Golem made in Russia

Opisując Rosję wielokrotnie odwołujemy się do wspomnień kolosa na glinianych nogach, jakim był Związek Radziecki.

Media przywołują tę metaforę pragnąc udowodnić, że Moskwa, choć pręży muskuły, w rzeczywistości balansuje na krawędzi klęski gospodarczej i politycznej i tym samym uspokajają europejskie społeczeństwa. Dają im nadzieję, że w przypadku eskalacji konfliktu uda się Rosjan pokonać na tyle sprawnie, by zdławić potencjalną wojnę w zarodku.

Ale może, szukając literackich przenośni, należałoby odwołać się do innej, również glinianej postaci? Wedle hebrajskich legend Golem jest istotą mającą ludzki kształt, ulepioną z gliny i mułu, w którą można tchnąć życie przy pomocy mistycznego tetragramu – zaklęcia, jakie sprawia, że posłusznie wypełnia on polecenia swego stwórcy. Bezwolny, pozbawiony rozumu, nie mogący płodzić potomstwa, posiada Golem nadludzką siłę i odporność. Nie sposób go zgładzić w tradycyjnej walce, choć nie jest przecież nieśmiertelny. Wystarczy usunąć literę z zaklęcia, które go ożywiło, lub trafić w czuły punkt na jego ciele, by rozsypał się w proch, z którego powstał.

Czy twór, nad którego powołaniem do życia wytrwale pracuje Władimir Putin, bardziej przypomina kolosa na glinianych nogach, czy stworzonego z gliny Golema? Można zakładać, że prezydent Rosji skłania się ku tej drugiej wersji. Szczególnie, jeśli przyjrzymy się dzisiejszej Rosji i Rosjanom – pasywnym, ogłupionym propagandowymi sloganami (i oby nie mogącym pozostawić po sobie już ideologicznej spuścizny), a jednak niewiarygodnie wprost pewnym swojej potęgi i możliwości oddziaływania na świat.

W magiczną formułę, jaką Putin ożywia swoje dzieło, wpisane są z całą pewnością dwa słowa: ropa i gaz. Gospodarka Rosji nie opiera się na eksporcie artykułów spożywczych, konfekcji czy towarów luksusowych, lecz surowców energetycznych i to ich ceny mają bezpośrednie przełożenie na stan rosyjskiej gospodarki. Zachód spodziewa się, że wpłynie na Rosję poprzez nakładane na nią sankcje, ale te uderzą w zwyczajnych obywateli, co nie znaczy – w państwo. To pokonać można tylko wymazując z zaklęcia czarodziejskie słowa. To one, kreując pozycję kraju, kształtują pozycję oligarchów, potentatów w tej dziedzinie. Mając tego świadomość należałoby zadać sobie pytanie na ile oligarchowie ci zależą od Kremla, a na ile Kreml zależy od nich, a odpowiedź na to pytanie jest kluczową dla zrozumienia fenomenu Golema.

Ostatnio na glinianym korpusie pojawiały się pierwsze rysy. Unia Europejska nałożyła sankcje na koncerny Rosnieft, Novatek i Gazprom Nieft, a pierwszy z nich już zdecydował się sprzedać część swoich udziałów w złożu Wankor na Syberii. Poszukiwanie gwarancji ciągłości dostaw w rozmowach z Polską czy Słowacją, gotowość obniżenia cen gazu dla Ukrainy, ustępstwa na rzecz Mołdawii czy zwrot w stronę Chin mogą wskazywać, iż kłopoty są większe, niż ich obraz w mediach.

Szczególnie zwraca uwagę desperacka wręcz próba zaskarbienia sobie chińskiej przychylności. Jak się wydaje, w dzisiejszej rozgrywce ten, komu uda się ją pozyskać, będzie mógł spać w miarę spokojnie. Putin liczył na to, że dwie odwieczne potęgi bez problemu znajdą nić porozumienia, a tymczasem Pekin dał mu przytyczka w nos i przypomniał, że jego historia jest dłuższa, tradycja bogatsza, a potęga większa i Moskwa nie jest partnerem, a petentem. Pokazał także, jaka przepaść mentalna dzieli Kraj Środka od państw europejskich. Podczas gdy polskie media akcentowały wagę szarmanckiego gestu Putina, jakim było podczas szczytu APEC okrycie pierwszej damy Chin Peng Liyuan ciepłym pledem, i ze strachem mówiły, że tym samym zaskarbił sobie jej przychylność (w domyśle: także jej małżonka), chińska cenzura już usuwała z przestrzeni medialnej wszelkie wzmianki na temat tego kompromitującego wydarzenia, a obywatele wyrażali swe oburzenie dla barbarzyńcy z Kremla. Z pozoru błahy gest przypomniał, że w dyplomacji i polityce nie ma gestów bez znaczenia i wskazał, gdzie jest dziś miejsce Rosji w relacjach z Chinami. Nie wspominając już o tym że stał się powodem obaw, jakie Polacy żywią względem Moskwy i każdego sygnału mogącego świadczyć o wzroście jej znaczenia na międzynarodowej arenie.

Marzenia o wspólnym gazociągu „Siła Syberii”, w którym Chińczycy mieli utopić 25 miliardów dolarów, stały się w chwili obecnej rosyjską kulą u nogi. Chińczycy bowiem pieniędzy odmówili. Ambitny projekt, biegnący przez niezamieszkałe obszary syberyjskiej tajgi, miał poprowadzić gaz na Daleki Wschód. Tymczasem może okazać się, że nawet, jeśli Gazprom wyasygnuje ogromne kwoty (w dużej mierze wyciągnięte z kieszeni obywateli poprzez zwiększony podatek od kopalin, pobierany de facto w cenach benzyny, a co za tym idzie wszelkich produktów), to po przecięciu wstęgi wieńczącej dzieło gaz będzie mógł płynąć co najwyżej w tę i z powrotem – bo nikt w Chinach nie zechce go kupić. A nawet, jeśli kupi, to za sumy, jakie wygodne będą dla Pekinu, nie Moskwy.

Czy będzie to porażka, na jaką Putin jest gotowy, czy da się ją przekuć w propagandowy sukces? Na ile już dziś liczą straty królowie rosyjskiego gazu i z jakim niepokojem patrzą w swoją przyszłość?

Ci, którzy stoją za wydobyciem i handlem gazem czy ropą naftową powiązani są bezpośrednio z osobą Putina. Można się zastanawiać, na jak długo starczy im cierpliwości, aby wspierać prezydencką politykę. Czy w obliczu pogarszającej się sytuacji, spadku cen na światowych rynkach i kryzysu mającego przełożenie na prywatne portfele okażą się lojalnymi towarzyszami Władimira Władimirowicza, czy zdecydują się uśmiercić Golema? Czy już trwa wyścig, kto pierwszy sięgnie po broń i na jaką skalę – Putin ratujący siebie, czy ci, którzy tracą na kryzysie?

A jeśli oligarchowie wybiorą ratowanie stanu swoich kont bankowych i poświęcą w imię mamony prezydenta, to czy ten odważy się, ratując swoją skórę, rozpętać kolejną wojnę? I to nie tylko polityczną wojnę z dotychczasowymi poplecznikami, ale wojnę na szerszą skalę niż ta prowadzona na wschodzie Ukrainy? Nie od dziś wiadomo, że działania zbrojne są motorem napędowym gospodarki. Przyparty do muru Putin może uznać, że nie ma już nic do stracenia i zdecyduje się wydać rozkazy ataku okrętom naruszającym wody przybrzeżne innych państw i samolotom niebezpiecznie zbliżającym się do ich przestrzeni powietrznej. Czy jest jednak pewien, jak w tej sytuacji zareagują wojsko i społeczeństwo? Wydają się być wytresowane na tyle skutecznie, że w atmosferze przywodzącej na myśl narkotyczny trans, rzucą się do walki – ale czy na pewno? Na ile ten obraz rosyjskiego społeczeństwa jest wytworem propagandy? Przecież patrząc zdroworozsądkowo nie jest możliwe, by wszyscy Rosjanie nie byli świadomi autodestrukcyjnych skutków miłości do Putina. Być może Putin wie o tym lepiej, niż Zachód i dlatego z uporem maniaka dba o to, by wciąż podsycać mit o Rosji, której nie sposób pojąć rozumem i o narodzie nie mającym analogii nigdzie na świecie.

Być może też dlatego prezydent Rosji szuka desperacko innego sposobu, by zamienić potencjalnie słaby punkt w zaklęciu trzymającym Golema przy życiu. Tym sposobem mogłoby być zalepienie pękających, pod wpływem spadku cen ropy i gazu, fragmentów, sojuszami z innymi państwami. Wspólne ćwiczenia wojskowe prowadzone w Serbii, Osetia Południowa z uporem godnym lepszej sprawy marząca o nawiązaniu stosunków dyplomatycznych z ukraińskimi samozwańczymi republikami, gazowe porozumienia z Mołdawią, spoglądanie w stronę Kazachstanu, wsparcie dla Syrii – państwa te są może nie wymarzonymi sojusznikami, ale zawsze jakimiś. Gdyby tak udało się jeszcze powtórzyć scenariusz ze wschodu Ukrainy w Estonii i przekonać Estończyków, że tak naprawdę są Rosjanami zagubionymi w kraju, który jest sztucznym tworem… Wówczas można by mówić o jedynym realnym zwycięstwie nad Unią Europejską i NATO.

Zbiór podejmowanych ostatnio przez Putina działań wskazuje na to, że ktoś znalazł słabe punkty w samym rosyjskim Golemie lub zaklęciu, jakie nim rządzi. Na razie stwór ten wciąż jeszcze żyje – porusza się ślepo posłuszny woli swego stwórcy i gotów jest zniszczyć wszystko, co stanie mu na drodze. Ale jak długo potrwa ten stan rzeczy? Kreml mówi, że wiecznie. Jednak czy powinniśmy wierzyć w propagandę?

Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 21 (217) za 18-27 listopada 2014

X