To było dla nas sprawą honoru, żeby pomóc tym, którzy zwrócili się do nas o pomoc!

z Andrzejem Iwaszką, prezesem Polsko-Ukraińskiego Stowarzyszenia w Mariupolu, przed ewakuacją Polaków z Mariupola rozmawiał Wojciech Jankowski.

Panie prezesie, starał się Pan ponad rok o ewakuację Polaków z Mariupola i w końcu udało się!
To było dla nas sprawą honoru, żeby pomóc tym, którzy do nas się zwrócili. Nie wszyscy chcą, nie wszyscy mogą wyjechać, ale tym, którzy do nas się zwrócili, rzeczywiście mieliśmy obowiązek, jako organizacja polonijna, pomóc.

W Polsce można było usłyszeć takie głosy, że kwestia Mariupola nie jest ważna, bo nie znajduje się w strefie działań wojennych. Jak często to miasto było ostrzeliwane?
To jest pięciusettysięczne miasto. Mariupol jest miastem strategicznym. Leży na drodze lądowej na Krym. Prosiłbym o to, żeby podchodzić do tego z punktu widzenia strategii, a nie dzisiejszego dnia. Mariupol jest dość dobrze umocniony, ma trzy linie obrony niecałe 10 km od linii demarkacyjnej. Chciałem w tym miejscu podkreślić, że zasięg Gradu to 35-40 km. Bardzo często bojownicy wykorzystywali wozy opancerzone albo samobieżne działa artyleryjskie, podjeżdżali i strzelali. Nie chciałbym, żeby nasi rodacy i każdy mieszkaniec dowolnej narodowości (miasto jest wielonarodowe, ponad sto narodowości mieszka w Mariupolu) trafił pod taki ostrzał. Poważny ostrzał był w sierpniu, kiedy dzielnica Sartana została ostrzelana. Zginęły wtedy trzy osoby. Na jednej z ostrzelanych ulic mieszka nasz rodak, Włodzimierz Sołotwiński z rodziną. Około 150 domów zostało uszkodzonych. Wydarzenie tragiczne miały miejsce: dziewczynce dziesięcioletniej urwało stopę, matka jej zginęła. Do tego nigdy nie można się przyzwyczaić.

Zupełnie inaczej odbierają sytuację w Mariupolu osoby, które przyjeżdżają na kilka godzin, na kilka dni. Nawet jeżeli wyjeżdża się za miasto, do Berdiańska, nie odczuwa się tej sytuacji. Trzeba zrozumieć położenie tych ludzi, którzy rano wstają, nie słyszą nawet tych ostrzałów i czytają: tam akt terrorystyczny, tam akt terrorystyczny. I to wszystko bardzo mocno działa na psychikę. Ci ludzie niczego nie mogą zaplanować. Codziennie dziecko chodzi do szkoły. Pamiętam, jak mój syn chodził, dopóki go nie zabrałem. Dla nas, rodziców, którzy mają jedno dziecko, to był koszmar! Zrozumieć tych ludzi może tylko ta osoba, która tam żyje.

Jak się Pan czuł, gdy za poprzedniej ekipy rządzącej słyszał Pan, że w razie interwencji separatystów, zdążą was ewakuować, a Mariupol ma specyficzne położenie i w razie interwencji łatwo byłby odcięty od dróg lądowych?
Mariupol jest dobrze umocniony, ale trzeba pamiętać, że armia rosyjska jest wielokrotnie silniejsza. Ma większe możliwości techniczne, przy granicy ukraińskiej stało od 70 do 80 wojskowych. Dla nich oblężenie miasta to kwestia 3-4 godzin. Trudno mi zrozumieć, kiedy się mówi: „jesteśmy gotowi w ciągu 2-3 godzin zorganizować ewakuację”. Interesowało mnie pytanie, po co czekać? Dlaczego ryzykować, jeżeli można to zrobić wcześniej. A ludzie zdecydowali się wyjechać. To nie jest łatwe dla osoby, która ma mieszkanie, pracę, wszystko to rzucić.

Jak się Pan poczuł, gdy usłyszał Pan, ze premier Kopacz pierwszy raz słyszy o problemie Polaków w Mariupolu?
Informację przesłał mi znajomy. Później jeszcze dwie osoby przyszły i padło pytanie, pół żartem, pół serio: „Panie prezesie! Pan jeździ, opowiada, piszecie listy, a pani premier nie wie? Co wy w ogóle robicie jako organizacja dla nas?” To nas bardzo zasmuciło. Jesteśmy w stałym kontakcie z konsulatem w Charkowie. Robią dużo ważnych rzeczy, niezbędnych rzeczy, nadają pomoc humanitarną dla starszych osób, które już nigdzie nie wyjadą z Mariupola. I było zdziwienie, że Pani premier Kopacz nic nie wiedziała, że ktoś chciał przyjechać do Polski. To była taka ostania kropla. Ekipa się zebrała, napisaliśmy list do Prezydenta Dudy i do premier Kopacz. Nie mogliśmy przełknąć tego. Zapraszamy do Mariupola by pomieszkać tu z pół roku nawet teraz, kiedy nikt nie strzela. Starsze osoby nie czytają Internetu, oni słyszą, że gdzieś wybucha. To oddziałuje na psychikę…

Zwłaszcza na psychikę dzieci!
Jest taka rodzina – teraz na szczęście jest w Krakowie – mieszkała w dzielnicy wschodniej. Do sąsiedniego mieszkania wleciała rakieta Grad. Ojciec już w tym czasie był w Polsce, szukał pracy. Matka wyszła rano kupić wodę na herbatę, bo to co leje się z kranów, nie da się pić, i dziesięcioletnia Kasia została sama. Nie da się zrozumieć uczucia tej dziewczynki i jej matki. Przeprowadzono ją do innej szkoły, w zachodniej dzielnicy, ale tylko ławka się przesunie – ona ucieka do kąta i płacze! To mocno oddziałuje na psychikę! Na lata!

Panie prezesie, w końcu udało się…
Przede wszystkim, jestem wdzięczny, bo zwykli ludzie z Polski proponują pomoc, np. dzwoni babcia i mówi, że ma pokój, może udostępnić. Mężczyzna dzwoni: „jestem kierowcą, mogę udostępnić swoje mieszkanie na jakiś czas i pomogę znaleźć pracę”. Cenna jest inicjatywa kibiców Legii Warszawa i Lecha Poznań – zbierają środki. Chciałem podziękować tym ludziom, którzy do tego doprowadzili. Media, partia Prawo i Sprawiedliwość – bez reklamy – to ludzie, którzy pierwsi wyciągnęli pomocną rękę i nic nie oczekując przyjechali do Mariupola…

Konkretnie kto przyjechał?
Poseł Michał Dworczyk, wtedy jeszcze prezes Fundacji Wolność i Demokracja, która nas wspierała, poprzez konwoje, przekazali list pani premier.

Ilu Polaków zostało w Mariupolu, ilu zgłosiło się do ewakuacji?
W 1989 był spis powszechny. Było około tysiąca, którzy przyznali się, że są Polakami. Kiedy zaczynaliśmy pracę w Mariupolu, widzieliśmy polskie nazwisko i pytaliśmy: „czy ciebie nie interesuje, kim byli twoi przodkowie?”. Budziliśmy tę świadomość narodową. Ludzie zaczęli się zastanawiać. I to było dla nas ważne. Wtedy jeszcze nie było Kart Polaka. Wszystkim Polakom staramy się pomóc, lubimy ich, kochamy, ale szczególnie tych, którzy wiedzą, że Polska nic nie jest winna tym ludziom.

Jak rozkładają się sympatie polityczne mieszkańców Mariupola?
To jest bardzo trudne pytanie. To jest klęska rządu Ukrainy na tym terenie. Jest bardzo mocna propaganda rosyjska. Do dziś oglądają rosyjskie kanały, gdzie odbywa się „pranie mózgów”. Żeby coś zmienić w tym mieście, potrzebne są lata pracy – nie chodzenia z flagami, a ciężkiej pracy! Całe szczęście, ostatnio jest dużo projektów ciekawych, koncertów, spotkań, ale to trzeba było robić dawno. Może nie mielibyśmy takiej sytuacji.

Czy inne państwa upominały się o swoich ludzi w Mariupolu?
Grecy. Kilkakrotnie zabierali swoich rodaków. Czesi zaprosili swoją grupę. Bułgarzy też.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Wojciech Jankowski
Tekst ukazał się w nr 22 (242) 30 listopada – 17 grudnia 2015

X