Gorąco do samodzielnego myślenia namawiam

Bywa, kiedy spotykam się „na żywo” z czytelnikami moich felietonów, że niektórzy z nich zadają mi pytania: „Dlaczego tak piszesz? Opisujesz spory, ale nie stajesz po żadnej z ich stron. Piszesz o problemach, ale nie tak jak tego oczekujemy. Dlaczego nie wystawiasz jednoznacznych ocen? W Twoich tekstach jest zbyt wiele łagodności, za mało ostrych słów, zbyt wiele warunkowych twierdzeń. Dlaczego nie stawiasz spraw „na ostrzu noża”? Dlaczego komplikujesz?”. Korzystając z gościnności Kuriera Galicyjskiego, ten felieton poświęcę próbie wyjaśnienia, dlaczego „komplikuję” i dlaczego nie spełniam niektórych oczekiwań.

Mam nadzieję, że napisane poniżej nie zostanie przez czytelników odebrane jako kolejne „komplikowanie”, ględzenie, a co gorsza, jako próba postawienia się „ponad” czy „obok”. Jestem zwyczajnym człowiekiem – nic więcej. Wszystko poniższe jest tym w co wierzę, co uważam za słuszne i prawidłowe. Oczywiście TO SĄ MOJE przekonania i zasady i nikomu ich narzucać nie zamierzam, chociaż oczywiście cieszyć mnie będzie, jeśli ktoś uzna moje racje.

Prawda, że są słowa, sprawy i wydarzenia, które pozwalają oceniać się jednoznacznie, ostro i bez wątpliwości. Są sprawy jednoznacznie złe, są sprawy jednoznacznie dobre. Dopuszczalne i niedopuszczalne, przyjemne i wstrętne, kochane i nienawistne, czarne i białe… Są sprawy i zdarzenia, których oceny nie potrzebują szczególnej wiedzy, pogłębionych rozważań, ostrożności sądów. Co prawda, w ostatnich czasach do tego typu spraw, słów, zachowań i wydarzeń – ze względu na polityczną wygodę i ideologiczne zacietrzewienie – „przypisywane” są także takie sprawy, poddawanie których jednowymiarowej i „oczywistej” ocenie jest manipulacją i daje fałszywy wynik, ale to tylko uboczna uwaga i niezależnie od niej przyznaję – tak, wiele spraw daje się jednoznacznie ocenić! Tyle tylko, że ja… rzadko o takich sprawach piszę!

Może błądzę, ale uważam, że bez sensu jest pisanie o tym, co do czego i tak już wszyscy są przekonani, wszyscy wszystko wiedzą, nie mają żadnych wątpliwości. Więcej! Po cóż mi pisać i rozważać tematy, o których piszą inni? Piszą ostro, jednoznacznie, brutalnie nawet. Piszą, „polewając” napisane najróżnorodniejszymi „sosami” – partyjnymi, religijnymi, politycznie poprawnymi, lobbystycznymi, ideologicznymi itp. Jaka z tego korzyść, że włączę się albo do powtarzania ocen oczywistych, albo do takiego manipulowania ocenami, by sprawy niejednoznaczne i złożone były odbierane jako jednoznaczne i proste, i odwrotnie. Programy telewizyjne, audycje radiowe, portale internetowe, sieci społecznościowe są podobnego pełne i nie zamierzam ani z tym konkurować, ani się do tego – gwoli bycia „w nurcie” – przyłączać.

Często więc „biorę na warsztat” właśnie sprawy i dzieje, chociaż nieproste i niepoddające się oczywistym ocenom, za to warte tego by za nie się wziąć. Na marginesie – staram się też zwrócić uwagę na pewną asymetrię – nie wszystkie złożone sprawy są wielkimi, ale wszystkie wielkie są złożone. Może inaczej – nie tyle „biorę się” za sprawy skomplikowane, ile staram się zwrócić uwagę czytelników na to, że często rzeczy z pozoru niby oczywiste (także te z „obszaru” historii, kultury, ideologii…) wcale takimi oczywistymi i jednoznacznymi nie są. Po cóż to? Ano po to, by przed wystawieniem oceny problem maksymalnie zrozumieć, zgłębić jego zawiłości, wziąć pod uwagę jego wszystkie „plusy i minusy”. Dzisiaj oceny wystawiane są wszystkiemu, na każdym kroku i co chwilę. Oceny są ważne, oceny dominują. Ich trafność decyduje. Dlatego, przed ocenieniem problemu „oglądam go” z wielu stron, staram się zrozumieć różne jego aspekty (uwaga – „zrozumieć” wcale nie oznacza zaakceptować czy usprawiedliwić!), przewidzieć różne warianty. O tym piszę i stąd moje teksty, to nie płomienne wystąpienia „za” czy „przeciw”, a raczej historie intelektualnych śledztw lub materiały do przemyśleń.

Co najważniejsze, przy tej „obróbce” problemów ze wszystkich sił staram się uniknąć narzucania czytelnikom moich ocen i opinii. Dlatego, chociaż w mej niedoskonałości powyższe nie zawsze się udaje – powtarzam – nie tyle przedstawiam gotowe oceny, ile dostarczam „materiałów do przemyśleń”, które mogą posłużyć do formułowania WŁASNYCH ocen. Otóż to! WŁASNYCH OCEN! O tym, że takie są najcenniejsze (szczególnie dla ich autorów) przekonywać chyba czytelników nie muszę.

Tyle, że z tymi „własnymi ocenami” jest kilka problemów. Po pierwsze, wielu dawno już oduczyło się, a raczej zostało oduczonych, od samodzielnego myślenia i oceniania. Wyrocznią stała się ocena „autorytetu”, czyli ogłoszona „ex cathedra” oraz „wszem i wobec” przez polityka, eksperta, publicystę, dziennikarza, celebrytę (feminatywy – w domyśle). To uruchamia dwa mechanizmy – jeden wynika z lenistwa, drugi m.in. z zarozumialstwa. Ten pierwszy polega na tym, że po cóż komuś tracić czas i wysiłki czynić, aby samodzielnie coś zrozumieć i ocenić, skoro inny za niego już to zrobił?! Lenistwo… Drugi polega na tym, że politycy, eksperci, publicyści, dziennikarze i celebryci (z feminatywami – jak wyżej) „nie rozumieją” jak to głupi lud może się z ich genialnymi (i jedynie słusznymi) ocenami nie zgadzać i dlatego wszystkich swoich oponentów (często w sposób prostacki i chamski) od czci i od rozsądku odsądzają – to do formułowania własnych, niezależnych ocen zniechęca niebywale. Zarozumialstwo, samozakochanie, brak szacunku, nietolerancja, chamstwo, strach…

Pomimo powyższego – gorąco do samodzielnego myślenia namawiam i dlatego nie „gotowce” piszę i nie oczekuję, że ktoś będzie moje myśli powtarzał! O właśnie! To jest kolejny problem i „serwujący” gotowce go unikają. Otóż, kiedy przedstawi się nie gotową ocenę, a „materiały do przemyśleń” jedynie, nigdy nie można być pewnym, że czyjaś ocena (na podstawie „przemyślanych materiałów” zbudowana) będzie zgodna z oczekiwaniami tego, który „materiały” przedstawił! Dzisiaj, w dobie bezpardonowej politycznej walki, to wielkie niebezpieczeństwo!

Dlatego, z czym właśnie się nie godzę, z punktu widzenia politycznej korzyści wygodniej, bezpieczniej i korzystniej jest własną ocenę przedstawić, własną narzucić interpretację, a nie rzeczywistość obiektywnie opisać, nie pominąć niewygodnych, nie przerysować korzystnych aspektów i jeszcze do tego na zdrowy rozsądek odbiorcy liczyć! Dzisiaj jest to niewybaczalnym „błędem”! Dzisiaj należy ocenić, pomijając uzasadnienie oceny, a jeśli już trzeba coś wyjaśnić, wówczas należy niewygodne pominąć, a z wygodnym przesadzić – tak, by fakty pasowały do sądu, a nie sąd wynikał z faktów. Stąd mamy do czynienia ostatnio z „zalewem” czarno-białych obrazów i ocen, stąd absurdy. Stąd też niepopularność myślenia i oceniania poza nurtem politycznej poprawności, politycznych interesów i samozadowolenia.

Wśród błędów poznawczych jest jeden błąd szczególny, określany „efektem pollyanny”. To naturalna dla ludzi tendencja do myślenia o rzeczach w sposób przyjemny i poszukiwania pozytywnych aspektów w każdej sytuacji, przy jednoczesnym ignorowaniu aspektów przykrych lub nieprzyjemnych. W praktyce oznacza także to, że chętniej uznajemy za prawdę twierdzenia zgodne z naszymi przekonaniami i chętniej odrzucamy te niezgodne. Ta ułomność naszego myślenia często jest wykorzystywana przez różnych manipulatorów, którzy przy ocenianiu czegokolwiek (a dzisiaj każda ocena stała się elementem polityczno-ideologicznej walki) starają się schlebiać naszemu poszukiwaniu intelektualnej przyjemności, pomagając nam przy tym „zapomnieć” – jeśli to powiązane jest z koniecznością pamiętania o sprawach dla nas nieprzyjemnych, w tym tych burzących harmonię naszych przekonań – o uczciwości, obiektywizmie, rzetelności, logice, rozwadze, zasadach i o zdrowym rozsądku. W ten właśnie sposób rodzą się absurdalne oceny – historii, polityki, polityków, kultury, aferzystów, celebrytów, religii, ideologii… Dalekie od rzeczywistości i rozsądku, za to schlebiające, przyjemne i niby „logiczne”. Opisując sprawy, historie, problemy i zdarzenia, staram się wskazywać czytelnikom te ich fragmenty, w których ten mechanizm jest uruchamiany. Niestety – często to się dzieje…

O logice słów kilka – przyznaję, często o niej w moich felietonach wspominam. „Sęk” w tym, że jeśli chce się jakiś problem obiektywnie przedstawić, uczciwie ocenić, to nie sposób tego zrobić nie dochowując wierności logice. Tymczasem, w politycznej, bezpardonowej walce dni dzisiejszych, ta wierność zazwyczaj jest przeszkodą! Pozwolę sobie na złośliwość i (retorycznie) zapytam – cóżby robili wszelkiej maści manipulatorzy, spin-doktorzy, propagandyści i eksperci wszelacy, gdyby zmusić ich do dochowania wierności logice? Tylko kilka ich „chwytów” – przez logikę uznawanych za błędy – wymienię: sofizmat rozszerzenia, argument kija, ad hominem, ad populum, ad venitatem…

Tylko dwa (mało miejsca na to) mechanizmy opiszę – sofizmat rozszerzenia i uwydatnienie przypadkowego szczegółu. Wyobraźmy sobie taką wymyśloną sytuację – ktoś mówi „nie lubię ukraińskiego barszczu”. W odpowiedzi słyszy: „zawsze wiedziałem, że nie lubisz Ukraińców”. Typowy sofizmat rozszerzenia! Bez sensu? Bez sensu! Tyle, że wielu daje się na to nabrać! Inny – uwydatnienie przypadkowego szczegółu (fallacia accidentis). Ta sama sytuacja, to samo „oświadczenie” o barszczu. Inna odpowiedź: „a w jakim talerzu Ci ten barszcz podali?” – dalej, dyskusja o zastawie stołowej, czyli o czymś co nie nic wspólnego z pierwotnym problemem. Najkrócej – to „sprowadzenie dyskusji na manowce”. Piszę o tym często, bowiem w politycznie zdeterminowanych dyskusjach (o wielu sprawach) właśnie te mechanizmy są używane. Przecież dzisiaj zwycięstwo się liczy, a sposób jego „osiągnięcia” nie ma znaczenia! Jako, co naturalne, nie każdy czytał „Erystykę” Schopenhauera, dla wielu manipulacje „służące” temu „zwycięstwu” są niezauważalne. Więcej! Wydają się być rozumne i logiczne! Pisząc moje teksty staram się podobne „kwiatki” wskazywać i udowadniać ich bezsens, jednocześnie pozostawiając wyciągnięcie wniosków z faktu stosowania podobnych „numerów” czytającemu.

Pisząc i pozostawiając swobodę, liczę na uczciwość i rozsądek czytelnika. Liczę na dobre intencje. Liczę na to, że niezależnie od politycznych i ideologicznych uwarunkowań, chce on najpierw zrozumieć, a dopiero później oceniać. Liczę na to, że moje teksty, moje „materiały do przemyśleń” będą mu przy tym pomocne i dlatego piszę, tak jak piszę. Wszystkich, których nie satysfakcjonują moje teksty – na „pogłębioną dyskusję” do Drohobycza zapraszam! Przy „drohobyckiej kawie” (z solą!) posiedzimy, pogadamy, pooceniamy wspólnie – także o moich wierzeniach, przekonaniach i ocenach.

Artur Deska
Tekst ukazał się w nr 16 (356), 1 – 14 września 2020

X