Do autobusu, byle jakiego…

Podróże niesentymentalne

Nikogo już nie dziwią kolejki pod Konsulatem Generalnym RP we Lwowie, choć, oczywiście, każdy by wolał, aby były jak najkrótsze, lub ich nie było wcale. Po otrzymaniu upragnionej wizy każdy udaje się w podróż. Niektórzy – na własnych nogach, idąc przez przejście piesze. Inni wybierają pociąg, jeszcze inni, bardziej zamożni – samolot. Jednak najbardziej popularnym środkiem transportu, wybieranym przez jadących do Polski, jest autobus.

Tu koniec żartów, proszę Państwa, zaczynają się schody. Ze Lwowa do różnych miast Polski jest nawet kilkadziesiąt kursów, ale, oczywiście, nie każdy odpowiada naszym zapotrzebowaniom. Wówczas trzeba się poruszać z przesiadkami, przemierzając nieraz pół Polski. Zanim się jednak wyjedzie, trzeba kupić bilet. Owszem, teoretycznie można to zrobić nawet kilkanaście dni wcześniej, w praktyce to jednak wcale nie oznacza wyjazdu w danym dniu. Można nie wyjechać, bo… zabrakło pasażerów. Tak jest z kursem relacji Lwów-Łódź. Autobusy tego kursu jadą w trasę co drugi dzień, ale nawet w takim układzie autobus nie wyruszy, jeżeli bilety na kurs wykupi mniej, niż pięć osób. Zdesperowanym kilku chętnym pozostaje jazda przez Warszawę, a stamtąd najlepiej udać się do Łodzi pociągiem, gdyż odpowiednie autobusy kursują tylko po południu i wieczorem.

Załóżmy jednak, że zakup biletu nam się udał, wsiedliśmy do autobusu, który wyruszył w trasę. Jedziemy sobie, jedziemy i nagle… kierowcy zaczynają lamentować, bo… zapomnieli o zabraniu właściwych dokumentów. Ów lament zanoszony jest tuż przed szlabanem granicznym. Pytanie za sto punktów: czemu nie sprawdzili we Lwowie, czy i jakie dokumenty zabrali? Kiedy się kończy lament kierowców, zaczyna się lament pasażerów, którzy przez nieroztropnych szoferów mogą się spóźnić do pracy (ostatnio wiele osób jedzie do Polski właśnie w tym celu), na konferencję, czy nawet na pociąg lub autobus, jadący dosłownie „na styk”. Lament powoli ucicha, a kierowcy czekają na swych kolegów, którzy po dwu godzinach dowożą ze Lwowa odpowiednie dokumenty. Kierowcom jakoś się udaje nadgonić czas i się nie spóźnić, jak mówią, skandalicznie. A pasażerowie, cóż? Generalnie nie pozostaje im nic innego, jak się cieszyć, że dojechali do miejsca przeznaczenia.

Droga do Lwowa z Polski tez może się okazać bardzo, że tak powiem, atrakcyjna. W Polsce można dzwonić przez parę godzin na informację w Warszawie, nie uzyskując żadnych danych o kursie, który nas interesuje. Jazda autobusu Lwów-Łódź jest, że tak powiem, enigmatyczna i dopiero dzwoniąc na informację do… Lwowa (o ile cud sprawi, że się uda dodzwonić) można się dowiedzieć, że kursu z Polski nie będzie, bo autobus… nie wyjechał ze Lwowa, a więc nie będzie do Lwowa wracał. Ze środka Polski nie dostaniemy się do Lwowa inaczej, jak przez Warszawę, ale lepiej by było, gdybyśmy wiedzieli wcześniej… Dzwoniąc do Warszawy z innego miasta, proszę się nie czuć zaskoczonym, jeżeli każą Państwu po prostu… przyjechać na dworzec i tam się wszystkiego dowiedzieć….

Wyobraźmy sobie kolejną sytuację. Jest 30 grudnia 2007 r., ostatni dzień roku, kiedy autobusy dalekobieżne wyjeżdżają z Polski. Pojazd pęka w szwach, większość pasażerów stanowią osoby, którym się kończy wiza. Mimo że autobus jest dalekobieżny, jest tylko jeden kierowca. Po jakimś czasie pasażerowie jadący z Łodzi do Lwowa orientują się, że autobus jedzie w niewłaściwym kierunku. Kierowca jest z kursu do… Warszawy, nie zna drogi… Osoby, na co dzień pracujące w Łodzi, pomagają wyprowadzić autokar na właściwą trasę. Po kilkudziesięciu kilometrach kierowca zaczyna krzyczeć, że autobus dalej nie pojedzie. Wysiadł akumulator. Mężczyźni wysiadają z autobusu i zaczynają go pchać, żeby ruszył. Tak jest jeszcze kilka razy, w końcu kierowca decyduje się na wyłączenie ogrzewania, a za oknami – mróz. Pasażerowie, rzecz jasna, zaczynają lamentować, ale kto ich słucha? Po przybyciu do Lwowa, każdy dziękuje Bogu, że dojechał…

I ostatni z dotychczasowych epizodów. Autokar wyjeżdża z Warszawy, siedzi w nim pięciu pasażerów, w tym czterech obywateli Ukrainy i jeden obywatel USA (a jednak, co by tam nie mówić, obowiązek wizowy odciska swe piętno na ilości podróżujących). Na dworcu Warszawa Stadion jeden z pasażerów opuszcza pojazd na kilka minut, powiedziawszy o tym uprzednio kierowcom. Jak się okazuje, nie wsiada później do autobusu. Kierowcy ruszają w drogę. Kiedy mówię im, że zostawili pasażera na dworcu, wcale nie mają zamiaru zawracać. Mówią: „Niech łapie taksówkę i jedzie za nami”. Oczywiście, pasażer, który ma pecha, wcale autobusu nie ściga. Udaje mu się zdobyć telefony komórkowe do kierowców i umawiają się, jak ma dojechać do Lwowa (kierowcy następnego autokaru, jadącego z Warszawy, mają uznać jego bilet) i gdzie odebrać bagaże, które pozostały w autobusie…

Należy też wspomnieć, że ukraińskie autobusy dalekobieżne (jadące w trasę, liczącą sześć i więcej setek kilometrów) często wyglądają byle jak, coś tam w nich gruchocze i trzaska, i sprawiają wrażenie, jakby się miały zaraz rozlecieć. Biedni pasażerowie wsiadają do byle jakiego pojazdu, aby dotrzeć do potrzebnego im miasta lub do domu. Smutne, bo kiedyś może się to skończyć tragedią… Oczywiście, takie pojazdy nie mają kabiny WC.

I jeszcze trzy grosze na temat… celników. Ostatnio słyszy się narzekania na służby celne w Polsce i muszę stwierdzić, że poniekąd są one prawdziwe. Najpierw celnicy każą wszystkim wysiadać z autobusu, a potem… znikają nie wiadomo gdzie, każąc na siebie czekać. Takie oczekiwanie ciągnie się nieraz godzinami…

Ukraina – to cywilizowany kraj, a jej obywatele mają prawo do podróży szybkich, bezpiecznych i w komfortowych warunkach. Kroczenie ku Europie nie może się kończyć wyłącznie na obserwacjach tego, jak jest ładnie, na przykład, u sąsiadów. Warto też zapożyczać od sąsiadów jedynie to, co najlepsze.

Wszystkim, udającym się autobusem na Ukrainę lub do Polski życzę szczęśliwej i dobrej podróży!

Irena Masalska
Tekst ukazał się w nr 2 (54) 28 stycznia 2008

X