Fundacja Kościuszkowska wczoraj i dziś Marek Skulimowski, fot. z archiwum M. Skulimowskiego

Fundacja Kościuszkowska wczoraj i dziś

W przyszłym roku The Kosciuszko Foundation, największa polska Fundacja poza granicami Kraju z siedzibą w Nowym Jorku będzie obchodzić swoje stulecie. Założono ją w 1925 roku, w przededniu 150. rocznicy przystąpienia Tadeusza Kościuszki do amerykańskiej sprawy rewolucyjnej.

Na początku września br. z krótką wizytą we Lwowie i w obwodzie winnickim przebywał Prezes i Dyrektor Wykonawczy Fundacji Marek Skulimowski, który w rozmowie z Konstantym Czawagą udzielił też wywiadu dla Kuriera.

Panie Prezesie, jak powstała Fundacja i w jakim celu?

Fundacja Kościuszkowska została założona przez Stefana Mierzwę (Stefan Piotr Mierzwa, w USA zmienił na Stephen P. Mizwa) – ur. 12 listopada 1892 w Rakszawie, zm. 16 stycznia 1971 w Houston – red.) – polski ekonomista i publicysta mieszkający w USA, działacz polonijny, popularyzator historii, twórca Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku). Zmienił on nazwisko na Mizwa już będąc w Stanach Zjednoczonych. Pochodził z Podkarpacia, urodził się w Rakszawie pod Rzeszowem, ale do wyjazdu do Stanów mieszkał w Baszni koło Lubaczowa. Tam dzisiaj jest ulica Mierzwy i tablica pamiątkowa w szkole podstawowej. Kiedy zostałem prezesem i przeczytałem wspomnienia Mierzwy, to się zdziwiłem, bo moja rodzina od strony matki też pochodzi z Baszni –ja byłem tam ochrzczony– zupełny zbieg okoliczności. On wyjechał na początku XX w. do USA, pomógł mu w tym człowiek również pochodzący z Baszni, ówczesny burmistrz miasta Chicopee (Massachusetts) pan Stonina – chyba tak się nazywał. To był pierwszy polski burmistrz Chicopee. Mierzwa skończył uniwersytet w Harvardzie, zrobił doktorat, zaczął wykładać na jednym z uniwersytetów Stanów Zjednoczonych. By zdobyć wykształcenie w USA musiał po nocach pracować, brakowało mu pieniędzy, a wymogi na studiach były bardzo wysokie, więc później postanowił założyć komisję stypendialną, która powstała w 1922 r. Po trzech latach działalności tej komisji zdecydował się założyć fundację, którą nazwał Fundacją Kościuszkowską ze względu, że akurat 1925 rok zbiegał się ze 150. rocznicą przybycia Tadeusza Kościuszki do Stanów Zjednoczonych, a przekazy mówiły o tym, że on przybył do USA przez Nowy Jork. Otóż tak powstała Fundacja Kościuszkowska. Ta nazwa, jak wiele polskich nazwisk, jest bardzo trudna do wymówienia przez Amerykanów. Przekręcają na wszystkie sposoby (śmiech).

Misją Fundacji pogłębianie więzi pomiędzy Polska a Stanami Zjednoczonymi, co realizuje poprzez administrowanie szeregiem programów naukowo-edukacyjnych, wymian kulturalno-naukowych oraz poprzez promocje polskiej kultury i polskich artystów w Stanach Zjednoczonych. Co roku przeznaczamy ponad 1.5 miliona dolarów na granty badawcze i stypendia dla naukowców, studentów i artystów, Polaków i Amerykanów polskiego pochodzenia. Stypendystami Fundacji byli m.in.: artystka Magdalena Abakanowicz, prof. Leszek Balcerowicz, prof. Norman Davies, czy reżyser Juliusz Machulski.

Oczywiście, na początku było bardzo trudno, bo trzeba pamiętać, że lata 20. to były lata, kiedy następowała demobilizacja polonii amerykańskiej, bo jednak dużo pieniędzy zbierało się na czas pierwszej wojny światowej, na niepodległość Rzeczpospolitej i wtedy nikt szczególnie nie myślał, że edukacja jest czymś istotnym. Ale Mierzwa jednak się uparł, fundację oparł głównie na Amerykanach, co jest bardzo ciekawe. W radzie Fundacji oprócz znanych biznesmenów – jeden z nich nawet był właścicielem fabryki lokomotyw, w tym czasie to był ogromny biznes. Był też pilot – dowódca legionu amerykańskiego Eskadry Kościuszkowskiej, który walczył w bitwie z sowietami pod Lwowem w 1920 r. pułkownik Cedric Fauntleroy. Wtedy to był bardzo zasłużony człowiek w USA. Otóż Mierzwa, żeby fundację rozwinąć, oparł ją na Amerykanach i na znanych osobach z polskiego środowiska. W 1926 roku wysłał pierwszą grupę studentów amerykańskich do Polski na Uniwersytet Jagielloński. Właściwie cała działalność opierała się na wymianie. Misją Fundacji była wymiana edukacyjno-kulturalna między Stanami a Polską.

Nie było łatwo w międzywojniu. Były już pewne środki zebrane. Gdy wybuchła wojna i sowieci zajęli wschodnią część Rzeczypospolitej, zaczęły się w stanach składki, żeby pomagać polskim profesorom, którzy zostali relegowani z uczelni. Znalazłem dokument z 1940-41 r., żeby przekazać fundusze do Lwowa i do Wilna. To były pieniądze na przetrwanie. Oni byli bez pracy, ale kilku udało się zaprosić do USA. Sporo wtedy wyjechało osób z Polski – zawsze wojna doprowadza do tego, że ludzie uciekają, a Fundacja chciała dopomóc wybitnym naukowcom.

Po wojnie wydawało się, że będzie nowe otwarcie z Polską, będzie szansa na współpracę, ale komuniści zamknęli dla nas Polskę. W tym okresie jedyne co mogliśmy zrobić to wysyłać książki do bibliotek. Nie było żadnej wymiany – ani Amerykanie nie mogli do Polski przyjechać, nie mogliśmy też zapraszać Polaków do USA, więc to absolutnie zamarło.

Na ten czas Fundacja na tyle dobrze się miała, że Mierzwa podjął bardzo dobrą decyzję, żeby kupić budynek w Nowym Jorku. Nie chciał kupować w polskiej dzielnicy, bo chodziło o to, by promować polską kulturę, polską historię wśród Amerykanów, mówić o Polsce, do której nie można było dojechać. Taka była intencja. Kupił budynek w typowej części, teraz to bardzo ekskluzywna dzielnica na Manhattanie, niedaleko od Parku Centralnego. Oglądał ponad sto budynków, wynegocjował sumę z właścicielką – ona chciała bodajże 240 tys. dolarów. Podaję to jako anegdotę – tak z nią negocjował, że ostatecznie ona zeszła do 80 tys. i jeszcze wypisała mu czek na 16 tys. na spłatę hipoteki. Hipotekę spłaciliśmy już sześć lat później, w 1951 roku. W Stanach jest taka tradycja, że spala się dokumenty hipoteczne, kiedy ktoś staje się nowym właścicielem. Więc na balu fundacji, które organizujemy od 1928 roku – a na pierwszym balu gościem honorowym był Paderewski – na kolejnym balu w 1951 r. nastąpiło to uroczyste spalenie dokumentów hipotecznych.

Momentem zwrotnym był koniec lat 60. – początek 70. Następowała w Polsce odwilż i zaczęliśmy zapraszać artystów z Polski. Fundacja wtedy była oskarżana o to, że z komunistami współpracuje. Ale uważaliśmy, że trzeba pokazać tym ludziom wolny świat. Żeby nie budzić wątpliwości, najprościej było zapraszać ludzi kultury. Przy okazji mieliśmy promocję kultury polskiej w Stanach Zjednoczonych.

Z wybitnych osób odwiedzili nas malarze Marian Opałka, Franciszek Starowiejski, Jan Dąbkowski, Leon Tarasewicz. Około 40 osób nas odwiedziło w tamtych latach. Później państwo polskie zaczęło się bardziej otwierać, pod koniec lat 70. zaczęliśmy zapraszać naukowców z różnych dziedzin. Jednym z pierwszych naszych stypendystów w połowie lat 70. był Leszek Balcerowicz. Później przez lata było wielu ludzi. W tym programie zapraszamy od 30 do 40 naukowców z Polski co roku.

Skąd fundacja bierze środki na te stypendia?

Zbieramy pieniądze od dobrych ludzi.

Tylko od Polonii?

Nie, różnie. Ale zawsze ważne są korzenie polskie. To niekoniecznie są osoby, które świeżo przyjechały do USA, bo jednak w tym pierwszym pokoleniu, kiedy się przyjeżdża, ludzie są na dorobku, więc nie są bardzo chętni pieniędzmi się dzielić, bo jeszcze czują się w niepewności w obcym kraju, chcą zabezpieczyć własne dzieci, kupić dom. Ale już drugie, trzecie, czy czwarte pokolenie dużo bardziej jest skłonne wspierać cele charytatywne. Wiele osób nie rozmawia już po polsku. Ale to nie ma znaczenia. W USA większość fundacji opiera się o datki osób prywatnych, jest dużo rozwiązań prawnych, które do tego nakłaniają. Ludzie mają preferencje podatkowe różnego rodzaju, zwolnienia podatkowe z tym związane, można zapisy testamentowe zostawić. W ten sposób dostajemy środki na działalność.

Jaka jest współczesna Polonia w Stanach w porównaniu z tą Polonią, kiedy istniały jeszcze dzielnice polskie?

Tak zwane polskie dzielnice niektórzy nazywali brutalnie „polskie getta”, powstawały dlatego, że przyjeżdżający z kraju rodacy, wiadomo, nie znając języka chcieli mieszkać blisko swoich, gdzie były swoje sklepy, kościół, sobotnia szkoła dla dzieci, tzw. agencje, przez które załatwiali wiele spraw, które sami w urzędach amerykańskich nie byli w stanie załatwić. Życie tam się toczyło. To wszystko skończyło się wraz z wejściem Polski do Unii Europejskiej w 2004. Wtedy skończyła się emigracja polska, emigracja, która falami trwała praktycznie od połowy XIX w. Głównie z Galicji wyjeżdżali, bo tam była bieda. To był moment, kiedy emigracja zaczęła spadać i ten dopływ „świeżej krwi” ubywał. Zaczęły wyludniać się polskie dzielnice, ponieważ naturalną cechą emigranta jest dążenieaby sobie poprawić życie. Jak się dorabia, to kupuje dom w lepszej dzielnicy, dzieci wysyła do lepszych szkół. Wyjeżdżali, ale też do 2004 roku jeszcze przyjeżdżali nowi, cały czas polskie dzielnicetętniły życiem. W tej chwili już Jackowa w Chicago nie ma, Greenpoint w Nowym Jorku, powiedzmy, już na wykończeniu. W zasadzie jak się kończy termin wynajmu na sklep, to sklep przestaje istnieć i widzimy co raz mniej tych polskich sklepów czy restauracji, tych polskich symboli. Kościoły zamykają się, niektóre przejmują inni katolicy, na przykład Latynosi. Inne po prostu zostają puste i są licytowane np. na cele mieszkaniowe.

Czy są tam teraz osoby z Ukrainy?

Ja nie spotkałem. Do Kanady wyjeżdżają. Na ogół Ukraińcy połączenie mają większe w Kanadzie. Moja rodzina wyjechała z Galicji na przełomie XIX-XX w. do Saskatchewan. Widziałem dokumenty, zostali zakwalifikowani jako Ukraińcy. W kanadyjskim porcie w Halifax urzędnik emigracyjny pytał: skąd jedziesz? Z Galicji. No to Ukrainiec. Tam było tylu Ukraińców, że dla Kanadyjczyka wszyscy z Galicji byli Ukraińcami. Rzymskokatolickich kościołów wtedy w Saskatchewan niewiele było, więc rodzina należała do grekokatolickiej parafii.

Wiem, że od lutego 2022 r. pewna liczba Ukraińców przyjechała do USA w pomocowym programie United for Ukraine, ale to nie są takie liczby jak do Kanady, gdzie parę miesięcy temu widziałem informację, że wniosków imigracyjnych złożonych było ponad milion, połowa już była rozpatrzona pozytywnie. Nie wiem ilu dojechało. Ten program chyba do marca tego roku działał w Kanadzie. Kanada jest krajem emigrantów, a diaspora ukraińska jest tam niezwykle silna, więc naturalnie kolejni imigranci jadą właśnie tam, gdzie niejednokrotnie mają już rodzinę lub przyjaciół. Ja niestety nie sądzę, że większość tych ludzi kiedykolwiek wróci do Ukrainy. Kanada to dobrze zorganizowany kraj imigracyjny, a zatem jest mnóstwo darmowych programów (np. nauka języka), które pozwalają szybko osiedlić się i zorganizować sobie życie na dobrym poziomie. Dlatego wiele osób woli jechać do Kanady, bo wiele rzeczy jest zapewnionych, czego nie ma w Stanach Zjednoczonych.

Czym Fundacja zajmuje się teraz?

Głównie działalnością stypendialną. Ofiarujemy pieniądze na stypendia dla dzieci zarówno polskich, jak i z rodzin polonijnych na studia w Stanach Zjednoczonych. Następnym programem jest wymiana Polski z USA i to jest nasz największy program, na niego wydajemy 600 tys. dol. rocznie. Trwa taki program od trzech do sześciu miesięcy dla praktykujących naukowców związanych z uczelnią. Dla obywateli ukraińskich warunkiem jest by ta osoba posiadała Kartę Polaka. Dajemy 4 tys. dol. miesięcznie na pokrycie kosztów pobytu w USA. Oczywiście, wymagana jest bardzo dobra znajomość języka angielskiego. Cała procedura rekrutacyjna odbywa się po angielsku. Właśnie trwa nabór, aplikować można jeszcze do połowy listopada.

Czy ofiarodawcy wpłacając pieniądze do Fundacji mają jakieś szczególne życzenia?

Jak ktoś chce przekazać nam fundusze, spisujemy z nim umowę, zakładamy fundusz stypendialny, na przykład skierowany do studentów medycyny. Tak, jak najbardziej, mamy sporo tak zwanych restrykcyjnych funduszy. I oczywiście, my bezwzględnie wypełniamy życzenia naszych darczyńców – na tym polega budowanie zaufania. Mamy co roku audyt, który sprawdza czy właściwie wykorzystujemy środki. Musimy dokładnie pilnować, czy fundusz jest wykorzystywany zgodnie z zapisaną restrykcją, czy kandydaci spełniają wymogi.

Wiem, że po wybuchu wojny na Ukrainie Pan zaangażował się w pomoc uchodźcom.

Pochodzę z terenów przygranicznych, z Lubaczowa. Kiedy nastąpiła rosyjska inwazja na Ukrainę akurat byłem w Polsce. Pojechałem na granicę i z Fundacją Folkowisko szybko zorganizowaliśmy podstawową pomoc. Rąk chętnych do pracy wtedy było bardzo dużo. W USA zajęliśmy tym co potrafimy robić najlepiej – zbierać pieniądze. Do dziś udało się nam uzbierać około 2 mln dolarów na pomoc uchodźcom. Nie jest to naszą misją, ale jak jest wojna to nie zastanawiamy się czy fundacja powinna się tym zajmować, czy biernie się ludzkiej tragedii przyglądać. Skoro zajmujemy się edukacją, to znaczną część pieniędzy zdecydowaliśmy przeznaczyć na wspieranie ukraińskich naukowców. Nie wiedzieliśmy przez pierwsze miesiące w którą stronę ta wojna pójdzie. Dużo ludzi uciekło i nie miało środków do życia w Polsce, więc staraliśmy się dawać takie granty, które pozwalały na zagospodarowanie, nawiązanie kontaktu z polskimi uczelniami, zaczęliśmy zapraszać ukraińskie dzieci na obozy językowe każdego lata w Polsce. Jednym z naszych programów jest nauczanie języka angielskiego, zapraszamy amerykańskich nauczycieli w czasie wakacji do Polski. Jest to program, który prowadzimy od 33 lat, a w 2022 roku do dzieci polskich dołączyliśmy dzieci ukraińskie. Przy okazji nauki języka angielskiego razem uczą się, bawią oraz dowiadują się o sobie. W tym roku mieliśmy dziewięć obozów w całej Polsce – m.in. w Zakopanem, w Cieszanowie, Baszni i Rakszawie. Basznia i Rakszawa są związane z Mierzwą, jest w tym pewna symbolika. Były też obozy na Mazurach.

Marek Skulimowski i Marcin Piotrowski, fot. z archiwum M. Skulimowskiego

Proszę jeszcze opowiedzieć o współpracy z Fundacją Folkowisko.

Założyciela Fundacji Folkowisko Marcina Piotrowskiego znałem dużo wcześniej. On zawsze prowadził działalność, która na przestrzeni pogranicza ma jednoczyć grupy etniczne, zakładając, że historia też nas łączy. Marcin prowadził fenomenalną działalność w odbudowywaniu zaufania, abyśmy nawzajem się poznawali – ukraińską kulturę propagował w Polsce, polską wśród Ukraińców. Wojna jakby to wszystko zatrzymała. Marcin jak każdy tego dnia w ciągu pierwszych godzin pojawił się na granicy aby pomagać. A że jest człowiekiem z ogromnym doświadczeniem organizacyjnym szybko pomoc zamienił na skoordynowane działania długoterminowe, skutecznie identyfikował dynamicznie zmieniające się potrzeby i docierał tam, gdzie były największe potrzeby. Zasugerowałem mu, aby oprócz stowarzyszenia kulturalnego założył fundację charytatywną. Zbieraliśmy pieniądze w USA i zaczęliśmy wspierać Fundację Humanitarna Folkowisko, która non-stop do dzisiaj prowadzi działalność pomocowa w Ukrainie i wśród uchodźców w Polsce. Nie mogłem osobiście tutaj być czy wysyłać ludzi, ale mogłem wesprzeć środkami finansowymi wspaniała działalność Folkowiska i nie tylko. Wiadomo – na początku to była pomoc humanitarna, potem zaczęliśmy edukacyjno-terapeutyczne rzeczy robić. W tym roku zorganizowaliśmy siedem obozów dla dzieci, które straciły jednego z rodziców w działaniach wojennych. Około 300 dzieci przebywało na dziesięciodniowych terapeutycznych obozach, z psychologami.

Obecna wojna to tragedia naszych czasów, pokolenia które wojny nie zaznało, ale z dnia na dzień stało się świadkami wydarzeń znanych z opisów i relacji rodziców lub dziadków. To dopiero brutalna rosyjska inwazja, zbliżyła zwaśnionych sąsiadów. Przez wspólne programy lepiej się poznajemy oraz rozumiemy, a to ma ogromny wpływ przełamywanie istniejących stereotypów i uprzedzeń. Wierzę, że takie programy będą nas zbliżać. To nie będzie łatwy proces, ciągle są napięcia między krajami, ale napięcia są zawsze między sąsiadami, zwłaszcza na pograniczu, gdzie dochodziło do bratobójczych walk, a nawet wojen. Mamy napięcia z Niemcami, czy z Czechami, ale niech to będą zwykle różnice interesów politycznych czy gospodarczych, które zawsze będą istnieć nawet pomiędzy sojusznikami. Gdziekolwiek się obecna wojna zatrzyma. Gdziekolwiek będzie wschodnia granica ukraińsko-rosyjska, wierzę, że Ukraina stanie się częścią wspólnoty europejskiej, a z czasem zniknie granica, która nas w dalszym ciągu jeszcze dzieli, i jest miejscem upokorzeń dla wszystkich. Przyjeżdżałbym częściej, ale jak mam wizję spędzenia na granicy kilka godzin i oglądać jak mało profesjonalnie zachowują się niektórzy pogranicznicy i celnicy to niedobrze mi się robi. Między Kanadą i USA jest granica, w tym celna, i jakoś można sprawnie ją przekraczać, bez upokorzeń i chamskich komentarzy.

Na pewno musi dokończyć się proces pojednania jak to zrobili Niemcy z Francją. Nasza wspólna historia polsko-ukraińska jest bardzo trudna i wymaga szczerości, szczególnie w kwestiach najtrudniejszych zdarzeń takich jak Rzeź Wołyńska czy Akcja Wisła (dodam, że nie próbuje tutaj stawiać znaku równości). Każdy mord niewinnych ludzi powinien być napiętnowany i upamiętniony, czy był z rąk Ukraińców czy Polaków. Moralnym obowiązkiem jest zapewnić właściwy pochówek, bez próby politycznego „handlu”. Dlatego nie rozumiem, stanowiska władz ukraińskich powstrzymujących się przed zwykłym ludzkim gestem, jakim jest zapewnienie Polaków, że sprawa jest priorytetem i ofiary będą godnie pochowane tak szybko, jak prace ekshumacyjne można bezpiecznie przeprowadzić. Tak samo powinna odpowiedzieć strona polska w kwestii wielu zapomnianych ofiar ukraińskich czy zniszczonych miejsc pamięci w Polsce.

Ja od 23 lat mieszkam w USA i z podziwem dostrzegam, że Amerykanów cechuje chłodna kalkulacja i pragmatyzm w relacjach międzynarodowych, na co często narzekamy, szczególnie teraz w czasie wojny. A u Słowian – Polaków, Ukraińców – wszędzie muszą być emocje, które bardzo łatwo jest je rozgrzać, szczególnie przy skutecznej „pomocy” Rosjan.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konstanty Czawaga

Info: Marek Skulimowski urodzony w Lubaczowie na Podkarpaciu w 1970 roku. Ukończył Wydział Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego. Do 2001 roku był nauczycielem języka angielskiego w Lubaczowie i wykładowcą w Kolegium Języków Obcych w Jarosławiu W latach 2001 – 2011 pracował jako polski dyplomata: dwukrotnie był konsulem, w tym zastępcą konsula generalnego RP w Nowym Jorku, oraz pełnił funkcję radcy w Ambasadzie Rzeczypospolitej Polskiej w Tel Awiwie.
W latach 2011-2016 był dyrektorem operacji amerykańskiej firmy INGLOT Cosmetics. Od grudnia 2016 roku jest Prezesem i Dyrektorem Wykonawczym Fundacji Kościuszkowskiej.

Przez całe życie pracuje jako reporter, jest podróżnikiem i poszukiwaczem ciekawych osobowości do reportaży i wywiadów. Skupiony głównie na tematach związanych z relacjami polsko-ukraińskimi i życiem religijnym. Zamiłowany w Huculszczyźnie i Bukowinie, gdzie ładuje swoje akumulatory.

X