek był pułkownikiem UPA, miał pseudonimy „Gregit” i „Rizun”. Jak stwierdził dobroczyńca, utworzenie nowego sztandaru było dla jego rodziny daniną pamięci sprawie, za która poległ jego dziadek.
Według statutu wręczenia sztandaru jednostce bojowej ma dokonać prezydent Ukrainy. Ówczesny prezydent Wiktor Juszczenko był czymś zajęty i przysłał zamiast siebie wice przewodniczącego sekretariatu Petra Szatkowskiego. Uroczyste wręczenie nowego sztandaru odbyło się na lotnisku 16 stycznia 2010 r. Symbol brygady kijowski urzędnik przekazał dowódcy – płk Sergijowi Gołubcowi.

Interesujące jest to, że do Frankiwska wysoki gość przybył samolotem, którym od razu wrócił do stolicy. Nasi technicy policzyli, że na jego lot wydano tyle pieniędzy, że starczyłoby na dwa sztandary, a jeszcze wystarczyłoby na najdroższe bilety kolejowe tam i z powrotem. Myśl przybycia do Frankiwska pociągiem i ekonomia pokaźnej sumy budżetowych pieniędzy jakoś panu Szatkowskiemu do głowy nie przyszła.
Iwan Bondarew
tłum. Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 18 (478), 30 września – 16 października 2025
