Długa droga do Karty Polaka. Część 2

Długa droga do Karty Polaka. Część 2

Rok 1961 od początku zaczął się trudno, ponieważ ruszył w obieg nowy rubel (jednostka pieniężna ZSRR).

Stał się dziesięciokrotnie mniejszy w wartości pieniężnej. Spowodowało to dewaluację, ludzie byli zdezorientowani. Owa sytuacja również negatywnie wpłynęła na działalność komitetu rodzicielskiego. Wszystkich ogarnęła drętwota do działalności charytatywnej. Obozów więcej już nie organizowano, jednak małe grupy prywatne nie zaprzestały swojej działalności.

W lipcu trzy grupy kilkoosobowe ruszyły do Sławska na wakacje. Dwie grupy były z „dziesiątki”, jedna natomiast z tzw. „trzydziestki” (szkoła nr 30 przy ul. Krasickich). Nasza mama, Anna Durys, miała nas pięcioro pod swoja opieką. Mieszkaliśmy na górze Pahor. Wszystkie trzy grupy mieszkały jedna obok drugiej, w chatach u gospodarzy. Chodziliśmy sami do lasu po drzewo, do Sławska po chleb dwa razy w tygodniu, natomiast mięso i drób kupowaliśmy u gospodarzy. Dla nas były ciekawe te wypady do lasu po grzyby, wędrówki górskie, choć niedalekie. Zawsze byliśmy pewni, że nie zabłądzimy, bo towarzyszyły nam gospodarskie psy, z którymi się zaprzyjaźniliśmy. Starsi chłopcy chodzili na ryby nad rzekę. Wróciliśmy wypoczęci, zadowoleni i opaleni.

Jeżeli chodzi o edukację duchową, to nie skończyła się ona po Pierwszej Komunii świętej. Pamiętam, kiedy byłem w czwartej klasie, do nas do domu przyszła Janina Fastnacht (pani Nana) z propozycją prowadzenia zajęć z etyki i estetyki chrześcijańskiej. Zajęcia odbywały się dwa razy w tygodniu. Oprócz mnie na nich było obecnych jeszcze dwóch chłopców, ze szkoły nr 30 i nr 24. Na tych zajęciach poznawaliśmy wartości chrześcijańskie i przygotowywaliśmy się do ministrantury. Po roku zdawaliśmy egzamin w Katedrze, który przyjmował u nas ksiądz Kiernicki.

W piątej i szóstej klasie kontynuowaliśmy naukę, ale już w szerszym gronie. Dołączyły do nas panienki. Zajęcia odbywały się w domu Zosi Kokodyńskiej. Wśród tych dziewczynek była jedna – Czesia Żaczek, która w późniejszym czasie została przełożoną sióstr karmelitanek bosych w Ujsolu nad Bajkałem. Kończył te zajęcia egzamin. Oprócz tych zajęć, jeszcze były niedzielne spotkania literacko-historyczne dla młodzieży u pani Marii Clamut, u prof. Marii Jarusiewicz – geograficzne, u państwa Adamskich, gdzie na jednym ze spotkań Stefan Adamski został przyjęty do harcerstwa przez harcmistrza z Polski, u państwa Nikodemowiczów – spotkania muzyczne, na których słuchaliśmy różnych utworów muzycznych skomponowanych przez Pendereckiego, Moniuszkę i innych. Na tych spotkaniach była obecna młodzież w różnym wieku i czasami było ponad trzydzieści osób. Na zajęciach nie pisaliśmy żadnych konspektów, część informacji trzeba było zapamiętać, część odnaleźć w odpowiedniej literaturze. W taki sposób dowiedzieliśmy się o premierze „Dziadów” A. Mickiewicza w Krakowie w 1967 r., na której był obecny jeden z naszych starszych kolegów, i o reakcji na to wydarzenie władz radzieckich.

Będąc w Polsce z ojcem w 1965 r., zostałem bierzmowany w Przemyślu w katedrze, chociaż w ZSRR można było też być bierzmowanym, ale trzeba było jechać do Wilna lub Rygi, a to bardzo daleka droga.

W 1967 r., mając już szesnaście lat, otrzymałem pozwolenie od księdza Kiernickiego na to, by służyć do mszy św. w Katedrze Lwowskiej. Jeżeli ktoś uważa, że było wielu chętnych do służenia do mszy, to bardzo się myli. W katedrze wtedy na pięciu ministrantów było nas dwóch Polaków, nie biorąc pod uwagę starszych ministrantów. Służyło się do mszy z powołania, a nie z przymusu, chociaż to miało później przykre następstwa zarówno w szkole, jak i w dalszym życiu. Jednak nie zważaliśmy na to i nie wyrzekaliśmy się własnej wiary i narodowości.

Gdy zmarł ks. Chwirut, proboszcz kościoła św. Antoniego, służyliśmy do mszy św. żałobnej podczas pogrzebu na Cmentarzu Janowskim. Byliśmy ubrani w białe komże z czarnymi pelerynkami. Fotografowie robili zdjęcia, które później dostaliśmy, ale jedno zdjęcie, na którym nas trzech ministrantów dobrze widać dzięki „dobrym ludziom” trafiło do Moskwy, na stół generała Jepiszewa. Był on kierownikiem głównego oddziału politycznego armii ZSRR. Jeden z naszych ministrantów był w czynnej służbie wojskowej. Miał wtedy oficjalną przepustkę, ale udowodniono mu, że bezprawnie zdjął mundur. Te zdjęcia przesłano z Moskwy do Lwowa, do odpowiednich służb i to miało przykre następstwa.

Są tacy panowie, którzy w swoich biografiach piszą, że potajemnie wieczorami w swoim domu robili różańce, za co otrzymywali pieniądze, ponieważ za darmo nikt od nich niczego żądać nie mógł. Ale były też takie osoby, które dostarczały z Polski do Katedry Lwowskiej obrazki, medaliki, różańce, kadzidło i itp., pozostając w cieniu, nie afiszując tego i nie mówiąc, jaki to oni popełnili dobry uczynek.

W 1967 r. wraz z ojcem pojechałem do rodziny do Polski. Dla wyrobienia dokumentów potrzebna była opinia ze szkoły, wtedy już byłem w klasie 9 szkoły średniej nr 24. Poprosiłem kierowniczkę klasową Swietłanę Semeniuk (teraz Jurczenko) o napisanie opinii. Gdy ją przyniosłem na milicję, pani major przeczytała i powiedziała: „zwolnieni z więzienia dostają lepszą”. Kazała mi ją wyrzucić, a dokumenty przyjęła bez opinii, więc udało się mi wyjechać do kraju…

Jeżeli chodzi o przekroczenie granicy, to też w tym czasie było sporo z tym problemów. Należało mieć w paszporcie zagranicznym odpowiednie pozwolenie na pobyt, który nie mógł przekroczyć ilości dni urlopowych, czyli 30. Staraliśmy się zawsze o jak największą ilość dni, jednak to było związane z kosztami. Na każdy dzień pobytu należało mieć 150 złotych, czyli na cały pobyt trzeba było mieć 4500 złotych. Była to dość duża suma, ale było nas na to stać. Jechaliśmy jak dostojni Polacy, a nie z wyciągniętą ręką. W paszporcie mieliśmy wpis „Polak obywatel ZSRR”, a nie mniejszość narodowa lub obcokrajowiec. W tych czasach nas wszędzie przyjmowano z szacunkiem, ponieważ wtedy w Polsce nie kłaniano się obrzydliwie przed Zachodem. Nie byliśmy wtedy tak poniżani jak teraz, nie nazywano nas obcokrajowcami. Czy jesteśmy winni, że zostaliśmy za wschodnią granicą?

W 1968 r. zrobiłem maturę, złożyłem dokumenty do Politechniki Lwowskiej, ale nie zostałem przyjęty. Otrzymałem w swojej szkole skierowanie do pracy w fabryce złotniczej (ona opiekowała się naszą szkołą). Gdy przyniosłem dokumenty do wydziału kadrowego, naczelnik wydziału pułkownik J. Jaroszenko po przeczytaniu opinii napisanej znowu przez p. Semeniuk powiedział: „pójdź do dyrektora szkoły i niech on napisze ci normalną opinię, inaczej tę twoją opinię przekażę do komitetu partii i to będzie miało przykre konsekwencje dla szkoły”.

W tym zakładzie pracuję do dnia dzisiejszego i nadal spotykam się z dwojakim stosunkiem. Czasami słyszę wypowiedzi typu: „Polak – sól w oku, działacz na rzecz polskości”.

Stanisław Durys
Tekst ukazał się w nr 1 (53) 15 stycznia 2008

Długa droga do Karty Polaka. Część 1

X