Ja nie tworzę wiekopomnych dzieł

Ja nie tworzę wiekopomnych dzieł

Wielu z nas ma głęboko zakodowane, iż nie należy stawać w czyjejś obronie, gdy nie jest się pewnym tego, że on uczyniłby dla nas to samo. Niestety, nie wszyscy tę wiedzę przyswajamy. Na przykład mój znajomy, nazwijmy go Jurij, mógłby rzucić się do gardła w obronie ludzi, którzy by palcem nie kiwnęli w jego sprawie. Choćby dlatego, że go nie znają.

Otóż siedzieliśmy sobie pewnego dnia przy kawie i, jak to we Lwowie bywa, temat rozmowy niepostrzeżenie ześlizgnął się na tak zwaną sztukę. Kulturę może należałoby powiedzieć, ale Jurij uparł się przy pierwszym z pojęć. Nieopatrznie ośmieliłam się w ferworze dyskusji zauważyć, że cenię sobie pisarza A.

– Dlaczego ty go lubisz?! – krzyknął znajomy – przecież to, co on pisze to nie jest sztuka! To jakieś… dziennikarstwo! – wypluł z siebie to słowo niczym największą obelgę.

Nie przeczuwając niczego złego, brnęłam w ten nonsens:
– Nawet, jeśli tak jest, to mi to odpowiada. On uważnie patrzy na świat i zawiera w swoich tekstach wiele cennych… – nie dane mi było dokończyć, gdyż Jurij zerwał się oburzony, opadł po chwili jednakże na krzesło, wyraźnie przekonany, że nawrócenie mnie jest cenniejsze, od efektownego wyjścia. – To, co Z. pisze, to sztuka, a to co A. to nic nie jest warte!

Głębia argumentu zbiła mnie z pantałyku – zwłaszcza, że była to cała jego treść. Autorytaryzm się to chyba nazywa. Znajomy, galopując w misji uświadamiania ignorantki zapomniał, że argumentacja typu „nie, bo nie” powyżej czwartego roku życia nie przystoi. A miał chyba z dziesięć razy więcej i usprawiedliwiania należałoby chyba tylko szukać w teorii, jakoby mężczyźni nigdy nie mieli dorastać.

Zaczął jeszcze mówić o tym, że on może każdemu pokazać czym jest sztuka, lecz ku mojemu rozczarowaniu na deklaracjach poprzestał i ani mu w głowie było coś więcej mi tłumaczyć. Możliwe, że uznał, żem niegodna. Coś bowiem usiłowałam dodać o subiektywnym odbiorze i o niedoskonałości ludzkiej formy, ale mój potencjalny nauczyciel oznajmił władczym tonem: – Nie chcę tego słuchać! Po czym obraził się, prawdopodobnie ze skutkiem śmiertelnym. Okazując mi głęboką pogardę, odszedł w strugach lwowskiego deszczu. Może i robiąc przy tym wrażenie romantycznej postaci, ale dziwnym trafem nie miałam ochoty przyglądać się temu przedstawieniu.

Spotkanie to okazało się porażką. Nie tyle tej znajomości, lecz kolejnego lwowskiego mitu. Zaczęłam poważnie niepokoić się, ile takich osób przekonanych o swej wyjątkowości i wszechwiedzy mieści jeszcze to miasto. Pewnie proporcje nie są znacząco odmienne od tego, co zaobserwować można w innych metropoliach, ale…

Lwów niewątpliwie może poszczycić się wielkimi ludźmi, jacy z nim byli, czy też są i dziś, związani. Ale obawiam się, że istnieje grupa jego mieszkańców utwierdzających samych siebie w przekonaniu o swej wyjątkowości i geniuszu, kto wie czy nie zasadzających się na podstawie, jaką jest fakt bycia obywatelem Lwowa. I solidnej, i kruchej zarazem.

Łatwo wykreować siebie na przykład na artystę. Nie rzemieślnika, ponieważ rzemiosłem się taki nie skala. Woli nie mieć w kieszeni nic, niźli nie stworzyć Dzieła. Przez D, nie d. Słownik artysty nie mieści nie tylko słowa „pokora”, ale i banalnego, acz pozwalającego niejednemu żyć, słowa „chałtura”. Łatwo przekonywać, że ktoś jest mistrzem światowej sławy i klasy. Nic to, że wystarczy odrobina znajomości tematu, aby „niepowtarzalne” i „odkrywcze” dzieła odnaleźć w dokonaniach kilku zachodnich twórców tej samej dziedziny, nota bene, znanych wcześniej, niż nasz artysta zakończył szkolną edukację.

Chwali się troska o zajęcie miejsca w panteonie sławy, lecz mierzi ignorancja. To dzięki niej lokalne talenty i talenciki wyrastają w wielu oczach na niedocenionych geniuszy, a stąd już prosta droga do rozgoryczenia i przekonania o fatum ciążącym nad miastem, w jakim przyszło im żyć. Artyści są tu wielcy, ponieważ mieszkają i tworzą we Lwowie. I niedoceniani, ponieważ mieszkają i tworzą właśnie tu. I może taka myśl panów jest tak naprawdę jedyną, z jaką mogę się zgodzić.

Nie podważam zasług miejscowych pisarzy, poetów, malarzy, rzeźbiarzy czy fotografów dla Lwowa. Ale nie potrafię przy tym zrozumieć, dlaczego chociażby Kijów ma zachwycać się kimś, kto dla niego nic nie zrobił. Kto de facto nie zrobił nic poza tym, że jest doskonałym rzemieślnikiem w swoim fachu, odżegnującym się od rzemieślnictwa. Fakt, że Lwowianin zna trzy języki nie jest tu niczym nadzwyczajnym. Rzekłabym, że to nawet dość częsta przypadłość. Nic też nie stoi na przeszkodzie, by ktoś był w jednej osobie literatem i malarzem – tacy też się zdarzają. Tyle, że to wciąż trochę za mało, by zostać współczesnym da Vincim. Nie tylko dlatego, że często przy bliższym poznaniu okazuje się, że i poezja niskiego lotu, i rym częstochowski, i obraz infantylny.

Lwów jest miastem zaiste specyficznym. Ma tę czarodziejską moc wyzwalania w człowieku umiejętności obserwacji, a następnie materializacji uczuć. Jednakże zbyt często staje się to pułapką dla miejscowych artystów wszelkiego autoramentu. Zachwyceni swoim miastem uwieczniają je z niezwykłą pasją, niekiedy też i mistrzostwem, lecz zbyt często zapominają przy tym o pewnym czarodziejskim terminie, jakim jest uniwersalizm.

Wielu z nas chce odbierać sztukę niosącą ze sobą treści zrozumiałe i w Charkowie, i Użhorodzie, i w Gdyni. Jeśli mamy czytać o lwowskim placu, niechże znajdzie się na nim coś, co będzie można odnaleźć i na Majdanie Niezależności, i Placu Piłsudskiego. Wbrew pozorom, życie toczące się pod różnymi szerokościami geograficznymi nie jest aż tak od siebie odmienne. Zmieniają się dekoracje, lecz nie tematy. Strach, nienawiść, miłość czy tęsknota nie zależą od murów, jakie nas otaczają. A często lwowscy artyści usiłują nas przekonać, że tak właśnie jest. Że to ten właśnie deszcz determinuje ból istnienia. A jeśli popada w Kaczej Wólce na pewno nikogo nie zaboli. 

Zgodzę się z tym, że utwory Z. są niezwykłe. Zgodzę i z tym, że A. pisze w sposób bez porównania prostszy niż Z. Jednakże to ta prostota właśnie zaważyła na tym, że A. znany jest w wielu krajach, a Z. – tylko we Lwowie. I nigdzie indziej. Zbyt często we Lwowie miejscowi artyści popadają w manierę udziwniania, przerysowywania rzeczywistości. Każdy chce być Schulzem i Herbertem zarazem, nie bacząc na to, że nie każdemu jest to dane. I że dzisiejszy świat woli nieco prostsze przekazy. I że nie da się na siłę zrozumieć wielkich słów, a kandydatów na przyszłych klasyków kochać i zachwycać się nimi.

A tak prywatnie, przy tym wszystkim boję się, że nie wypełniam dziejowej misji – nie tworzę Sztuki. Ciekawe, czy esej to jeszcze gorzej niż dziennikarstwo, czy wspinam się nieco wyżej…?

Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 13 (113) 15 – 28 lipca 2010

X