Kamienie przechowują pamięć

Kamienie przechowują pamięć

W sierpniu 1848 dzieciaki ze wsi Liczkowce koło Husiatyna, które poszły się kąpać do Zbrucza, przyleciały do wioski z krzykiem, że w rzece widać głowę topielca.

Nad rzeką zebrał się spory tłumek ludzi, a kilku odważnych strażników granicznych rozebrało się do gaci, weszło do wody i, brodząc w niezbyt głębokiej topieli, powolutku zbliżało się do częściowo wystającej nad powierzchnią ludzkiej, choć dziwnej, czarno-szarej głowy.

Światowid ze Zbrucza
Gdy jednak podeszli bliżej, stwierdzili z ulgą, że nie jest to ciało topielca, a kamienny posąg w postaci długiego graniastosłupa, skośnie tkwiący w rzecznym dnie i dlatego – przy niskim obecnie stanie wody – widoczny nieco nad powierzchnią. Posłano do wsi po wóz i trzy pary wołów. Zaprzęgnięte woły pociągnęły, rozległ się głośny trzask (potem stwierdzono, że właśnie wtedy odłamała się najniższa, mocno tkwiąca w dennym mule część posągu) i dziwna kamienna rzeźba wyjechała na brzeg. Jakoś od razu wszyscy wiedzieli, co z wody wydobyli. To był Światowid! Bóstwo Słowiańskie! Czworoboczny, kwadratowy kamienny słup, a na nim, na każdej z jego ścian wyrzeźbione inne wcielenie boga, zwieńczone na szczycie czterema twarzami, z których każda wpatrzona była w inną stronę świata. Podobne posągi, może nie tak doskonale zachowane, znajdowano od czasu do czasu nawet w niedalekim sąsiedztwie.

Rok później właściciel Liczkowców podarował rzeźbę hrabiemu Mieczysławowi Potockiemu z Kociubińczyków, znanemu miłośnikowi starożytności, a ten z kolei podarował Światowida Towarzystwu Naukowemu Krakowskiemu. Po pięciu tygodniach jazdy furmanką, dnia 12 maja 1851 posąg dojechał do Krakowa. Rzeźba o wysokości 2 metry 57 centymetrów, o szerokości boku 29–30 centymetrów i wadze pół tony ustawiona została dla zwiedzających.

Miasto Kraków sporządziło kilka doskonałych i bardzo wiernych gipsowych kopii Światowida. Pierwszą taką kopię otrzymał w roku 1877 od Krakowa Lwów. Następne kopie otrzymały Wiedeń, Berlin, Wilno i Praga. Znacznie później jeszcze Grodno, Warszawa i Poznań.

Światowid czy Perun?
Podczas wykonywania tych ostatnich kopii odkryto, że posąg był kiedyś pokryty barwną polichromią. Drobiazgowe badanie powierzchni pomnika wykazało, że musiał on znajdować się w jakimś pomieszczeniu, stał pod dachem, może w jakiejś dużej pieczarze. W wodzie nie przebywał długo. Nadbrzeżne osuwisko, pod którym znaleziono kamienną figurę, sugerowało, że Światowid najpewniej został ukryty gdzieś pod ziemią na wysokim brzegu i przebywał tam tak długo, aż wody Zbrucza nie podmyły brzegu i ten nie osunął się wraz z pomnikiem do płynącej w dole rzeki. Badania wykluczały też jakąkolwiek próbę oszustwa. Posąg ponad wszelką wątpliwość był autentyczny. Jego powstanie datowano na początek IX wieku.

Na brzegu Zbrucza szukano miejsca, które by wskazywało na istnienie sanktuarium słowiańskiego boga, ale niczego takiego nie znaleziono. Szukano zapewne czegoś podobnego do tego, co odkryto koło Nowogrodu Wielkiego w miejscu zwanym „Perynia”. Były to koliste rowy ze śladami ognisk, rozmieszczonych w równej odległości jedno od drugiego. Otaczały one pusty okrągły plac, w środku którego stał wielki płaski kamień z rytem przypominającym rozetę. Perun, potężny i budzący strach bóg piorunów, musiał kiedyś stać tuż obok, bo znaleziono koło kamienia (ołtarza?) kwadratowy otwór w ziemi w sam raz na zatknięcie w nim kwadratowego słupa z czterema twarzami. Kamienny Perun dawno temu został zatopiony w rzece Wołchow, ale jeszcze w XIX wieku żeglarze, mijający „Perynię”, rzucali do wody leżącemu na dnie kilka kopiejek albo chleb na ofiarę. Być może, że nasz bożek ze Zbrucza jest właśnie Perunem, a nie Światowidem. Tak naprawdę, nikt tego nie wie, a jeśli ktoś mówi, że wie, to znaczy, że zwyczajnie zmyśla. Peruna z Nowogrodu Wielkiego triumfujące chrześcijaństwo utopiło w rzece. W Kijowie książę Włodzimierz kazał przewróconego Peruna wlec do Dniepru, przywiązanego koniowi do ogona, a dwunastu żołnierzy, bez wytchnienia, przez całą drogę musiało bić upadłego boga kijami. A jednak jeszcze niedawno nie kto inny tylko ten sam książę Włodzimierz „… postawił bałwany na wzgórzu: Peruna drewnianego…, a głowa jego srebrna, a wąs złoty…”.

Naszego Peruna–Światowida ktoś najwyraźniej ukrył, by nie padł ofiarą podobnego zhańbienia. Nie wiadomo, gdzie znajdowało się jego sanktuarium. Nad Zbrucz został przywieziony i ukryty w nadbrzeżnej jaskini, a następnie wejście do niej zasypano ziemią i zamaskowano. W podobny sposób ukryto pogańskiego bożka na Łysej Górze, drugiej co do wysokości górze w Górach Świętokrzyskich. W roku 1686 podczas prac ziemnych koło kościoła na Świętym Krzyżu przypadkiem znaleziono kryjówkę słowiańskiego boga, zakonserwowanego węglem drzewnym. Na drugi dzień bożka już nie było! Ktoś go wykradł i wywiózł z klasztoru! Jak się wydaje, wyznawcy Światowida zawsze byli wśród nas. Nie tylko zresztą byli, ale najwyraźniej istnieją nadal! Nasz, krakowski obecnie Światowid, wciąż ma wyznawców i adoratorów. Panie, pilnujące porządku w salach muzeum, mówiły mi, że prawie codziennie ktoś, nie wiadomo kto, układa świeże kwiaty przed posągiem!

Słowiańskie, lub lepiej będzie gdy powiemy pogańskie posągi bogów, wykonywane były najczęściej z drewna, materiału najłatwiej poddającego się obróbce. Był to jednak materiał dość nietrwały, podatny na zniszczenie ogniem, a pozostawiony na dłużej – butwiejący i zamieniający się w próchno. Kamień był materiałem najtrwalszym. Trudnym, ale gdy już uporano się z rzeźbą, kamienny posąg miał szanse przetrwać tysiąclecia. „Światowid” ze Zbrucza wykonany został z miejscowego wapienia, ale nie wszyscy mieli pod ręką taki dobry do rzeźbienia materiał. Często nie było wapienia, lub piaskowca, skał dość podatnych rzeźbiarzowi, które mimo pewnej miękkości mają wystarczającą odporność na ewentualną erozję, spowodowaną wilgocią i upływem czasu. Natomiast na terenach obecnej Warmii i Mazur nie ma wapieni i piaskowców. Można co najwyżej znaleźć wściekle twardy i nieustępliwy skandynawski granit, przywleczony ze Szwecji przez lodowiec, który poprzez zamarznięty do dna Bałtyk parł na południe niosąc ze sobą pokruszone skały Gór Skandynawskich. Dlatego nasi Prusowie rzeźbili swoich bogów w granicie.

Podobieństwo posągów Światowida i bogów pruskich
Zdumiewa, że pomimo ogromnej odległości pomiędzy Warmią i Podolem, która nawet dzisiaj stanowi prawdziwe utrudnienie komunikacyjne, a więc w dawnych wiekach utrudnienie owo było zapewne wielokrotnie większe, ogólny obraz zbruczańskiego Światowida i bożków pruskich jest w zasadzie taki sam. Proszę zwrócić uwagę na ułożenie rąk na posągu z Podola i na posągach bogów pruskich. Prawa ręka trzyma róg, a lewa nisko, jakby podtrzymując opadające spodnie, przywarta jest do dołu brzucha. Pomimo bardzo różnego pochodzenia twórców owych rzeźb, pomimo ogromnej odległości, jaka ich dzieliła, posągi wykonywane przez tych ludzi zachowują zawsze ten sam kanon. Zawsze takie samo ułożenie rąk. Ułożenie rąk bóstwa zapewne coś oznaczało. Zapewne oznaczało coś bardzo ważnego, skoro powtarzane było wszędzie w ten sam sposób. Co oznaczało? – No właśnie! Nie wiemy! Domysły, że róg trzymany w prawej ręce postaci ma być symbolem obfitości i powodzenia, jest dość nachalnym wpieraniem czytelnikowi symboliki zakodowanej w głowie autora takiego twierdzenia. Autor nieświadomie chyba zakłada sobie, że Słowianie i Prusowie posługiwali się symboliką helleńską, gdzie istnieje pojęcie Rogu Obfitości i związany z tym pojęciem piękny grecki mit. Co mogło oznaczać takie, dziwne trochę, rozmieszczenie rąk na posągu boga? W moim głębokim przekonaniu, znaczyło to: trzeba sobie dobrze popić i pojeść, aż do bólu brzucha! Lub może: złóż hojną ofiarę z jedzenia i picia.

Róg jako symbol zabawy, czyli Lelum-Polelum
Wiadomo, że już w zamierzchłej przeszłości używano rogów do popijania różnych trunków.

To nie Zachód Europy przekazał nam sposób warzenia piwa i sycenia miodów pitnych. To Słowianie i Prusowie przekazali swoje umiejętności Zachodowi. Dla Słowian i Prusów róg mógł kojarzyć się tylko z tęgą popijawą. Gest trzymania się za przepełniony brzuch zawsze oznacza tylko jedno i wszystkie inne uczone wywody są być może zwyczajnym zawracaniem głowy.

Słowianie i Prusowie uwielbiali zabawę, wspólne śpiewy przy ogniskach, balangi na wolnym powietrzu. Zachowała się relacja francuskiego, bodajże, mnicha, którego wysłano do Polski, aby chrzcił słowiańskich pogan. Ojcaszek relacjonuje nam koszmarną noc, jaką przeżył pewnego razu, gdy niedaleko okna jego klasztornej celi, gdzieś w krzakach, zebrała się spora grupa dzikich Polaków, odprawiających przy ogniu plugawe pogańskie misteria do swoich bogów Lelum i Polelum. Biedny mnich, cały w trwodze o własne życie, nic nie rozumiejąc z tego, co wykrzykują Polacy, a śpiewali tam wrzaskliwie i kobiety, i mężczyźni, zapamiętał tylko jedną, wciąż powtarzająca się frazę: Leee-li! Poleee-li! Leee-li! Poleee-li! Jak można było przekonać wystraszonego mnicha, że tam nikt niczego nie odprawiał, a już na pewno nie odprawiał żadnych pogańskich misteriów? Że zwyczajnie obchodzono imieniny jakiegoś pana Wiesia, a może jakiejś pani Marzenki. My oczywiście od razu wiemy co się dzieje w krzakach, gdy Polacy palą między nimi ogniska i śpiewają: Leli! Poleli! – Ale ten Francuzik?

Francuzik zemścił się na nas za swoje nocne strachy, bo jego relacja posłużyła do twierdzenia, jakoby to pogańscy Polacy czcili podwójne bóstwo, dwóch braci. Lelum i Polelum. – No właśnie! Starożytni Kastor i Polluks kłaniają się dyskretnie, ogłaszając wszystkim podstawową bolączkę naszych naukowców – ich klasyczne wykształcenie. Słyszał kto, żeby coś w Polsce nazywało się Lelum? Albo Polelum?

To, że posąg ze Zbrucza posiada jeszcze inne „wersje” boga, trzymające w prawej ręce nie tylko róg, ale i jakieś „kółeczko”, albo zupełne „nie wiadomo co”, może świadczyć o tym, że czworokątna budowa pomnika słowiańskiego boga mogła być rzeźbą oszczędnościową i przedstawiać czterech bogów. Gdy się więc obeszło posąg z modlitwami i ofiarami dookoła, miało się „z głowy” czterech najważniejszych bogów i nie trzeba było tracić czasu na chodzenie do różnych innych gontyn. Można przypuszczać, że wielkie ośrodki kultu zawierały w sobie takie właśnie „spotęgowane” bóstwa, zaś małe, lokalne miejsca święte posiadały tylko jednego boga, jak gdyby tylko jedną ze ścian czworograniastego kolosa. Jest też oczywiście możliwe, że tam chodziło wcale nie o to…

Pruskie „baby”, czyli posągi
Kamienne posągi bogów pruskich są podobne do bogów litewskich i łotewskich. Podobnie jest z ich nazwami. Po litewsku taki posąg nazywa się boba, po łotewsku i po polsku – baba. Po polsku wszakże wszystko, co dość grube i przysadziste, może zostać nazwane babą. Wielkanocna na przykład, albo taka z piasku. Więc nie wiem, czy to, że u nas figury pruskich bogów nazywa się pruskimi babami bierze się z naleciałości języków bałtyckich, czy jest rodzimym określeniem czegoś grubego i pękatego. Krzyżacy, zajmujący ziemię pruską i spotykający się z posągami pogańskich bogów, postępowali w stosunku do nich właściwie za każdym razem inaczej. Widocznie nie było jakiegoś jednolitego rozkazu, porządkującego sprawę zdobytych posągów. Rzeźby drewniane zapewne od razu palono. Rzeźby kamienne wrzucano do jezior. Często wmurowywano je w ściany zakładanych przez Krzyżaków kościołów. Czasami robiono to tak, aby wmurowana rzeźba ostentacyjnie widoczna była w kościelnym murze. Był to rodzaj triumfu Kościoła nad pogańskim bałwanem.

Inne rzeźby kamienne Krzyżacy ustawiali w… przedsionkach swoich kościołów! Zjawisko pozornie tylko było niezrozumiałe i szokujące. Krzyżacy, nie zapominajmy, to byli przede wszystkim żołnierze. Żołnierze, na całym świecie zawsze znosili do swoich kościołów i eksponowali tam najrozmaitsze wojenne trofea. Szczególnie sztandary zdobyte na nieprzyjacielu. Polacy przecież robili tak samo. Choćby ze sztandarami zdobytymi pod Grunwaldem. Stały więc w krzyżackich kościołach pokonane pruskie baby i nikogo to nie dziwiło i nie gorszyło.

Mijały stulecia. Początkowe emocjonalne nastawienie do kamiennych pruskich figur wygasło. Rozwiązano Zakon Krzyżacki. Baby w kościołach zaczęły ludziom po prostu przeszkadzać, więc wystawiano je na jakieś miejski skwer, stawiano przed ratuszem, lub brał je do swego parku dworskiego jakiś bogaty szlachcic.

Pogańskie sanktuaria w Polsce
Kamień jest wieczny. Na stulecia, a czasem nawet tysiąclecia zapamiętuje i przechowuje nadaną mu formę. Na terenie południowej Polski znajdują się pogańskie sanktuaria tak stare, że przy nich początki słowiańszczyzny wydają się być historycznym przedwczoraj.

Góra Ślęża. Święta góra Śląska. Na jej szczycie założono ośrodek kultu na dobre tysiąc lat (może kilka tysięcy lat?) przed pokazaniem się w jej pobliżu pierwszego Słowianina. Kto tu wtedy mieszkał? Kto wyrzeźbił kamienne kultowe posągi tak stare, że już zatracające swoje kształty i proporcje? Góra służyła później Słowianom, gdy nadeszli, na miejsce kultu bogów słowiańskich. Wreszcie wybudowano na niej kościół Nawiedzenia NMP.

Łysa Góra, Łysiec, albo Święty Krzyż. Święta góra w Górach Świętokrzyskich. Znowu to samo. Najstarszy ośrodek kultu jakiejś zapomnianej dziś cywilizacji, później – pogański ośrodek kultu Słowian, w końcu – opactwo benedyktyńskie, założone w roku 1006. Po zaginionych, tajemniczych, pierwszych właścicielach sanktuarium pozostała kamienna rzeźba zwana pątnikiem, lub świętym Emerykiem. Kogo naprawdę przedstawiała, trudno zgadnąć. Wyobraża osobę klęczącą. Tyle wie każdy, kto na nią patrzy. Nazwali ją pątnikiem, bo klęczy u podnóża góry klasztornej. Nazwali ją świętym Emerykiem na pamiątkę królewicza Emeryka (Imre), syna świętego Stefana, króla Węgier. Emeryk, równie święty jak jego ojciec, podarował klasztorowi na Łysej Górze relikwie Krzyża Świętego. Od tego czasu klasztor i całą górę zaczęto nazywać Święty Krzyż.

Według legendy, posąg pątnika początkowo stał daleko od podnóża klasztornej góry, bo na rynku miasta Nowa Słupia. Co roku, powodowany jakąś niezrozumiałą mocą, posąg przesuwa się w stronę klasztoru stojącego na szczycie góry o jedno ziarnko piasku. W ten sposób, posąg uszedł już niemały kawał drogi, ale gdy dojdzie do klasztornej bramy, nastąpi koniec świata!

Szymon Kazimierski
Tekst ukazał się w nr 9-10 (51-52) 24 grudnia 2007

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X