Jak zakonnice „kradły” dzieci – s. Celina Aniela Kędzierska, franciszkanka Rodziny Maryi z Sambora Siostra Celina na spacerze z dziećmi. Sambor, 1935 r.

Jak zakonnice „kradły” dzieci – s. Celina Aniela Kędzierska, franciszkanka Rodziny Maryi z Sambora

Sambor na przestrzeni lat, mimo iż był zaliczany do niewielkich miasteczek Wschodniej Małopolski, był jednak prawdziwą kuźnią elit, a to za sprawą wybitnych postaci, które działały tu w różnych epokach. Na szczególne uznanie zasługują liczni wybitni ludzie XX wieku, którzy wyróżniali się swoją działalnością zwłaszcza na rzecz ratowania życia ludzkiego w okresie dwóch wojen światowych. Jedną z nich była s. Celina Kędzierska, która wyróżniła się odwagą ratowania dzieci polskich i żydowskich, a gdy ku temu nadarzyła się okazja – zdobyła się na gest „wykradania” polskich dzieci ze zrusyfikowanego domu dziecka, na które został zamieniony dawny dom zakonny sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w Samborze.

Portret s. Celiny Kędzierskiej z obecnego domu zakonnego sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w Samborze

Aniela Kędzierska przyszła na świat w Łodzi 13 marca 1902 roku w rodzinie robotniczej Stanisława i Heleny z d. Straube. Pierwsze nauki pobierała najprawdopodobniej w rodzinnym mieście, a w 1920 roku wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi we Lwowie. Uczyła się w Seminarium Ochroniarskim we Lwowie i po ślubach wieczystych 9 lipca 1924 roku, w czasie których przyjęła imię Celina, przybyła do Sambora, gdzie do końca życia była wychowawczynią w Polskiej ochronce, którą dzięki fundacji ks. Mateusza Grochowskiego siostry Franciszkanki Rodziny Maryi prowadziły od 1901 roku. Siostry prowadziły też sierociniec, w którym na stałe mieszkało ok. 20 sierot, a w miarę zbliżania się II wojny światowej liczba sierot przebywających w sierocińcu się zwiększała. Dochodziło nawet do tego, że przebywało w nim nawet 70 dzieci. Od 1939 roku władze zakonne powierzyły s. Celinie stanowisko przełożonej wspólnoty zakonnej i kierowniczki ochronki.

W 1939 roku po rozpoczęciu II wojny światowej oraz pierwszej okupacji sowieckiej sierociniec w Samborze został upaństwowiony. Siostry zostały z niego usunięte i mieszkały w domach prywatnych, musiały też zdjąć habity. Ponadto napotykały na wiele trudności w prowadzeniu życia wspólnotowego, spełnianiu praktyk religijnych i korzystaniu z sakramentów. Dopiero w 1941 roku wróciły do pracy w sierocińcu. W czasie wojny z gościnności sierocińca korzystało około 90 dzieci. Siostry prowadziły też tajne nauczanie, w które byli zaangażowani świeccy nauczyciele. Chodziło oto, aby dzieci nie miały przerwy w edukacji.

Podczas okupacji niemieckiej(1941–1944) obok polskich ukrywano tu także dzieci żydowskie i troje romskich. Akcja ta wiązała się z dużym ryzykiem, podjętym przez przełożoną s. Celinę Kędzierską. Niemcy bowiem niejednokrotnie przyjeżdżali do zakładu, aby rozpoznać dzieci żydowskie. Siostry, mimo tak trudnych chwil, uratowały 10 żydowskich dziewczynek. Każdego wieczora pod dom klasztorny przybywali rodzice dzieci żydowskich, pytając przełożonej czy są na miejscu.

Klasztor Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w Samborze. Stan z 2017 r.

W sierocińcu sióstr w czasie wojny schronienie otrzymało też trzech akowców, którzy uciekali przed Niemcami. W pośpiechu wbiegli na strych i schronili się w zbiorniku na wodę, jeden z nich był Żydem. Niemcy przeszukali cały dom, jednak na strych nie weszli.

Klasztor sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w czasie przebudowy w latach 50. XX wieku

Udzielono tu pomocy rosyjskiemu żołnierzowi w końcowej już fazie wojny. Był on jednym z ośmiu zwiadowców, którzy nad Dniestrem natknęli się na Niemców. Siedmiu zginęło, on zaś uciekając przed Niemcami, czołgał się polami przez trzy dni. Przypadkowo ukrył się w ogrodzie sióstr. Gdy usłyszał język polski, błagał o pomoc. Siostry ukryły go w bezpiecznej kryjówce i każdego wieczora s. Maria Sawicka wraz z wychowankiem zakładu zanosiła mu żywność na cały dzień. Po wyzwoleniu miasta pierwszy przybiegł do klasztoru z radosnymi wiadomościami. Wielokrotnie jeszcze pisał do sióstr, dziękując za uratowanie życia.

Dom sierocińca sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi. Stan z 2017 r.

W pierwszej połowie sierpnia 1944 roku Rosjanie ponownie zajęli Sambor. W tym czasie w zakładzie sióstr mieściło się „84 dzieci obojga płci czysto polskich od 2 do 14 lat. Wkrótce rozpoczęły się rewizje, kontrole, spisywanie inwentarza, magazynów i wszystkiego, co stanowiło własność Zgromadzenia i Zakładu – wreszcie cały majątek upaństwowiono powtórnie. Personelowi wychowawczemu władze czyniły zarzuty, że nie wychowuje w duchu komunistycznym. Po 6-ciu miesiącach wprowadzili komunistyczne wychowawczynie (sowietki), zastępując nimi usunięty personel zakonny, a 4 marca 1945 r. wprowadzili do Zakładu jako dyrektorkę sowietkę, wyrzucając brutalnie przełożoną tegoż zakładu s. Celinę Kędzierską, pracującą tam z pożytkiem […] jako wychowawczyni, kierowniczka i przełożona zakładu, ku ogólnemu zadowoleniu wszystkich władz i całego tamtejszego społeczeństwa”. Przełożona klasztoru s. Celina została przez nową władzę aresztowana i przez szereg dni trzymano ją w piwnicy więziennej, „znęcając się nad nią podczas przesłuchań”. Inne siostry zakonne musiały zdjąć habity i jako takie mogły otrzymać zatrudnienie w sierocińcu.

Siostra Celina z dziećmi. Sambor, 1933 r.

Dzieci w sierocińcu widząc opiekę sowiecką, a także los jaki spotkał siostrę przełożoną, miały powiedzieć: „Jesteśmy Polakami, chcemy do Polski, chcemy wychowania w duchu polskim! Domagamy się nauki katechizmu, pacierza, uczęszczania do kościoła!”. Władze sowieckie orzekły na to stwierdzenie, że „takie zuchwałe dzieci nadają się jedynie do obozu karnego”.

Siostra Celina z dziećmi. Sambor, 1933 r.

Siostra Celina Kędzierska po wyjściu z więzienia zwróciła się z prośbą do Komitetu Polskiego w Samborze, by ten ratował dzieci przed wynarodowieniem. Już pod koniec 1944 roku główny pełnomocnik Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego ds. Ewakuacji w Łucku kpt. Stanisław Pizło w liście do głównego pełnomocnika na rejon Sambor w odpowiedzi na pismo s. Celiny informował, że „dotychczas nie było wypadku ewakuowania sierocińca, jednakże sprawy te poruszałem już ogólnikowo swego czasu z Zastępcą Głównego Przedstawiciela Rządu USRR, który oświadczył mi, że w tych wypadkach pójdą jak najdalej na rękę. Sądzę więc, że i w przedstawionym przez Was wypadku, będzie możliwe ewakuować Sierociniec z całym urządzeniem”. Dalej tenże urzędnik podał do wiadomości, że należy „dostarczyć dokładny wykaz sierót oraz spis inwentarza, urządzeń sierocińca, w ogóle wszystkiego, co miałoby być przewiezione, tudzież podać najodpowiedniejszy środek transportu. Jeśli miałby być to transport kolejowy, należy obliczyć i zapodać potrzebną ilość wagonów. Nie należy zapominać także o personelu obsługującym sierociniec i również wyszczególnić go w wykazie. Po otrzymaniu tych dat oraz instrukcji z Lublina prześlę Wam stosowne polecenie”. Całość korespondencji z końca 1944 roku w porozumieniu z siostrami prowadzono w pełnej tajemnicy, obawiając się, że jeśli sprawa zostanie ujawniona, polskie dzieci z sierocińca w Samborze zostaną rozesłane po różnych ukraińskich sierocińcach, aby tym samym uniemożliwić ewakuację do Polski.

Po pierwszych pismach 25 kwietnia 1945 roku w obecności s. Kędzierskiej oraz rejonowego pełnomocnika Rządu RP do spraw ewakuacji na rejon Sambor i rejonowego pełnomocnika Rządu RP do spraw ewakuacji na rejon lwowski w domu zakonnym spisano odpowiedni protokół, w którym zaznaczono, że „dom mieszkalny i dwa budynki gospodarcze, cztery krowy, dwa konie, jedno źrebię, cztery wieprze, wóz gospodarski stanowią własność SS. Rodziny Maryi i są oddane do czasowego użytku tamtejszego sierocińca, obecnie w związku z wyjazdem tegoż do Polski prosi o dokonanie opisu budynków i odtransportowanie inwentarza ruchomego wraz z całym sierocińcem”. Dołączono wykaz również 64 dzieci polskiej i żydowskiej narodowości znajdujących dawniej pod opieką sióstr, gdyż s. Celina Kędzierska po wyjściu z więzienia zamieszkała przy dawnej organistówce nieopodal kościoła parafialnego i stąd korygowała proces tzw. repatriacji. Inne siostry tegoż zgromadzenia zamieszkały w prywatnych domach tutejszych Polaków.

Mimo pierwotnych pozytywnych zapewnień o załatwieniu pozwoleń na ewakuację sierocińca – 5 maja 1945 roku podano informację, że „sprawa ewakuacji Sierocińca z Sambora do Przemyśla […] natrafia na poważne trudności”. Na początku jakoby główną przeszkodą miało być „wydanie inwentarza, który to rzekomo miał być dostarczony przez władze sowieckie według oświadczenia zastępcy burmistrza miasta Sambora ob. Sawczenki, jednakowoż obecny zarząd sierocińca, po porozumieniu się z Obłasnym [tj. wojewódzkim] Oddziałem Oświaty Ludowej w Drohobyczu zabronił kategorycznie wydania dzieci, tłumacząc tym, że dotychczas nie otrzymał żadnych instrukcji z wyższej wymienionej organizacji w powyższej sprawie”. Wobec tego dzieci starsze, powyżej 14 lat, samodzielnie zarejestrowały się na wyjazd (10 osób). Wobec kolejnych, które już posiadały metryki kościelne (49 osób) oraz tych, które ich nie posiadały, postanowiono odwoływać się do najwyższych władz w Kijowie o pozwolenie na ewakuację całego sierocińca z Sambora do Przemyśla.I tym razem sprawa utknęła w biurokracji, a miejscowi urzędnicy celowo zwlekali z wydaniem odpowiednich zezwoleń. Brak dobrych chęci zauważono nawet wówczas, gdy już otrzymano pozwolenie na wyjazd dzieci i delegacja polska udała się do sierocińca, „celem omówienia terminu ewakuacji”, którą naznaczono za pięć dni, a dyrektor zakładu otrzymał wskazówki co do należnego zaopatrzenia dzieci w prowiant na drogę. Na stacji kolejowej były już przygotowane wagony do wyjazdu. Wówczas miejscowy urzędnik niejaki Piatow począł się zasłaniać brakiem decyzji wojewódzkich władz w Drohobyczu, doszedł do przekonania, iż pismo z dnia 21 kwietnia 1945 jest prośbą, a nie poleceniem i wobec tego nie może ewakuacji nakazać. Dodatkowo dyrektor dodał, że „wśród dzieci zapanowała atmosfera rozprężenia, gdy do nich doszła wiadomość o ewakuacji, że władze, które walczą z religią, spotkały się z tym, iż dzieci poubierały krzyżyki i poszły do kościoła i że on nie dopuści do żadnej ewakuacji prędzej, aż wojewódzkie władze w Drohobyczu na to zezwolą, w co on zresztą wątpi. Z tego widać, iż jedna władza zasłania się drugą; sprawę odwlekają po to, by zyskać na czasie, aż do likwidacji komisji przesiedleńczej”.

S. Celina Kędzierska z dziećmi. Lata 30. XX wieku

W tej sytuacji nie widząc innego rozwiązania samborskie siostry, na czele z chorującą już siostrą Kędzierską, zdecydowały się na heroiczny krok kradzieży dzieci z sierocińca. Siostra Maria Sawicka, która od 1941 roku pracowała w Samborze, tak wspominała te chwile uratowania ponad 100 dzieci: „Jak potem do Sambora weszli sowieci (1944 rok), to naszą kierowniczkę usunęli, ale nas, młode siostry, chcieli zatrzymać do pracy. Dostałyśmy nawet nakaz wyjazdu w głąb Rosji, bo niby byłyśmy charosze pracownice, ale przełożonej udało się załatwić nam ewakuację do centralnej Polski. Tylko że do Polski miałyśmy jechać bez dzieci. Dzieci nie pozwolili nam sowieci zabrać ze sobą. Zrobiłyśmy więc tak: najpierw do Przemyśla wyjechały dwie młode siostry i trzy staruszki. Reszta sióstr została i każdego dnia wykradałyśmy po kilkoro naszych dzieci z sierocińca, po czym dołączałyśmy je do polskich transportów repatriacyjnych jadących do Przemyśla. W wagonach polscy repatrianci ukrywali dzieci między sobą i przewozili je do Przemyśla, a tam już nasze siostry wychodziły do transportów i dzieci odbierały. Inaczej nie było można. Te żydowskie też oczywiście wykradłyśmy. Nie udało nam się wykraść wszystkich dzieci. Został Jurek. Trzy jego siostry udało nam się wykraść, a on uciekł gdzieś z zakładu, bo go sowietka zbiła. Odchodził już ostatni transport do Polski, a jego nie było w zakładzie. Został. Gdzieś tam mały Polak jest Rosjaninem”. Ostatecznie też w ramach tzw. repatriacji opuściły Sambor również siostry Franciszkanki Rodziny Maryi.

Dom dziecka sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w okresie sowieckim

Z powodu choroby nie wyjechała jedynie s. Celina Kędzierska oraz pozostająca do jej opieki s. Pelagia Alojza Koralewska, która opuściła Sambor w czerwcu 1946 roku. W mieście pozostawała też u rodziny s. Helena Klinger, która wyjechała w 1946 roku. Siostra Celina Kędzierska zmarła w Samborze 21 stycznia 1946 roku w 43 roku życia. Dnia 23 stycznia została pochowana na miejscowym cmentarzu, przez ks. Michała Ziajkę, który sporządził odpowiedni zapis w księdze zmarłych tutejszego kościoła parafialnego.

Tablica pamiątkowa ku czci s. Celiny Kędzierskiej na frontonie dawnego domu zakonnego w Samborze

Za akcję ratowania dzieci żydowskich – 4 kwietnia 2016 roku siostra Kędzierka pośmiertnie otrzymała w Warszawie dyplom i medal Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Rok wcześniej na fasadzie dawnego domu zakonnego Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi odsłonięto pamiątkową tablicę poświęconą s. Celinie Kędzierskiej, a 18 czerwca 2021 roku przy domu Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w Samborze została uroczyście otwarta Sala Spotkań i Pamięci o mieszkańcach tego miasteczka ratujących Żydów podczas II wojny światowej. W ostatnich latach na podstawie ustnych przekazów udało się odszukać grobowiec, gdzie miałaby spocząć s. Celina Kędzierska, na którym umieszczono tablicę z imionami wszystkim zmarłych w Samborze sióstr zakonnych różnych zgromadzeń, pochowanych na miejscowym cmentarzu.

Według wspomnień s. Krystyny Macowicz, która jako młoda dziewczyna wyjechała do Polski razem z siostrami i tam poprosiła o przyjęcie do zgromadzenia, siostra Celina „była średniego wzrostu, średniej budowy ciała, miała ładny głos, pięknie śpiewała, grała na fortepianie. Była lubiana przez wychowanków, choć bywała surowa.[…] Na pogrzebie [s. Celiny] było trochę ludzi, był ksiądz z parafii. Grobu z czasu pogrzebu s. Krystyna nie pamięta, wie tylko, że to po drodze do kapliczki. Natomiast sprzed wojny pamięta jak przez mgłę, że szła z siostrami na cmentarz  i wtedy widziała tabliczkę z nazwiskiem, albo nazwiskami sióstr”.

Marian Skowyra

Tekst ukazał się w nr 5 (465), 14 – 27 marca 2024

X