Jedenastu znajomych Mirosława Siczyńskiego Mirosława Siczyńskiego nazywają pierwszym ukraińskim terrorystą, zdjęcie ze źródeł internetowych

Jedenastu znajomych Mirosława Siczyńskiego

Kontynuujemy naszą opowieść o Mirosławie Siczyńskim, zamachowcu, który targnął się na życie namiestnika Galicji Andrzeja Potockiego. Są ludzie, których życie przypomina wybuch. Początkowo żyją cicho i niezauważalnie, aż raptem coś się wydarzy i stają się sławni. Ale sława jest kapryśna. Z czasem ludzie zapominają o nich i ich dalsze życie nie interesuje już historyków. Tak było i z naszym bohaterem, który dwukrotnie przykuwał uwagę prasy, a resztę życia spędził w całkowitym zapomnieniu.

Ludziom interesującym się historią znana jest postać Mirosława Siczyńskiego. Morderstwem dokonanym na osobie Andrzeja Potockiego zasłużył sobie na miano „pierwszego ukraińskiego terrorysty”. Następnie był huczny proces sądowy, wyrok wieloletniego więzienia, błyskotliwa ucieczka z więzienia „Dąbrowa” w Stanisławowie. A co było dalej? Tu wypada przytoczyć słowa Szekspira: „…Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść…”. W niebyt…

A jednak życie Siczyńskiego po ucieczce było dość bogate. Los pozwolił mu zetknąć się z wieloma interesującymi ludźmi, których imiona przytoczone są w encyklopediach. Spróbujmy określić koło znajomości pana Mirosława.

Mychajło Hruszewski, historyk i pierwszy prezydent Ukrainy, zdjęcie ze źródeł internetowych

Urodził się 11 października 1887 roku we wsi Czernichowce w pow. zbaraskim woj. tarnopolskiego. Jego ojciec, Mykoła, często zmieniał parafie i zmarł we wsi Stopczatów koło Kosowa, gdy Mirosław skończył 6 lat. Chłopak miał 13 rodzeństwa. Jedna z sióstr, Klementyna, po mężu Awdykowicz, założyła później we Lwowie fabrykę słodyczy, która do dziś działa pod nazwą „Switocz”.

Do szkoły Mirosław uczęszczał w Kołomyi. Tam też wstąpił do gimnazjum, które ukończy jednak w Przemyślu. Dalej – studia na uniwersytecie w Wiedniu, następnie we Lwowie. Tu poznaje prof. Mychajła Hruszewskiego. We wspomnieniach Siczyński charakteryzuje historyka niezbyt pochlebnie: „Nie wywierał szczególnego wrażenia na studentach i dlatego nie miał wpływu na naukę, na kształtowanie światopoglądu. Nie był tym, kogo nazywają „pedagogiem”. Jako lektor był dla studentów mało interesujący. Niejeden stwierdzał: „Wolę go czytać, niż słuchać”.

Nie przeszkodziło to jednak Siczyńskiemu zawrzeć bliższą znajomość z nieciekawym profesorem i nawet brać od niego pieniądze. Zachowały się listy, z których wynika, że Hruszewski dawał studentowi gotówkę na wsparcie jakiejś organizacji politycznej.

 

 

Namiestnik Galicji, hrabia Andrzej Potocki, zdjęcie ze źródeł internetowych

Dwa krótkie spotkania

Inna znajomość Siczyńskiego nie trwała długo, ale narobiła najwięcej hałasu. 12 kwietnia 1908 roku zapisał się na audiencję do namiestnika Galicji hrabiego Andrzeja Potockiego. Była to najbogatsza osoba w Galicji, bezpośredni potomek założyciela Stanisławowa. Gdy tylko wszedł do gabinetu, dobył rewolwer i strzelił w gubernatora cztery kule. Przy tym nastąpiła krótka wymiana zdań. Potocki zapytał: „Ktoś ty? Trzymajcie go”. Na to Siczyński zawołał: „To za Kagańca i za nasze krzywdy!”.

Później tłumaczył swój czyn zemstą za krzywdy narodu ukraińskiego i za śmierć niejakiego Kagańca, którego mieli zastrzelić austriaccy żandarmi przy rozruchach podczas wyborów do Sejmu. Siczyński również obwiniał Potockiego o fałszowanie wyborów, w których wiele mandatów zdobyli przedstawiciele nie tej siły politycznej, której sympatyzował student.

A dalej był sąd, wyrok śmierci, ułaskawienie przez cesarza i 25 lat ciężkiego więzienia. Terrorystę przewieziono do więzienia „Dąbrowa” w Stanisławowie, które uważano za super niezawodne. Nie zdążył Siczyński na dobre zadomowić się w celi, jak inteligencja ukraińska przygotowała mu ucieczkę. Kluczową rolę w jej organizacji odegrał młody praktykant biura adwokackiego Dmytro Witowski. Spiskowcy zebrali fundusze, przekupili ochroniarzy, wyszukali konspiracyjne mieszkanie i zorganizowali szlaki przerzutu przez granicę.

Jeden z twórców ZURL i minister spraw wojskowych Dmytro Witowski, zdjęcie ze źródeł internetowych

Późnym wieczorem 9 listopada 1911 roku, „swój” strażnik wyprowadził przebranego Siczyńskiego przez wszystkie bramki więzienia i wprowadził do parku naprzeciwko więzienia. Siczyński opisuje ten moment we wspomnieniach dość skąpo: „W parku był Witowski. Przywitaliśmy się. Powiedział, dokąd mam iść. Przeszedłem przez miasto. Nikt mnie nie poznał”.

Ich drogi więcej się nie przecięły. Dalszy los Witowskiego owiany jest aureolą sławy. Z wybuchem I wojny światowej zaciągnął się do Legionu Strzelców Siczowych. Jego sotnia jako pierwsza wdarła się do Halicza w 1915 roku i nad ratuszem oficer nakazał rozwinąć niebiesko-żółtą flagę. Otrzymał za to naganę od Austriaków. Po rozpadzie imperium austro-węgierskiego Witowski zostaje jednym z liderów Czynu Listopadowego, gdy Ukraińcy przejęli władzę we Lwowie, wskutek czego powstała Zachodnio-Ukraińska Republika Ludowa (ZURL). Witowski zostaje pierwszym ministrem młodego państwa i twórcą jego sił zbrojnych – Ukraińskiej Armii Galicyjskiej (UAG). Życie miał krótkie – zginął w katastrofie lotniczej wracając z konferencji międzynarodowej w Paryżu w 1919 roku.

 

Skandynawscy przyjaciele

Siczyński najpierw ukrywał się we wsi Wiktorów, potem wyruszył do Czerniowiec, gdzie przebywał ponad miesiąc. W tym krótkim czasie przyjaciele przygotowali mu fałszywe dokumenty, z którymi Mirosław miał wyjechać za granicę. Jak na ironię – pociąg przejeżdżał przez dworzec w Stanisławowie, oklejony listami gończymi za zbiegłym terrorystą. Mirosława jednak nikt nie poznał i przez Lwów i Kraków dotarł on do Berlina. W podróży towarzyszył mu adwokat Anzelm Mosler. W stolicy Niemiec pożegnał go, wręczając mu paszport jakiegoś żydowskiego prawnika i bilety do Szwecji. Dodał też tomik poezji angielskiej, żeby nie dłużyła mu się droga.

Do Szwecji Siczyński jednak nie dojechał. W przedziale poznał policjanta, który poradził mu… pojechać do Norwegii, a nawet obiecał pomoc w zakwaterowaniu. „Zamieszkałem we wsi – pisze Mirosław, – która nazywała się Paradiz (Raj). Jest tu ładny instytut studiów morskich. Tam poznałem Nansena”.

Popularny badacz i laureat pokojowej nagrody Nobla Fridtjof Nansen, zdjęcie ze źródeł internetowych

Mowa o Fridtjofie Nansenie, uczonym, badaczu Północy, który wpisał swoje imię w poczet Wielkich Odkrywców Geograficznych. W latach 1888-1889 jako pierwszy pokonał lądolód Grenlandii ze wschodu na zachód. W 1895 na okręcie „Fram” Nansen popłynął z ekspedycją na Biegun Północny i wysadził się na lód w punkcie 86°13’46”. Jednak z powodu braku prowiantu i złego stanu zdrowia innych uczestników ekspedycji zmuszony był zawrócić. Zabrakło mu 400 km do Bieguna Północnego. Następnie był posłem Ligi Narodów, wspomagał jeńców wojennych i pomagał głodującym w ZSRR. W 1922 roku Nansen otrzymał pokojową nagrodę Nobla.

Wróćmy do Siczyńskiego. Wędrował po wioskach Norwegii i zauważył, że tereny te przypominają… Huculszczyznę. Niebawem musiał jednak opuścić ten gościnny kraj. Żyd-adwokat, którego paszportu używał Siczyński, zażądał zwrotu swego dokumentu. Mirosław dostał inny i, aby uniknąć niepotrzebnych pytań norweskiej policji, przeniósł się do Szwecji.

 

 

 

Premier Szwecji Rickard Sandler, zdjęcie ze źródeł internetowych

Tam bardzo mu się podobało – poziom oświaty, gwarancje socjalne, demokracja, organizacja rolnictwa. Zamieszkał w Lund, uczęszczał do szkoły robotniczej, poznał socjaldemokratę prof. Rickarda Sandlera. Był on typowym naukowcem gabinetowym. Aktywnie zajmował się polityką. Redagował pismo „Tiden”, był posłem do parlamentu, ministrem finansów, handlu i spraw zagranicznych, a w 1925 roku został premierem – najmłodszym premierem Szwecji.

Zaprzyjaźnili się z nim na tyle, że gdy profesor przeniósł się do Sztokholmu, Siczyński przez dłuższy czas mieszkał w jego mieszkaniu. Było to jak najbardziej na czasie, bo pieniądze zebrane w Stanisławowie na ucieczkę wyczerpały się. Aby wiązać koniec z końcem, Mirosław musiał iść do pracy na farmę, jako zwykły robotnik.

Ukraina ponad wszystko!

Latem 1914 roku Sandler, odwiedzający od czasu do czasu swoje mieszkanie, powiedział, że wieczorem odwiedzi ich rosyjska rewolucjonistka. Odwiedziła ich Aleksandra Kołłątaj. O jej rozwiązłości i nimfomanii chodziły legendy. Przed laty porzuciła męża i pięcioletnie dziecko, aby zająć się sprawami rewolucji. Po przewrocie październikowym zrobiła błyskawiczną karierę – objęła posadę ludowego komisarza ds. polityki socjalnej, zostając pierwszą kobietą ministrem w Rosji. Z czasem została kierownikiem wydziału politycznego Krymskiej armii i członkiem CK.

Aleksandra Kołłątaj, pierwsza kobieta minister bolszewickiej Rosji, zdjęcie ze źródeł internetowych

Wyszła za mąż za czerwonego dowódcę Pawła Dybenkę, młodszego od niej o 17 lat. Aktywnie propagowała teorię wolnej miłości, ale nie mogła przebaczyć zdrady mężowi, rozwodząc się z nim. Od 1922 roku przeszła na służbę dyplomatyczną, jako również pierwsza kobieta-ambasador.

Gdy Kołłątaj, „naperfumowana i wspaniała”, przyszła do Sandlera, pomiędzy nią a Siczyńskim wynikł zacięty spór. Gość miała otwarcie ukrainofobiczne poglądy: „Nie ma żadnej Ukrainy! Jaka tam Ukraina. Wszystko jest pomieszane. Nie ma granic narodowych. Nie macie literatury. Był jeden Szewczenko, ale i ten zmarł”.

Mirosław jednak szybko wskazał jej właściwe miejsce. „Na szczęście miałem mapę, na której zaznaczona była Ukraina. Ten fakt zrobił na niej wrażenie i zrobiło się jej nijako. Na jej twierdzenie, że „nie ma języka ukraińskiego”, wyciągnąłem książkę, gdzie wydrukowana była decyzja Rosyjskiej Akademii Nauk o odrębności języka ukraińskiego z 1906 roku.

Humor jej się zepsuł i szybko sobie poszła”. (cdn.)

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 23 (387), 14 – 27 grudnia 2021

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X