Jak sprytni Polacy rewolucyjną literaturę wozili i co z tego wynikło

Historia pouczająca i nie bez morału

Kilka kilometrów od Gródka Podolskiego (znanego również jako Mała Warszawa) w obw. chmielnickim leży niewielka lecz malownicza wieś (niegdyś miasteczko) Kupin. Turystom bardzo odpowiada, że większość turystycznych „rodzynków” ulokowana jest na niewielkim terenie, więc nie potrzeba wiele chodzić i wciąż pytać: „Jak dojść do…?”. Wszystko jest w zasięgu wzroku…

Obok wjazdu do miejscowości, tuż przy samej drodze wznosi się płaskowyż, otoczony kamiennym murem. Jest to stary żydowski cmentarz z XVIII-XX wieków. Jest interesujący sam w sobie: wiele nagrobków, szczególnie tych najstarszych, udekorowane są splotami bardzo pięknej rzeźby. To nie wszystko. Dobrze jest widoczne, że teren nekropolii otoczony jest potężnymi wałami i fosami. Około XVII wieku na tym terenie, nadającym się do obrony, były drewniano-ziemne fortyfikacje, chroniące ludność Kupina przez najazdami Tatarów. Niewielka forteca miała nawet jedną murowana wieżę – jej podstawę można zobaczyć od strony drogi. Wieża ta przetrwała do początku XX wieku aż w sąsiedztwie zaczęto wznosić młyn i rozebrano ją na budulec.

O kilka metrów od tego cmentarno-fortecznego płaskowyżu stoi stary most w kształcie arki. Miejscowi nazywają go „tureckim”, gdyż uważa się, że wznieśli go Turcy, gdy panowali na Podolu. Tymczasem został wybudowany w połowie XVIII wieku. Jest to jeden z trzech najstarszych do dziś intensywnie eksploatowanych mostów na Ukrainie.

Przepłynąwszy pod mostem, rzeka Smotrycz za około sto metrów tworzy niemałych rozmiarów wodospad, znany tu pod nazwą „Szum”. Do niedawna był to największy wodospad w obwodzie chmielnickim, ale gdy w starym młynie zbudowano elektrownię wodną, część wody skierowano do niej.

Po przeciwnej stronie tamy stoi stary młyn. Na jego fasadzie widnieje data 1455, ale jest to wymysł lokalnych krajoznawców. W rzeczywistości wybudowano go na początku XX wieku, połową zaś XV wieku datuje się jedynie wzmianka o młynie w tej miejscowości (co wcale nie znaczy, że stał w tym miejscu). Historia młyna odzwierciedla całą skomplikowaną i tragiczną historię XX wieku.

Pod koniec XIX wieku w Kupinie był młyn, tyle, że przestarzały i prymitywny. W tamtych czasach młyny były dla mieszkańców miejscowości szczególnie ważnymi obiektami. Wokół nich koncentrowało się życie, przynosiły też znaczny dochód swemu właścicielowi.

Autorowi nie udało się wyjaśnić, kto pierwszy wpadł na pomysł budowy młyna, ale na początku XX wieku tę myśl poparli mieszkańcy miasteczka. Powstała wówczas nawet swego rodzaju spółka akcyjna – niemałe fundusze na jego budowę wniosły wszystkie zgromadzenia religijne miejscowości: Ukraińcy, Polacy i Żydzi. Wyposażenie zakupiono nie byle jakie, lecz najlepsze, jakie udało się zdobyć – szwajcarskiej firmy „G. Daverio”. Gdy mieszkańcy miasteczka wspólnymi siłami wznosili tamę i stawiali mury młyna, delegacja udała się do Zurichu.

Swego czasu autorowi, zupełnie przypadkowo, udało się porozmawiać z wnukiem Juliana Kitlińskiego, jednego z tych, którzy jeździli do Szwajcarii po wyposażenie młyna.

– Mój dziadek był w tej grupie asystentem skarbnika – opowiada Oleksy Kitliński. – Był też tłumaczem, bo znał doskonale język niemiecki, który obok pięciu innych studiował w gimnazjum. Julian Kitliński i jeszcze kilku mężczyzn pozostali w Szwajcarii na szkoleniu w jednym z młynów. Mieli dokładnie zapoznać się z funkcjonowaniem wszystkich części młyna, by później umieć własnoręcznie zmontować urządzenie oraz obsługiwać je w Kupinie.

W tych czasach Zurich upodobali sobie rosyjscy rewolucjoniści, wobec czego ich spotkanie z kupcami z Kupina okazało się nieuniknione. – Według rodzinnych przekazów nasi rodacy poznali nawet Lenina – zaznaczył pan Oleksy. Gdy delegacja wyjeżdżała z urządzeniami młyna – a było tego kilka wagonów – do Kupina, rewolucjoniści zaproponowali, by zabrać ze sobą trochę nielegalnej literatury. Ale posłano ich… no wiadomo, gdzie.

W tym czasie dwóch sprytnych Polaków i mój dziadek zorientowali się, że można na tym nieźle zarobić, bowiem przeciwnicy caratu obiecali sowitą zapłatę – wspomina Oleksy Kitliński. – W tajemnicy przed innymi zapakowali do skrzyń gazety, książki i broszury. Rewolucjoniści byli bardzo zadowoleni i nie skąpili grosza – wagony to przecież nie jakieś tam zwykłe walizki z podwójnym dnem.

Gdy wagony dotarły na stację Dunajowce, najbliższej do Kupina, po przekazaniu literatury odbiorcy, jeszcze długo jej egzemplarze znajdowano w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. A cieszyła się ona nie byle jakim popytem. Nie z powodu treści, druków tych bowiem nikt nie czytał. Ale ceniono ją, ponieważ drukowana była na cienkiej bibułce, wielce przydatnej do kręcenia papierosów. Jeszcze przez ponad pięć lat mężczyźni kopcili skręty w resztkach „rewolucyjnej bibuły”.

Gdy już zmontowano całe urządzenie młyna, okazało się, że jest to swego rodzaju nowoczesne centrum techniczne. Oprócz właściwego urządzenia młyna, pozwalającego na otrzymanie 16 rodzajów mąki i około 20 rodzajów krup, turbina zasilała tokarkę, frezerkę i wiertarkę, a ponadto turbinę elektryczną. Więc już na początku XX wieku Kupin jaśniał światłem elektrycznym.

W latach 20. historia z rewolucyjną kontrabandą otrzymała niezwykły ciąg dalszy. Julian Kitliński został niebawem głównym młynarzem. Zamieszkał w dużym budynku obok młyna. W 1924 roku władze zdecydowały się na utworzenie w Kupine siedziby powiatu. Budynek został skonfiskowany na potrzeby administracyjne, a rodzinę Kitlińskich wystawiono na ulicę. Wówczas młynarz przypomniał sobie swoją „działalność rewolucyjną”. Opisał ze szczegółami w obszernym liście do gubernialnego wydziału KP(b)U (Komunistycznej Partii (bolszewików) Ukrainy – red.) swój wkład w walkę z caratem. Powołał się jako na świadka na jednego z wysoko postawionych działaczy bolszewickich. List został wysłany z guberni do Moskwy. Działacz bolszewicki przypomniał sobie tę dawną historię, ale zaznaczył, że owszem Kitliński literaturę przewoził, lecz nie za darmo! I jeżeli został wysiedlony, to tak mu, paskudzie, się należy, bo: „Szlachciura chciał ogrzać sobie ręce przy świętym ogniu rewolucji”.

Jak się okazało, płomień rewolucji ogrzał nie tylko kontrabandzistę-nieudacznika. – Suma wskazana przez bolszewika – mówi pan Oleksy – znacznie różniła się od zapłaty, którą otrzymali w Zurichu. Różnica prawdopodobnie osiadła w kieszeni „płomiennego rewolucjonisty”. Tę historie wielokrotnie powtarzał mi ojciec jako przestrogę, że wyrodki te, nie zważając na wszystkie ich wielkie słowa o dobru narodu, zawsze grabili i nie przepuszczali żadnej okazji do kradzieży – zaznacza Oleksy Kitliński.

Sam Julian Kitliński wkrótce po opisanych wydarzeniach ciężko się rozchorował. Początkowo był to tyfus, a ledwo wyzdrowiał, nabawił się zapalenia płuc. Choroby złamały jego potężny organizm i Julian w 1944 roku zmarł. Sprawę ojca kontynuował syn Oleksy. Początkowo pomagał dziadkowi Julianowi, aż z czasem został młynarzem.

W czasie II wojny światowej historia z „bolszewickim złotem” otrzymała niespodziewaną kontynuację. Na początku niemieckiej okupacji do Kupina weszły oddziały karne SS i ostatnią drogą dla ludności żydowskiej stała się droga przy młynie na cmentarz żydowski – tam ich rozstrzeliwano.

– Mój kuzyn, Michał, postanowił pomścić śmierć kolegi – wspomina pan Oleksy. – W tym czasie SS-manów w miasteczku już nie było. Zostało jedynie trzech wojskowych: starszy intendent, zbierający podatki, i dwóch żołnierzy w wieku przedemerytalnym. Jednemu z nich chłopak wykradł karabin. Wykraść się udało, ale jak się z nim obchodzić, chłopak nie wiedział i karabin wylądował w stawie.

– Niemcy szybko zorientowali się, kto był sprawcą kradzieży – ciągnie Oleksy Kitliński. – Michała pobili, ale broni nie odzyskali. Niemcy nie zdecydowali się zgłosić utraty broni – za to można było trafić na front wschodni.

Sprawę załatwiono polubownie. Oficer przyszedł do mojej babci i pogadał z nią. Pojechali do Dunajowiec na stację kolejową. Babcia miała ostatnie pięć złotych monet ze „złota partii”. Za te pieniądze zakupili od żołnierzy wyjeżdżających na front nowy karabin.

Przed wejściem sowietów Niemcy starali się wywieźć urządzenia młyna, ale zabrali tylko kilka części z turbiny, bez których już nie udało się uruchomić generatora. Ale młyn działał jeszcze ponad sto lat. Na początku 2000 roku ostatecznie złamała się turbina i nie sposób było ją naprawić. Po kilku latach złomiarze zabrali z urządzeń wszystkie mosiężne części. A było tego kilka cetnarów. Nie oszczędzili nawet tabliczki z napisem firmy-producenta urządzeń. Dziś można oglądać ją jedynie na starych fotografiach.

Ze szwajcarskich maszyn zostały tylko puste ramy.

Na przeciwległym końcu Kupina, na rzece Czarnowodce stoi jeszcze jeden stary młyn. Wygląda dość romantycznie, ale żadnych interesujących opowieści o jego losach nie udało się znaleźć.

Dmytro Poluchowycz
Tekst ukazał się w nr 13 (329) 16-29 lipca 2019

Fot. Dmytro Poluchowycz
{gallery}gallery/2019/mlyn{/gallery}

X