Domy Polskie to moja specjalność

Domy Polskie to moja specjalność Fot. archiwum Kuriera Galicyjskiego

Z Jarosławem Drozdem, ambasadorem tytularnym i konsulem generalnym RP we Lwowie, na kilka dni przed zakończeniem jego misji dyplomatycznej rozmawiał Mirosław Rowicki.

Jak może Pan podsumować swoją kadencję we Lwowie?
Cztery lata to sporo czasu, ale strzeliło „jak z bicza” i dziś (8.11.2015 – red) odbyła się bardzo przyjemna uroczystość – msza św. we lwowskiej Katedrze w intencji zakończenia mojej misji dyplomatycznej. W homilii kapłan powiedział, że nie ma czasu zmarnowanego, a każdy czas trzeba umiejętnie i z korzyścią spożytkować. Muszę powiedzieć, że te cztery lata były dla mnie bardzo intensywne. Gdy przyjechałem do Lwowa, warunki były dramatyczne. Mieliśmy wprawdzie nowy, piękny budynek konsulatu, ale przed nim stała dwutysięczna kolejka po wizy. Po kilku dniach automatyczne drzwi uszkodziły rękę kobiecie stojącej w kolejce. Ten widok był dla mnie trudny i deprymujący. Dzisiaj mogę powiedzieć, że system przyjmowania wniosków wizowych i wydawania wiz został w czasie mojego pobytu we Lwowie sensownie zorganizowany. Dzięki temu, w ciągu czterech lat wydaliśmy ponad 1 mln 300 tys. wiz. Jest to olbrzymia ilość wniosków, decyzji, klientów. Wydaliśmy około 16 tys. Kart Polaka i ponad 100 tys. zezwoleń na przekraczanie granicy w ramach Małego Ruchu Granicznego. Są to tylko dane statystyczne, dotyczące ilości decyzji konsularnych. Natomiast najważniejszym jest to, co udało się zrobić w sferze kulturalno-społecznej. Nasz konsulat był w stanie zorganizować w ciągu 4 lat setki różnego rodzaju imprez. Statystycznie co drugi-trzeci dzień odbywała się jakaś impreza. Niektóre rozrosły się i obecnie ich wymiar jest bardzo duży. Mam na myśli Forum Partnerstwa – imprezę odbywającą się każdej jesieni, a będącą de facto forum polskich miast partnerskich Lwowa i polskich partnerów obwodu lwowskiego. Ostatnio na Forum przyjechało 13 delegacji z Polski. Każda z delegacji przywiozła swój element programu merytorycznego i programu kulturalnego. Przez wrześniowy tydzień trwała we Lwowie prezentacja polskiej kultury połączona z odbywającym się równolegle we Lwowie III Festiwalem Kultury Partnerstwa Wschodniego.

Największą chyba polską imprezą kulturalną na Ukrainie jest Przegląd Najnowszych Filmów Polskich „Pod Wysokim Zamkiem”, który organizowany jest również od czterech lat. Co roku pokazujemy 20-30 nowych filmów polskich. Jest to wielka zasługa naszych konsulów. Trzeba tu wymienić konsula Jacka Żura, który, jako bardzo sprawny menadżer, umiał zadbać o możliwość pokazania najnowszych filmów. Nie można po raz kolejny pokazywać we Lwowie „Faraona”, ale trzeba prezentować to, co jest nowe, aktualne i świeże. Przecież polskie kino bardzo dobrze się ostatnio rozwija.

Bardzo dużo miejsca w pracy konsulatu poświęciliśmy sprawom wspierania Polaków i polskich organizacji na terenie lwowskiego okręgu konsularnego. To nie tylko starania wokół powstania Domu Polskiego we Lwowie, ale także powstanie Centrum Kultury Polskiej i Dialogu Europejskiego w Iwano-Frankiwsku (d. Stanisławowie), wspieranie setek przedsięwzięć i aktywności polskich środowisk, troska o polskie miejsca pamięci i martyrologii.

Przeżyliśmy też we Lwowie pierwszą w historii polskiej dyplomacji ocenę (ewaluację) polskiego konsulatu, dokonaną przez Unię Europejską. Unijna komisja oceniała nasz proces organizowania przyjmowania wniosków wizowych, wydawania wiz, sposób traktowania klienta itd. Była to pierwsza tego typu ocena polskiej placówki dyplomatycznej dokonywana przez Unię. Przeżyliśmy ewaluację we Lwowie w marcu 2013 roku uzyskując wynik pozytywny. Było to dla nas radością i ciekawym doświadczeniem.

Pana kadencja wypadła na okres dość ciężki dla Ukrainy, okres wojny. Jakie miało to przełożenie na pana pracę w konsulacie?
Muszę powiedzieć, że mam takie szczęście, że na każdej placówce, gdzie jestem, przeżywamy coś ciekawego w stosunkach międzynarodowych czy wewnętrznych. Na Ukrainie przeżyliśmy rewolucję zapoczątkowaną Majdanem w Kijowie. Rewolucję, która zakończyła się ostrą reakcją rosyjską, włącznie z wojskowym wsparciem separatystów na terenie wschodniej Ukrainy. Jak by nie określać strefy działań antyterrorystycznych, mamy w niej do czynienia z konfliktem zbrojnym. To jest oczywiste. Widoczne jest to chociażby na cmentarzach we Lwowie, dokąd przywożone są zwłoki żołnierzy ukraińskich, którzy zginęli i są tu chowani.

Dla mnie najbardziej dramatycznym momentem była sytuacja, kiedy w nocy z 18 na 19 lutego 2014 roku przyszedł sygnał z miasta, że tłum młodych ludzi zdobywa i po części niszczy obiekty państwowe: budynek administracji obwodowej, komendy rejonowe milicji, siedzibę SBU, wojewódzką prokuraturę, sądy rejonowe, jednostki milicyjne itd. Rano 19 lutego objechałem miasto i obejrzałem te obiekty. Muszę powiedzieć, że widok kilkunastu gmachów poniszczonych, częściowo spalonych, wyrzuconych sprzętów, połamanych sejfów i komputerów sprawiał złe wrażenie. Tym bardziej, że przedstawiciele „służb” zapowiedzieli, że następnym obiektem może być polski konsulat. Powiedziano nam, że intryga będzie dopiero wtedy, gdy spalą Polaków, bo ma to być sygnał i argument dla sąsiada na Wschodzie, że Ukraina nie może zapewnić bezpieczeństwa i opanować sytuacji w obwodzie lwowskim. Dzięki pomocy środowisk społecznych i wolontariuszy, w ciągu sześciu godzin zorganizowaliśmy wartę ochotnicza. Ponad 20 wolontariuszy przez prawie miesiąc stało co noc wokół Konsulatu RP. Pilnowali sytuacji i w ciągu 15 minut byli zdolni zwołać kolejne 200 osób do obrony.

Wtedy Lwów pokazał, że ma ogromną zdolność społecznego organizowania się – w ciągu 6-8 godzin wystawiono do 1,5 tys. straży obywatelskiej, która pilnowała miasta, organizowała patrole. Miasto zostało poddane społecznej kontroli. Jak twierdzą miejscowi analitycy – o jedną trzecią spadła wtedy przestępczość w mieście. Obecność społecznych patroli utrzymała wtedy miasto w spokoju. Bardzo duży ciężar w tych dniach wzięły na siebie władze miasta, mer Andrij Sadowyj, ale również Rada Obwodowa z jej przewodniczącym Petrem Kołodijem, społeczni działacze np. Walera Weremczuk i inni.

Fot. archiwum Kuriera Galicyjskiego

Przed kilkoma dniami wmurowano kamień węgielny pod Dom Polski we Lwowie. I jest to chyba właściwe ukoronowanie Pana misji we Lwowie.
Dom Polski we Lwowie to trudny i skomplikowany problem. Miałem trochę doświadczenia z Domem Polskim w St. Petersburgu, gdzie byłem konsulem generalnym. Tam sprawę udało się załatwić w ciągu półtora roku. Można różnie oceniać rosyjskie władze i rosyjskie struktury państwowe, ale decyzję podjęto, nabrała ona tempa i została zrealizowana. W St. Petersburgu Dom Polski otwieraliśmy też po pewnych kłopotach, ale udało nam się zrobić bardzo fajną rzecz, bo matką chrzestną tego Domu Polskiego była śp. Maria Kaczyńska, żona prezydenta RP. Towarzyszyła jej Ludmiła Putina, ówczesna żona prezydenta Rosji.

We Lwowie przeżywaliśmy to trochę inaczej: z zasobów Ministerstwa Obrony Ukrainy uzyskaliśmy najpierw jeden spory budynek, następnie kolejne dwa małe, a na koniec całą działkę. Była to bardzo skomplikowana droga, bo najpierw Ministerstwo Obrony musiało te nieruchomości przekazać Radzie Ministrów, a ta z kolei – miastu Lwów. Miasto musiało najpierw ten majątek przejąć, a następnie przekazać polskiej społeczności. Było około 20 głosowań w Radzie Miasta. Ciągnęło się to długo, bo praktycznie cały 2014 rok trwała przerwa w procedurze, albowiem zmieniło się kilku ministrów obrony. W sumie, bardzo pozytywną rolę odegrało dowództwo garnizonu lwowskiego i komendant Akademii Wojsk Lądowych gen. Paweł Tkaczuk. Było to bardzo istotne, bo jeżeli są ludzie honoru i gotowi do dobrych uczynków, to zawsze istnieje szansa na pozytywne rozwiązanie problemu. Dramatycznym momentem była sytuacja, gdy 27 sierpnia 2015 r. Rada Miejska przyjęła decyzję o dzierżawie działki, ale tylko na 5 lat, a nie na 49 lat jak stanowi wieczysta dzierżawa na Ukrainie. Ta decyzja mnie po prostu rozśmieszyła, bo oczywiste było, że polski MSZ, jako instytucja finansująca nie zainwestuje znacznych kwot w rekonstrukcję budynków stojących na działce wydzierżawionej na 5 lat. Nikt nie umiał wyjaśnić, dlaczego tak radykalnie skrócono czas dzierżawy. Czas znów uciekał, a Rada Miasta nie zbierała się. W efekcie intensywnych starań, ze wsparciem ambasadora Henryka Litwina, marszałka woj. podkarpackiego W. Ortyla, wicemarszałka (wówczas) Sejmu M. Kuchcińskiego, przewodniczącego Stowarzyszenia Wspólnota Polska L. Komołowskiego, na ostatnim już przed wyborami samorządowymi posiedzeniu Rady Lwowa 1 października 2015 r. podjęto decyzję o poprawce do poprzedniej uchwały i okres dzierżawy został zmieniony na 49 lat. W międzyczasie wycena działki znacznie wzrosła, co mnie lekko zbulwersowało, ale wyjaśniono, że pierwsza wartość działki określana była na podstawie ksiąg rachunkowych, a teren należał do wojska przez kilkadziesiąt lat. Jego rachunkowa wycena była stara, a teraz po prostu określono realną cenę gruntów, porównując cenę sąsiednich działek. Obecnie wszystkie sprawy prawne są załatwione i Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” uzyskało zgodę na rekonstrukcję obiektu. Pozwolenia budowlane już są i teraz pozostaje jedynie mitręga budowania, tą sprawą zajmuje się Stowarzyszenie Wspólnota Polska, ze środków MSZ RP.

Ocenia się, że budowa potrwa około dwóch lat. Trwają ostateczne prace przy projekcie. Kiedy, według Pana oceny, zostaną otwarte drzwi do Domu Polskiego?
Jeżeli firma budowlana twierdzi, że w ciągu dwóch lat wybuduje obiekt, jeśli będą na to środki, to uważam ten termin za realny. Jednak z wykonawcami bywa różnie. Mogę powiedzieć jedno: mam nadzieję, że będzie to zrobione w ciągu dwóch lat, ale mam także doświadczenie z budową gmachu Konsulatu RP we Lwowie, która była bardzo skomplikowana. Po czterech latach zwolniliśmy głównego wykonawcę i zastąpiliśmy go innym. W efekcie doszło do wielu spraw sądowych. Po pięciu latach procesów 15 października 2015 r. podpisano ugodę, dotyczącą rezygnacji stron z wzajemnych roszczeń. Jednak jakość wykonania i sam proces budowania budynku konsulatu wyczuliły mnie na budownictwo na Ukrainie. Powtarzam to otwarcie, że Polska, wydając bardzo dużo pieniędzy, musi ustanowić swój własny nadzór budowlany, który będzie uważnie patrzył, czy to co zostało zaplanowane jest wykonywane i czy jest wykonywane z tego materiału i w tej jakości jaka była założona w projekcie. Jest to dla mnie bardzo ważne, bo my wszystkim ufamy, ale powinniśmy mieć pewność.

Fot. archiwum Kuriera Galicyjskiego

Można więc stwierdzić, że sprawę Domu Polskiego we Lwowie można zaliczyć do spraw załatwionych pozytywnie. A czego nie udało się zrealizować?
Pewnie jest wiele spraw, które w moim odczuciu i ocenie moich partnerów, organizacji i pojedynczych ludzi, nie zakończyły się tym, czego ode mnie, jako konsula generalnego, czy od konsulatu, oczekiwano. Ludzie przychodzą ze swoimi projektami, myślami, pomysłami, a administrowanie strukturą, która jest największym polskim konsulatem na świecie, obciążoną podczas mojej kadencji masą spraw sądowych i ogromem spraw i starań o uzyskanie działki pod Dom Polski, spowodowało w naturalnej hierarchii działania, że niektórym sprawom poświęciłem za mało uwagi. Powiem więcej, gdybym nie miał tych spraw sądowych, to mógłbym zrobić wiele innych rzeczy. Może byłoby to ciekawsze, bardziej atrakcyjne i lepiej zabezpieczało naszą obecność i promocję Polski, jako sąsiada i ważnego partnera Ukrainy.

Wprowadziliśmy w życie reorganizację – ograniczyliśmy teren naszego okręgu konsularnego do trzech obwodów (lwowskiego, iwanofrankowskiego i Zakarpacia – red.). Pomimo stworzenia nowego systemu przyjmowania wniosków, nie byliśmy w stanie obsłużyć klientów, aplikujących o wizy z pięciu województw. Warszawa przed dwoma laty podjęła decyzję o przekazaniu obwodu tarnopolskiego do Konsulatu w Łucku, a czerniowieckiego – do Winnicy. Wyrównało to trochę obciążenie konsulatów RP na Zachodzie Ukrainy i pozwoliło nam we Lwowie zająć się lepiej sprawami naszego okręgu.

Obecnie konsulat ma powszechnie bardzo dobrą opinię. A wszystko zaczęło się od pięcioletnich wiz Schengen, zaoferowanych przez konsulat osobom publicznym.
Przyjechałem do Lwowa z zadaniem lepszego zorganizowania pracy Konsulatu. Wszystko szło bardzo szybko. Po południu jeszcze wydałem ostatnie decyzje w Petersburgu, a następnego dnia byłem już w konsulacie we Lwowie. Nowe podejście do osób publicznych – to też moje doświadczenie z Petersburga. Dyskutowałem z konsulem Francji, że bardzo kreatywnie traktuje przepisy traktatu z Schengen. Po przybyciu do Lwowa podjąłem jednak decyzje podobne do francuskich w St. Petersburgu.

Drugi ruch zrobiłem, wzorując się na Finach w St. Petersburgu. Wydają oni w tym mieście Rosjanom w ciągu roku ponad 1 mln wiz. Wiele się z Finami o różne rzeczy spierałem. Jednak, gdy tu we Lwowie zobaczyłem 2 tys. ludzi pod konsulatem, postanowiłem jak najszybciej wprowadzić system outsourcingu, taki jaki Finowie mieli w St. Petersburgu. Polski MSZ miał już przygotowany ten projekt, a ja tylko przekonałem swoich zwierzchników do pilotażowego rozpoczęcia go we Lwowie. Miałem dobre doświadczenie i wdrożenie projektu wspólnie nam się udało.

Od 9 listopada 2015 r. zaczyna się nowa era w działalności firmy VFS Global, bo połączyła ona w jednym biurze (przy ulicy Pod Dębem we Lwowie) wszystkie punkty przyjmowania wniosków wizowych obsługujące różne państwa UE. Jest to wspaniały nowoczesny obiekt zapewniający wysoki standard obsługi klientów. Polskie wnioski wizowe będą przyjmowane w 40 okienkach.

Fot. archiwum Kuriera Galicyjskiego

Jak Pan ocenia obecne stosunki polsko-ukraińskie? Czy ulegają one zmianie?
Uważam, że na poziomie regionalnym, społecznym zwiększona jest gotowość do kontaktu. Widać to na poziomie województw, miast, powiatów i gmin. Na tym poziomie jest wiele delegacji, wymian, kontaktów, spotkań, przygotowywania projektów. Mamy też nowy okres finansowy w Unii Europejskiej, w ramach którego zmodyfikowano zasady realizacji projektów z krajami spoza Unii. Interesująca dynamika ma miejsce również w polityce bezpieczeństwa. Podpisano umowę o stworzeniu polsko-litewsko-ukraińskiej brygady wojsk lądowych, która będzie m.in. ćwiczyła na poligonie w podlwowskim Jaworowie. Bardzo intensywnie rozwija się dialog polityczny. Przebiega on na najwyższych poziomach. W okresie przedwyborczym i w Polsce, i na Ukrainie trochę ten dialog osłabł. W sposób oczywisty, po wyborach dynamika kontaktów wzrośnie i to na różnych szczeblach.

Jest jednak też we Lwowie wiele kwestii nierozstrzygniętych. Nie może ciągle powrócić we władanie parafii plebania kościoła św. Antoniego. Parafia św. Marii Magdaleny ma nierozstrzygnięty swój status i prawo własności do kościoła, który był od wieków jednoznacznie budynkiem sakralnym. Jednocześnie znajdująca się po drugiej stronie ulicy szkoła im. św. Marii Magdaleny uzyskała zgodę władz miejskich na przywrócenie historycznej nazwy. Traktuję to jako pozytywny sygnał. Jest sporo takich sygnałów, w tym fakt, że w restauracji można po polsku zamówić posiłek, swobodnie porozmawiać na ulicy. Język polski stał się popularny na Zachodniej Ukrainie. Wynika to z przyczyn kulturowych i historycznych. Pojawiają się także porażki, np. telewizja polska emitowana analogowo docierała do Lwowa, a po przejściu na przekaz cyfrowy emisja została ograniczona granicą państwa. Dla odbioru polskiego programu niezbędny jest obecnie zakup dekodera. Byłoby wskazane, żeby Polska sprzedawała więcej swojej produkcji telewizyjnej na Ukrainę, celem skutecznej konkurencji z dominacją rosyjska.

Myślę, że jest dużo pozytywnych działań i strona ukraińska wiele uczy się od nas: naszej reformy samorządowej, administracji terytorialnej, systemu podatkowego. Ukraina stoi przed ważnymi decyzjami w tych obszarach. Wielu polskich specjalistów wspiera powstawanie projektów reform w Kijowie. Będzie to też miało wpływ na w rozwój i dynamikę stosunków, bo o wdrażaniu nowych rozwiązań lepiej rozmawia się z kimś, kto ma już więcej doświadczenia.

Rozwija się wymiana młodzieży. Przed trzema miesiącami została podpisana polsko-ukraińska umowa o powstaniu funduszu wspieraniu kontaktów młodzieży. Ministerstwa edukacji będą wspierały wyjazdy młodzieży: kulturalne, edukacyjne, sportowe, staże, itp. Jest to nowy instrument, tylko należy go dobrze wykorzystać.

Fot. archiwum Kuriera Galicyjskiego

Jak ocenia Pan stan polskiego środowiska w lwowskim okręgu konsularnym?
W tej kwestii jestem optymistą, ale umiarkowanym. Mam wrażenie, że nie umiemy wykorzystać energii działania naszych struktur, naszych różnego rodzaju organizacji: społecznych, kulturalnych, sportowych. Przecież klub piłkarski Pogoń gra i świetnie sobie radzi, ale dopingu polskiego mają trochę mało. Środowisko jest bogate, ale zróżnicowane. Czasami brakowało mi skoncentrowanych, zdecydowanych i zintegrowanych ruchów. Wydaje mi się, że czasami tracimy możliwości realizacji różnych wspaniałych rzeczy przez nadmierną dyskusję wewnętrzną: „…a czy Kowalski zrobi to dobrze, bo pamiętamy, że kiedyś zrobił coś źle”. Trzeba wykazywać optymizm, dużo optymizmu, bo potencjał jest spory, mimo tego, że sporo młodszego pokolenia ogląda się na Polskę i wyjeżdża do RP. Często dzieje się tak, że przez personalne, czy inne animozje nie możemy realizować niektórych działań. Trzeba działać w sposób bardziej zintegrowany i przedstawiać polską rację, a nie wspierać jednego działacza, czy jedną organizację. Konsulat zawsze służył bardzo szeroką ofertą pomocy dla działań integracyjnych. Pamiętam, że w zeszłym roku, kiedy 14 organizacji miało obchodzić swoje jubileusze, prezentowana była koncepcja, że każda z organizacji świętuje w swoim własnym gronie. Zaproponowałem: konsulat wynajmie Operę, żeby wszyscy uczestnicy 14 jubileuszy spotkali się we wspaniałym miejscu pokazując swoją siłę i znaczenie. Wy zrobicie program, a my zrobimy wielką, wspólną uroczystość polskich organizacji. Było to olbrzymie i piękne wspólne święto. Myślę, że ludzie zobaczyli, ilu nas jest. Chodziło mi o to, żeby pokazać naszym działaczom i organizacjom oraz Polakom w naszym okręgu konsularnymi, że są znaczącą siłą społeczną. Podobny cel przyświecał idei odnowienia tradycji „majówki lwowskiej” realizowanej od czterech lat w Brzuchowicach z udziałem setek Polaków ze Lwowa i obwodu

Dyskusja o kondycji polskich struktur we lwowskim okręgu konsularnym ożywiła się przed ostatnimi wyborami na Ukrainie (25.10.2015). Brak jest polskich przedstawicieli w strukturach samorządowych. Polacy we Lwowie są zdolną i dobrze wykształcona grupą społeczeństwa ukraińskiego. Jednak nie ma ona stosownego przełożenia na działania struktur samorządowych.

Są miejscowości, w których społeczność polska ma bardzo dobre relacje z władzą. 4 listopada w Mościskach mieliśmy wspaniałą ceremonię pochówku 111 polskich Żołnierzy Września 1939 roku, idących na odsiecz do Lwowa i poległych w walkach z Niemcami. Muszę powiedzieć, że była to piękna uroczystość zorganizowana w dobrej współpracy z władzami Mościsk. Wiele starań w jej przygotowanie włożyła Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa na czele z prof. A. Kunertem. Ze strony konsulatu wiele zaangażowania w uczczenie polskich Żołnierzy Września 1939 wniósł konsul Marcin Zieniewicz. W akcjach poszukiwawczych ekshumujemy szczątki polskich żołnierzy wówczas poległych. Wtedy były to pochówki na skraju wsi, na skraju drogi. Teraz wsie się rozwijają i pochówki znajdują się często w obejściach. Oceniamy, że może ich być około 1,5 tys. Na razie zebraliśmy szczątki 111 żołnierzy i oficerów i z pięknym ceremoniałem wojskowym zapewnionym przez Kompanię Reprezentacyjną WP pochowaliśmy je ponownie. Szukamy kolejnych. W tę piękną akcję bardzo zaangażowała się oprócz Rady Ochrony Pamięci także fundacja Wolność i Demokracja i niedawno wybrany poseł Michał Dworczyk. Gratulujemy mu dobrego wyniku wyborczego. Bardzo podobają mi się tacy ludzie, którzy nie chcą rządzić zza biurka, ale sami potrafią wziąć łopatę i potrafią pokazać własną pracą dobry przykład.

Ludzie obecnie częściej zgłaszają miejsca pochówków. Wcześniej raczej milczeli, a teraz np., dzwoni do konsulatu starsza pani i mówi o znanym jej pochówku żołnierzy pod brzozą. Bardzo nas cieszą takie postawy. Wielką szkodę robią natomiast tzw. „czarni poszukiwacze” militariów, którzy z wykrywaczami metali penetrują i bezczeszczą mogiły. Wybierają z mogił guziki, klamry, nieśmiertelniki i inne części wyposażenia, a pozostawiają te mogiły rozgrzebane, bez szacunku do zmarłych. Apeluję do wszystkich o przeciwdziałanie takim praktykom.

Fot. archiwum Kuriera Galicyjskiego

Czego życzyłby Pan swojemu następcy?
Życzyłbym mu przede wszystkim dużo zdrowia i siły. Konsul generalny we Lwowie to jest bardzo wyczerpujące stanowisko. Konsulat we Lwowie zajmuje się wieloma sprawami, o których nie wspomniałem: wszystkie kwestie związane z obszarami przygranicznymi, sytuacja na granicy, transport, przekraczanie granicy i przestępstwa z tym związane, itd. itp. Konsulat RP we Lwowie jest pierwszym urzędowym przedstawicielem Polski dla wszystkich struktur służby celnej i straży granicznej.

Konsul powinien posiadać dużo serca dla ludzi, bo nie zawsze każdy umie w pierwszym krótkim kontakcie przedstawić swój problem, swoją myśl, zamiar, scharakteryzować projekt, który chciałby zrealizować. Wymaga to okazania serca i trochę pochylenia się nad człowiekiem. Ludzie czasami mają za mało doświadczenia w przedstawianiu tego, co jest dla nich ważne, emocjonujące. Tu trzeba mieć specyficzne podejście i gotowość wypicia jeszcze jednej herbaty, żeby dłużej z konkretnym partnerem porozmawiać. Na pierwszy rzut oka nasz gość może sprawiać wrażenie, jakby nie wiedział o co chodzi, ale po chwili okazuje się, że ma poważną sprawę, istotną dla nas i leżącą w naszej kompetencji działania.

Wielkim problemem, niedostatecznie postrzeganym, jest kondycja demograficzna Polaków we lwowskim okręgu konsularnym. W rezultacie wyjazdów młodszych ludzi do Polski, na Ukrainie pozostaje coraz więcej ludzi starszych, samotnych, w kiepskiej kondycji zdrowotnej i finansowej, z coraz bardziej ograniczoną zdolnością zadbania o siebie. Jest to wielkie zadanie, z którym mamy również problem w Polsce. Na zachodniej Ukrainie ci ludzie są jeszcze bardziej dotknięci negatywnymi skutkami, bo został zachwiany model wielopokoleniowej rodziny. Tutaj musielibyśmy rozważyć bardziej konkretną, mocniejszą interwencję, może poprzez domy opieki, domy „Złotej jesieni”. Próbuje to robić kościół rzymskokatolicki i archidiecezja lwowska, która mi.in. w Brzuchowicach buduje taki dom. Także w Rawie Ruskiej odzyskano część terenu dawnego klasztoru i powstała idea przekształcenia go w dom opieki dla ludzi starszych. Bardzo angażuje się w te aktywności metropolita lwowski abp M. Mokrzycki. Jednak w pojedynkę Kościół tego nie udźwignie. Musi pojawić się bardziej celowe działanie budżetowe i merytoryczne państwa polskiego. Oczywiście we współpracy z władzami ukraińskimi. Nie można starszych Polaków na Ukrainie zostawić samych sobie. Widzimy to po Kartach Polaka, że są to ludzie, którzy przez lata przeżywali prześladowania i restrykcje. Trzeba tym ludziom pomagać. Jest naszym zadaniem stworzenie takiego systemu opieki, który mógłby skutecznie działać. To są nasi rodacy, a my musimy nie tylko zapraszać młodzież do zdobycia wykształcenia i na wakacje do Polski, ale okazać także więcej troski ludziom starszym. Tego problemu nie rozwiążą świąteczne paczki. Są to piękne akcje, w które zaangażowanych jest wiele organizacji i ludzi w Polsce. Wspomnę chociażby akcje paczkową senatora J. Gogacza i Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych kierowanego przez ministra J. St. Ciechanowskiego. Co roku w grudniu i przed Wielkanocą dostarczana jest ogromna materialna pomoc serca od Polaków z RP dla Polaków na Ukrainie. To są bardzo piękne i dobre aktywności. Bardzo się z nich cieszę i za nie dziękuję, ale trzeba pomyśleć o szerszym systemie zintensyfikowanej, całorocznej opieki, bo ludzie starsi i biedni bardzo tego potrzebują. Trzeba także szerzej wspierać rodziny wielodzietne. Zajmuje się tym korzystając z pomocy z RP „Rodzina Rodzin”, ale tutaj także potrzebna jest strukturalna i stabilnie zorganizowana pomoc polska.

Fot. archiwum Kuriera Galicyjskiego

Potrzebne są działania systemowe.
Muszę powiedzieć, że mamy we Lwowie dobry przykład takiej akcji. W nią bardziej zaangażowana była moja żona – Beata, za co bardzo jej dziękuję. Od trzech lat działa fundacja „Dajmy Nadzieję” – fundacja pomocy dzieciom nieuleczalnie chorym i rodzinom tych dzieci. Na Ukrainie nie ma regulacji dot. zasad działania hospicjów, czy też wyspecjalizowanej pozaszpitalnej pomocy dla dzieci ciężko i nieuleczalnie chorych oraz dla ich rodzin. Opiekę świadczy albo dom, albo szpital. Jeżeli ktoś został wypisany ze szpitala, to dalej musi się nim zajmować rodzina. Jeżeli na Ukrainie nie może działać hospicjum w sensie stacjonarnym i przyjmować chorych, to Fundacja „Dajmy Nadzieję” stara się wspierać pozastacjonarnie zarówno chore dzieci, jak i ich rodziny. Dla wsparcia Fundacji udało się trzy razy zorganizować wielki jarmark dobroczynny, który odbywał się tradycyjnie w Teatrze im. Zańkowieckiej, dawnym Teatrze Skarbkowskim. Jest to przykład upowszechniania we Lwowie pewnego standardu społecznych aktywności, które są już na świecie sprawdzone i funkcjonują. Bardzo się cieszę, że działalność Fundacji, która przed trzema laty miała charakter trochę spontaniczny, przybrała teraz charakter instytucjonalny. Wspierana przez sponsorów z RP i archidiecezję lwowską, wykupiła pomieszczenie, prowadzi zajęcia pozalekcyjne także dla dzieci zdrowych.

Jakie są Pana życzenia, plany osobiste?
Tego czego życzę swemu następcy konsulowi generalnemu Wiesławowi Mazurowi, życzę też sobie – zdrowia i energii, a wtedy będę mógł zająć się nowymi problemami. Muszę powiedzieć, że ostatni miesiąc mojego pobytu we Lwowie był nieco stresujący: finalizowały się sprawy sądowe, Dom Polski i działo się wiele innych rzeczy. Więc przez kilka dni lekko wypocznę, a potem zgodnie z decyzją swoich przełożonych będę działał tam, gdzie moje doświadczenie i wiedza przyda się polskiej służbie dyplomatycznej. Może jeszcze gdzieś trzeba stworzyć Dom Polski…

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad autoryzowany

Rozmawiał Mirosław Rowicki
Tekst ukazał się w nr 22 (242) 30 listopada – 17 grudnia 2015

X