Wyspa Olchon, czyli raj dla fotografowania

Bo rzeczywiście tak jest – gdzie nie zerkniesz… od razu jakoś inaczej…

Niby step jak step, jest taki i w Kazachstanie, i na Krymie. Woda jak woda, otoczona wielkimi górami – widziałem to w Kirgistanie. A jednak, kiedy się gapiłem jak zamurowany na te krajobrazy, kiedy siedzę teraz i porządkuję fotografie, to odnoszę wrażenie, jakbym przez dwie doby przebywał w zupełnie innym świecie.

Bo cała ta wyspa jawi mi się jak jakaś wielka i przedziwna dekoracja do kręcenia jakiegoś przedziwnego filmu, filmu snu… Tu by się pewnie bardzo dobrze czuł Bruno Schulz, w tej jednocześnie dzikiej i somnambulicznej przyrodzie. I Hasior, i Jarek Koziara…

Takie oto mi się kłębiły myśli, kiedy godzinami siedziałem na kamieniach wysoko nad Bajkałem w towarzystwie innej wyspy, dużo mniejszej, aczkolwiek z dumnie wystającymi z wody spadzistymi i groźnymi skałami. Jak ciało jakiegoś śpiącego potwora, znudzonego i rozpieszczanego przez tysiące ptaków. Nigdy nie widziałem takiego opasłego cielska wystającego z wielkiej wody i całego w ptakach. Oczywiście mewy przekrzykiwały wszystkie inne ptaki. A te mewy białe i sporawe.

Jeszcze z promu, przewożącego na wyspę ludzi i samochody, sfotografowałem cypel Olchonu – jak tajemniczy okręt przybyszów z innej galaktyki, który setki lat temu utknął był w tej okolicy świata.

Wszystkie moje fotografie pochodzą prawie z tego samego miejsca – z wielkich kamieni, na których wygodnie można sobie posiedzieć, rozwalić się jak w fotelu. Fajne miejsce, bo siedziałem tak sam, taki okopany, a wszystko z górki świetnie widać, jedyne miejsce zresztą, gdzie działał mój telefon.

Działał tam telefon także takiej jednej dziewczyny, z fioletowymi włosami, z koleżanką i z pieskiem. Ani koleżanka, ani piesek, ani jej fioletowe włosy jakoś nie przypadły mi do gustu, do gustu przypadła mi zaś cała ta zaskakująca sytuacja – bo chyba sobie troszkę przysnąłem i wydawało mi się, że jestem już jedyną istotą na wyspie, która z ukrycia podgląda igraszki, miłosne pieszczoty potwora z ptakami. Zlazłem więc trochę z tych kamieni i szybciutko złamałem RODO, zrobiwszy pod zachód słońca trzy fotki.

No i obowiązkowo trzeba napisać słów kilka o tym, co wystaje z ziemi. O kamieniach trochę już było mowy; wszystkie w okolicy obfotografowałem, bo zawsze do kamieni odczuwałem jakiś przedziwny sentyment: są na wieczność samotne, a tylko wtajemniczeni wiedzą o tym, że w tej kosmicznej samotności… rosną. Rosną i w ziemi, i w wodzie, podczas kiedy ich bracia włóczą się w kosmosie, niewyżyte dzieci, aż dotrą do jakiejś wyspy i osiądą.

Z ziemi wystają tu i ówdzie drewniane słupy różnej wysokości, omotane kolorowymi szmatkami, rewelacyjnie wpompowane w scenografię Olchonu. Nie wiem, w jaki sposób modlą się wyznawcy szamanizmu… Nie dane było mi tego doświadczyć. Lecz gdyby nawet się pojawili ci ludzie wyspy, nie zakłóciłbym ich spokoju fotografowaniem.

Oczywiście te ślady tutejszych rytów są także dla mnie szalenie interesujące tak samo, jak dziwnie powykręcane drzewa. Niektóre już niby martwe, bo takie suche. Ale one żyją i jeszcze nad ziemią przeistaczają się w starszych braci – w kamienie.

To wszystko jest jedną wielką scenografią, a przecież to nie człowiek spowodował, że drzewa na Olchonie są takie dziwne. Dziwne tu i teraz, wiecznie.

I na koniec – udało mi się sfotografować górzysty zachodni brzeg Bajkału. Ten widok to istna baśń o tworzeniu świata.

Żebym nie zapomniał – dwa wschody i dwa zachody słońca. Pytałem wyspiarzy – tak, na Olchonie nie ma ani jednego takiego samego wschodu, ani takiego samego zachodu. Może i w mojej okolicy jest tak podobnie, tylko jakoś tego nie potrafię dojrzeć, w takiej krasie jak na Olchonie. Wyspa nauczycielka.

Krzysztof Sawicki
Tekst ukazał się w nr 13 (329) 16-29 lipca 2019

Fot. Krzysztof Sawicki
{gallery}gallery/2019/olchon{/gallery}

X