Legendy starego Stanisławowa. Część 53 Cukiernia Włodzimierza Skruta, zdjęcie z archiwum Włodzimierza Skruta juniora

Legendy starego Stanisławowa. Część 53

Kule też kosztują

Szef stanisławowskiego gestapo hauptschturmfürer Hans Krüger, zdjęcie z archiwum Yad Vashem

O przestępstwach szefa stanisławowskiego gestapo Hansa Krügera napisano wiele. Niedawno przeczytałem interesujący fragment jego „wojennej biografii”. 12 października 1941 roku Niemcy przeprowadzili masowe rozstrzeliwanie Żydów na cmentarzu za obecnym jeziorem. Wówczas od kul broni maszynowej zginęło około 10 tys. osób. Było wielu rannych, którzy wieczorem wydostali się z rowów.

Rano delegacja żydowska zwróciła się do Krügera z prośbą okazania im pomocy medycznej. Odpowiedź hauptschturmfürera przeraziła petentów:

– Niemieccy żołnierze, mordując was, wykorzystali niemieckie kule. Niemcy nie powinny być stratne. Dlatego nakazuję: wartość kul, w sumie 2 tys. polskich złotych, wpłacić do kasy.

O żadnej pomocy medycznej mowy nie było i biednym Żydom nie pozostało nic innego jak zebrać żądaną sumę.

Później, w ramach tzw. „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” Niemcy wyniszczyli wszystkich Żydów w mieście. Przy życiu pozostały jednostki. 23 lutego 1943 roku Stanisławów oficjalnie ogłoszono „judenfrei” – miastem wolnym od Żydów.

 

Lot na jednym skrzydle

W okresie niemieckiej okupacji Stanisławów administracyjnie należał do Dystryktu Galicji ze stolicą we Lwowie. Ten, ze swej strony, był częścią Guberni Generalnej z centrum w Krakowie.

Wiec z okazji wizyty Hansa Franka w Stanisławowie, NAC

22 października 1941 roku do Stanisławowa przyjechał generał gubernator Hans Frank. Z tej okazji na placu Adolfa Hitlera (ob. Majdan) urządzono wielki wiec. Spędzono masę ludzi, a sam plac udekorowano w najlepszych tradycjach nazistowskich demonstracji. Wtedy nie było jeszcze siedmiopiętrowej „wieży” stacji telefonicznej i plac był o wiele większy. Trybunę urządzono na tle ściany przy obecnej ul. Baczyńskiego 3. Ścianę udekorowano symbolami nazistowskimi i hasłem „Heil Hitler”. Pod samym dachem zawieszono olbrzymiego drewnianego orła ze swastyką w szponach.

Wśród obecnych na wiecu był polski chłopak Witold Hrehorowicz. Dobrze pamięta, jak w czasie wiecu zerwał się sznur, mocujący prawe skrzydło ptaka. Szybko opadł on w dół i zawisł na jednym skrzydle. Gdyby spadł wówczas na trybunę, cały Dystrykt i nawet Reichskomisariat zaznałyby znacznych zmian personalnych.

 

 

 

Pomnik Mickiewicza miał trudną przeszłość

Pocięty Mickiewicz

Gdy uważnie przypatrzymy się pomnikowi Adama Mickiewicza w Stanisławowie, zauważymy spawany szew nieco poniżej pasa. „Reporter” pisał już, jak podczas wojny polski patriota Kazimierz Tatara uratował pomnik przed zniszczeniem przez Niemców. Niedawno odkryto nowe fakty, przedstawiające ten fakt w nieco innym świetle.

Podczas okupacji Niemcy wysłali spiżowy pomnik na przetopienie, rozcinając go na pół. Obie części odwieziono do punktu zbiórki złomu przy ul. Wowczynieckiej przed wiaduktem kolejowym. Stamtąd miano złom ładować na wagony i dalej w jakiejś hucie nasz Mickiewicz stałby się czołgiem lub armatą. Kierownikiem złomowni był Polak, niejaki Bednarski. On to wspólnie z Kazimierzem Tatarą i Józefem Wąsikiem przeprowadził operację ocalenia pomnika wieszcza. Wieczorem Bednarski zajął pozycję obserwatora, a w tym czasie jego koledzy wykopali dół, gdzie ukryli obie części pomnika. Wszystko starannie zasypano i zarzucono z wierzchu złomem.

Niemcy nawet tego nie zauważyli i pociąg ze złomem odjechał bez spiżowego poety. Całą wojnę Mickiewicz przeleżał pod ziemią, a gdy miasto wyzwolono – wrócił na postument. Przedtem jednak oczyszczono go i zespawano obie części.

Balkon Krügera

Jak powiadają dawni mieszkańcy Stanisławowa, Hans Krüger mieszkał w domu nr 28 przy obecnej ul. Sacharowa. Za domem były wówczas rozległe ogrody, gdzie pracowali Żydzi z getto. Gdy szef gestapo widział, że pracują nie dość intensywnie, wychodził na balkon i strzelał do nich z pistoletu. A strzelcem był wyborowym.

Z tego balkonu Hans Krüger strzelał do Żydów

Gdy w 1960 roku Krügera aresztowano, przypomniano mu wszystkie jego zbrodnie. W tym i strzelanie z balkonu. Ale były gestapowiec wypierał się wszystkiego. Twierdził nawet, że w jego domu wcale nie było balkonu. Wówczas do Iwano-Frankiwska wyruszyła cała delegacja prokuratury RFN, która miała sfotografować dom. Krüger okazał się kłamcą – balkon jednak był.

Ale i bez tego faktu jego czyny zasługiwały na dożywocie.

Tajemnica cukiernika Skruta

Imię Włodzimierza Skruta znane było prawie każdemu mieszkańcowi Stanisławowa. W latach 30. XX wieku jego cukiernia na początku dzisiejszej ul. Mazepy była miejscem kultowym. Po ciastka, torty i smaczne lody wystawały całe kolejki klientów. Mężczyźni marzyli, aby znaleźć sobie żonę, która piekłaby takie smakołyki, „jak to się robi u samego Skruta”. Jasne, że pan Włodzimierz nie dzielił się swymi oryginalnymi przepisami. Nie one jednak były jego największą tajemnicą.

Cukiernik Włodzimierz Skrut na wypoczynku w Morszynie, lata 30., zdjęcie z archiwum Włodzimierza Skruta juniora

Pierwsi sowieci znacjonalizowali jego biznes, zabrali dom, pozostawiając mu na mieszkanie jeden pokój na piętrze. Potem przyszli Niemcy, ale i w tym czasie nie udało się cukierni otworzyć.

Mieszkaniec Frankiwska Serhij Weresow dobrze znał syna pana Skruta, też Włodzimierza, który opowiedział mu tę historię.

Faszyści założyli getto w okolicy ul. Belwederskiej i spędzili tam Żydów z całego miasta. Potem metodycznie getto likwidowano, a jego teren stale zmniejszano. Mieszkańców getta rozstrzeliwano lub wysyłano do obozów koncentracyjnych.

Kilku cukierników żydowskich, kolegów po fachu pana Skruta, poprosiło o przechowanie ich dzieci. Odtąd przez całą wojnę w piwnicy przechowywało się czworo dzieciaków. Powiedzieć, że było to niebezpieczne, to jakby nie powiedzieć nic. Po mieście szperali tajni agenci, a i zwykli mieszkańcy gotowi byli donieść za wynagrodzenie. Osobę, która ukrywała u siebie Żydów, rozstrzeliwano na miejscu razem z rodziną.

Oprócz stanu zagrożenia Skrut miał jeszcze inne trudności, bo dzieci trzeba było karmić. Trwało to nie miesiąc czy dwa, ale do czasu przybycia do Stanisławowa Armii Czerwonej. Takich dochodów, jak przed wojną pan Włodzimierz już nie miał. Pracował w gospodarstwie zieleni miejskiej, a tam płacono niewiele.

Wszystko skończyło się szczęśliwie: dzieci nie znaleziono. Nikt go za to nie wynagrodził, ale też nie został zesłany na Syberię. Może to była ta nagroda?

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 23 (387), 14 – 27 grudnia 2021

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X