Gruzińska Czeczenia

Gruzińska Czeczenia

Ośmiomiesięczny pobyt w Gruzji i podróż dokoła Armenii wydał mi się pomysłem mało lotnym i bez „pazura”. Chyba dlatego w rozpaczy chwyciłam się ostatniej deski ratunku – na szybko wrzuciłam do plecaka parę „niezbędników” i stawiłam się w deszczowy poranek na dworcu Ortadżella, postanawiając w duchu, że tym razem będzie się działo!

Jak się okazało, że kiedy człowiek sobie już coś postanowi… Moim celem jest Pankisi. Dolina, położona na północny wschód od Tbilisi, niedaleko Dagestanu i Czeczenii.

 

To z racji swojego położenia w XIX wieku przybywają do wąwozu całe rzesze czeczeńskich uchodźców. W latach 90., w związku z wojnami czeczeńsko – rosyjskimi, napływa kolejna fala Czeczenów. Ze względu na tą ogromną diasporę, w Pankisi schronienie znajdują czeczeńscy bojownicy. Zresztą, w Tbilisi mówiło się, że separatyści do tej pory koczują tam w okolicznych górach, jednak niepodobieństwem jest rozmowa na ten temat z mieszkańcami doliny (można źle skończyć).

Po parogodzinnej podróży w przepełnionej wszelkiego rodzaju zapachami marszrutce, wychodzimy z Olką w Duisi. Teraz musimy pokombinować, bo dotarcie do Omalo w deszczowe, sobotnie południe nie jest tak proste jakby się mogło wydawać. A przecież jeszcze musimy załatwić sobie nocleg i obowiązkową przejażdżkę konną. W takich kryzysowych chwilach najlepiej skorzystać z usług miejscowego taksówkarza.

Moja koleżanka siada na przedzie, obok naszego guida, kierowcy i „party plannera”. W drodze do Omalo, Olka swoim łamanym rosyjskim stara się uzyskać potrzebne nam informacje, nie wtrącam się, bo dochodzę do wniosku, że może lepiej nie chwalić się dobrą znajomością tego języka w Gruzji, na dodatek w czeczeńskim wąwozie… Gdy już zbliżamy się do naszej miejscowości, kierowca ostro zawraca. Okazuje się, że wszyscy jego znajomi, którzy mogą dać nam schronienie na noc, zabawiają się w Duisi.

Zapach świeżego kinkhali, który nęci nas od progu baru, przypomina również o tym, że wciąż jesteśmy w Gruzji. Wrażenie to wkrótce ulega zmianie. Gdy mężczyźni zwracają się do nas z pytaniami o Tbilisi, mówią: „No i jak tam, w Gruzji, życie wygląda?”. Dlaczego piszę „mężczyźni”? Bo jest nas trzy. Nas, dziewczyn. Ja, Ola i kobieta od gotowania kinkhali. Na ulicy jedynie od czasu do czasu przebiegnie jakiś cień omotany w czarną chustę i długą spódnicę.

O ile jesteśmy „wyzwoloną” atrakcją, każdy z biesiadujących chce nas przyjąć pod swój dach. W końcu trafiamy do „gospodarza, co to pełną gębą” – i kury, i cielę, i parę pokoi z pierzynami. Bonusowo – 28-letnia gospodyni, która reaguje na każde mrugnięcie swojego ojca jak profesjonalny snajper. Wystarczy, że gospodarz wyciąga rękę w stronę papierosa, gdy Maka jest już przy nim z popielniczką i odpaloną zapalniczką.

Maka i jej ojciec, Aleks, uciekli z Czeczenii w czasie wojny z Rosją, rozpoczętej w 1996 roku. Jej matka i brat tam zostali. Nie widzieli się od kilkunastu lat. Tak było zaplanowane, chłopak zajmuje się matką, dziewczyna – ojcem. I zajmuje się całkiem nieźle, zajmowała się nim tak, że zapomniała o ukończeniu szkoły podstawowej. My bynajmniej na jej skrupulatność narzekać nie możemy. Nawet Krzysiek, który przyjeżdża dopiero po północy, załapuje się na suto nakryty stół (chyba nie muszę dodawać, że taksówka, nocleg, jedzenie i wino są za darmo). Godziny uciekają, butelki z winem i koniakiem również, a wraz z nimi pojawia się propozycja jazdy konnej u jednego z biesiadników.

X