Dawna Ukraina, czyli spotkania z Iwaszkiewiczem

Dawna Ukraina, czyli spotkania z Iwaszkiewiczem

Ukraina to miejsce w którym nigdy nie byłem, ale do którego od dawna się wybieram, gdyż związane jest z osobą mojego dziadka Piotra i mojej babki Julianny Romanowskiej.

Natomiast Jarosław Iwaszkiewicz, w którego spojrzeniu odnajdywałem taki bezkresny kresowy powiew wiatru, pachnący ukraińskim stepem, taki o którym wiele razy opowiadała mi babka, to…

Sam nie wiem, czy te dwa spotkania z Nim to były moje niepowodzenia, czy powodzenia, czy jedno i drugie jednocześnie.

Dziadek Piotr urodził się w rodzinie dosyć zamożnego właściciela młyna wodnego. Ten młyn to był na jakiejś rzeczce wpadającej do Bugu. A dziadek przez większą część życia był żołnierzem, z czego był dumny. Po wojnie nie powodziło mu się najlepiej. Miał kłopoty ze znalezieniem zatrudnienia. Chodził po wielu urzędach z podaniami i swoim życiorysem, który…

Życiorys zaczynał dziadek od daty urodzenia, później przechodził do służby wojskowej i podawał, że rozpoczął ją w Mohylewie, następnie kontynuował naukę w Szkole Morskiej w Petersburgu, a po wybuchu Rewolucji Październikowej znalazł się we Władywostoku i… i tutaj opuszczał kilka lat ze swojego życiorysu. Następnie informował, że przeszedł z wojskami… opuszczał kolor armii i nazwisko dowódcy, na Syberię i walczył… tutaj znowu pomijał nazwę oddziału i przeciwko komu walczył… Następnie informował, że znalazł się w Omsku, gdzie mieściła się wtedy kwatera… i opuszczał nazwisko Wielkorządcy, i przemilczywał, że kontynuował walkę przeciwko… gdy V Czerwona Armia zbliżała się do Omska to… znowu opuszczał, że walczył przeciwko tej armii… Swój życiorys syberyjski kończył stwierdzeniem, że na początku lat dwudziestych wstąpił do II Korpusu Dowbór-Muśnickiego. W dwudziestoleciu międzywojennym służył w twierdzy w Brześciu, gdzie prowadził zajęcia z walki kawaleryjskiej na szable i lance. Brał udział w walkach o zdobycie Berlina i wkrótce po tym… i wkrótce zakończył służbę wojskową w celi Zakładu Karnego we Lwówku Śląskim, gdzie mu sędzia wojskowy odczytał wyrok wraz z degradacją do stopnia szeregowego i przedłożył rozkaz o zwolnieniu z Ludowego Wojska Polskiego.

Jarosław Iwaszkiewicz, po upadku komunizmu i socjalizmu w Polsce i po latach nie najlepszej koniunktury dla niego, znowu zaczyna wypływać. Zresztą przy jego dorobku literackim trudno, żeby było inaczej. Krytykujące i ośmieszające go teksty z końca epoki PRL-u, tak zwanych, utalentowanych publicystów drugiego obiegu, czy nowo nawróconych oficjalnego nurtu publicystycznego, śmieszą dzisiaj swoją jednostronną jednostronnością ukierunkowaną na proste obrzucenie kogoś błotem. A najbardziej śmieszą chyba tych co je kiedyś pisali. Jerzy Giedroyć w rozmowie telefonicznej westchnął kiedyś i powiedział mi:… pan to dostał wiele nagród, to nobilituje… pamiętam, pan jest prawnikiem, pana pradziad wykładał prawo na Uniwersytecie we Lwowie a krewny był notariuszem w Grodnie… no te pana opowiadania, to… pan dostał tyle nagród, to jest na wysokim poziomie artystycznym oczywiście… ja to żałuję, że… ale wtedy po stanie wojennym, to my drukowaliśmy i rzeczy złe… pan ma rację, że dla przykładu tekst o Iwaszkiewiczu to… to było złe… jak pan pisze prozą o kresach, to jakby Iwaszkiewicza poezja i… 

Nieżyczliwy stosunek do Jarosława Iwaszkiewicza wypracowywali i wykonywali, zwłaszcza po wprowadzeniu stanu wojennego, słabi literaci, którzy znaleźli się akurat poza krajem. Na spotkaniach autorskich w Kopenhadze, Sztokholmie czy Monachium krzyczeli do tych trzech czy czterech osób, które przyszły ich posłuchać, jak to Jarosław Iwaszkiewicz im szkodził, jak ich niszczył a najbardziej nie mogli darować mu tego, że z jego wyłącznej winy Matka Natura nie obdarzyła ich w talenty i dlatego do końca życia będą mogli uprawiać tylko słabą sztukę. Tego braku talentu, to jak jeden mąż i żona, darować Iwaszkiewiczowi nie zamierzali. Dzisiaj Iwaszkiewicz po raz kolejny wypływa a ci co wtedy krzyczeli, wyraźnie idą w przeciwnym kierunku, że aż muł z dna kotłuje się i idąc ku górze przysłania ich nurkujące sylwetki.

Aldona Pomianowska, portret Jarosława Iwaszkiewicza

W prasie emigracyjnej można było przeczytać, piórami Drugoobiegowców czy, jak niektórzy twierdzili, Drugorzędowców, że Jarosław Iwaszkiewicz, to wielki zboczony w sensie erotyki, mały pisarz, malutki poeta i maleńki człowieczek. Powód? Bo jako prezes Związku Literatów Polskich nie chciał zachwycać się małymi umiejętnościami Drugoobiegowców – Drugorzędowców i ich małymi dokonaniami typu… Też publikowałem w drugim obiegu, więc urwę w tym miejscu. Pierwszy raz spotkałem się z Jarosławem Iwaszkiewiczem w Kaliszu, gdzie wiele lat mieszkałem. Miał spotkanie poetycko-polityczne, a raczej mocno polityczne a tylko trochę literackie, bo dużo więcej mówił o byciu posłem i o Sejmie niż o swojej twórczości. Na to spotkanie poszedłem z moją babką.

Babka pochodziła z rodziny ziemiańskiej szeroko rozsiadłej na Ukrainie i Podolu, niestety pochodziła z tej linii, która od dawna doszczętnie zbankrutowała i od wieków niczego nie posiadała. Sygnowała się herbem Bończa. Dziadek babki był jakimś małym plenipotentem w dużym majątku swojego bliskiego krewnego, ojciec babki był jeszcze mniejszym plenipotentem czy pół – plenipotentem w jakimś małym majątku dalekiego krewnego. Z tego co babka mówiła, to jej ojciec dobrze znał się z ojcem Iwaszkiewicza a ona spotkała kiedyś Jarosława na jakiejś polnej, piaszczystej drodze obok jakiegoś miasteczka na trakcie nieopodal Kijowa. Później spotkała się z Jarosławem Iwaszkiewiczem kilka razy na bruku w Warszawie, gdzie jakiś czas mieszkała i gdzie starała się utrzymać z gry na fortepianie i nauki języka rosyjskiego i francuskiego.

Na spotkanie trochę się spóźniliśmy, gdyż babka kilka razy wymieniała makijaż, którym chciała się odmłodzić, pozakrywać zmarszczki, zmniejszyć nos, powiększyć oczy, upięła wysoko włosy by być wyższą i… i coś tam jeszcze. Poeta siedział już na scenie za dużym stołem. Babka powiedziała coś kręcącemu się obok Iwaszkiewicza mężczyźnie i ten powtórzył to poecie. Iwaszkiewicz przytaknął głową i zaczął wyszukiwać wzrokiem moją babkę, ale w końcu dał sobie z tym spokój i zajął się odpowiedziami na pytania z sali.

Mówił zwięźle i konkretnie i jednocześnie mało zwięźle i mało konkretnie: literatura, no… nie dla każdego i oczywiście nie przez każdego… nie wiem, kto z żyjących jest najważniejszy… no, może Baczyński, ale on nie żyje… dla mnie to, no rosyjscy klasycy… no, może i Gorki też, tak… poezja to, to jest tak jak patrzeć na iluś murzynów, każdy jednakowo czarny, ale oni między sobą się odróżniają, tak… zalew poezji, ale… Na pytania o zabarwieniu politycznym mówił takim prawdziwym majstersztykiem, czyli teoretycznie bardzo rzeczowo a praktycznie prawie całkowicie nie do rzeczy… socjalizm, to… to każdy widzi jak jest… każdy ma przecież oczy… po co ja mam opisywać. To o czym codziennie piszą gazety, to nie byłoby ciekawe dla moich czytelników… posłem w Sejmie, to… żeby być blisko ważnych spraw i decyzji… pomóc środowisku literackiemu, tak, no na tyle ile mogę, bo… nie znaczy, że muszę się zajmować wyłącznie polityką w Sejmie, ale… sprawy kultury przede wszystkim mnie interesują, gdyż… jestem pisarzem a politykiem to… sam nie wiem…

Młode dziewczyny w białych bluzkach z naręczami kwiatów weszły na scenę. Wszyscy wstali i zaczęli bić brawa. Iwaszkiewicz uśmiechnął się, ukłonił kilka razy i… i chyba zaczął szukać wzrokiem moją babkę. Podszedł do nas. On wysoki, potężny, moja babka drobna. Obok ja, też wysoki. Rozmowa była mniej więcej taka jaką on prowadził ze sceny, jakby on ciągle mówił o polityce a na sali byli… to znaczy obok tych co interesowali się literaturą, byli i ci co literaturą w ogóle się nie zajmowali, ale przyszli bo… Iwaszkiewicz napisał szybko dedykację i podał babce „Sławę i Chwałę”. Potem popatrzył na mnie i poklepał mnie po ramieniu. Mówił powoli i cicho jakby bardziej zaangażowany był w proces przypominania sobie zaszłych faktów niż w aktualny przekaz słowny:

– …no, tak to znana rodzina, zetknąłem się wielokrotnie na kresach… no mój ojciec był urzędnikiem w gorzelni, no to kontakty z twoim ojcem, tak… aha, wnuczek dobrze się uczy… no to ważne… aha, nauczycielka czyta jego wypracowania w szkole, tak… Znowu popatrzył na mnie. Ja przytaknąłem głową i on po raz kolejny mnie poklepał. – …aha, mąż na Syberii walczył… no to były te krwawe lata… aha, w Szkole Morskiej w Petersburgu i potem… Podał babce rękę, mnie po raz trzeci poklepał po ramieniu i nasze spotkanie przeszło do historii (literatury).

Jarosław Iwaszkiewicz (For. devoir-de-philosophie.com)

Ukończyłem studia prawnicze i zacząłem zajmować się wieczorami literaturą i zacząłem dostawać nagrody w konkursach literackich, i to nawet sporo tych nagród. Dziadek Piotr już nie żył, babka też już była u jego boku, by kontynuować z nim życie wieczne. Jako wnuczek szanujący tradycje rodzinne i szanujący lata walki dziadka Piotra na Syberii, napisałem opowiadanie „Biały Admirał”. Następnie przerobiłem tytuł na „Białą Biel”, by nie kojarzono od razu treści z Wielkorządcą Aleksandrem Kołczakiem.

Opowiadanie zaczynało się w Petersburgu, w Szkole Morskiej. Nie padło tam żadne nazwisko, ale już po przeczytaniu kilku (białych) liter wiadomo było, że te białe, bezkresne śniegi, to przechodzenie białych oddziałów na stronę, która biała nie była, to wycofywanie się dalej i głębiej w Syberię, to przegrana walka oddziałów wiernych carskiej Rosji. Była i biała biel grana na nutę bolesną, i chóralne śpiewanie „Boże chroń Cara” resztek wiernych oddziałów idących na przegraną walkę i drogi zasypane śniegiem z pokrytymi białym szronem twarzami poległych żołnierzy. Jednak, żeby ta biała, bolesna biel nie za bardzo rzucała się w oczy, to było tam też i sporo o służbie dziadka Piotra w Mohylewie, potem o Placu Marsowym w Petersburgu, gdzie był i tętent kozackich koni, świst nahajek na grzbietach strajkujących robotników, wojskowe musztry i było tam też i co nieco z rosyjskich teatrzyków humorystyczno-absurdalnych, że ktoś dłubał w nosie a jak miał od tego zmęczone palce to przychodził sąsiad i pomagał mu z dłubaniem. Były tam też i intelektualne rozmowy prowadzone między Szefem Związku Idiotów a Prezydentem Wszystkich Durni i białe obłoki wybielane przez siarczysty mróz i krwawo zachodzące słońce krwawiące daleki skraj niebios.

Opisałem też port w Murmańsku, skąd dziadek Piotr odpłynął wczesną wiosną tysiąc dziewięćset czternastego roku do Władywostoku. Ten porywisty, lodowaty północny wiatr gnający tumany ciemnych wilgotnych chmur w stronę lądu, skrzące się w światłach gazowych lamp resztki szarego śniegu, opisałem też te pokryte zbutwiałym mchem kamienne falochrony o które rozbijały się z szumem nadbiegające, zimne fale. I tą grupę kobiet i dziewczyn biegnących z rozwianymi, białymi chusteczkami za odpływającym okrętem. 

Poszedłem do redakcji „Twórczości”. Wiedziałem, że Iwaszkiewicz będzie tam tego dnia. Na korytarzu stała jego żona. Drobna, jakby nieco przygarbiona i patrzyła jakimś takim nieobecnym wzrokiem na przechodzących ludzi. Powiedziałem jej głośno, dzień dobry! I ona jakby drgnęła, jakby nieco spłoszyła się i popatrzyła od razu na mnie takim innym wzrokiem. Poruszała przy tym ustami, ale nie byłem tak całkiem pewny co powiedziała i czy w ogóle coś powiedziała.

Iwaszkiewicz wyszedł z gabinetu i przywitał się ze mną. On wysoki, ja wysoki, popatrzyliśmy na siebie. Nic mu moja osoba nie mówiła, nazwisko też nie, widać to było po nim, więc ja zacząłem mówić do niego, że kiedyś spotkaliśmy się w Kaliszu, że moja babka z kresów, że jej ojciec był plenipotentem u… i znał się z… że ja dostałem dużo nagród za opowiadania… On chyba nie bardzo przypominał sobie Kalisz, chyba nie bardzo przypominał sobie moją babkę. Widać to było na jego pomarszczonej twarzy i wynikało to też i z jego słów mówionych jakby z trudem: …no tak… znam takie nazwisko z kresów… tak przeczytam pana opowiadanie… no, zobaczę… Wziął moją „Białą Biel” i podał mi rękę na pożegnanie. Po kilku miesiącach otrzymałem dużą, szarą kopertę od Jarosława Iwaszkiewicza. W środku była jego książka „Petersburg” z dedykacją dla mnie. O mojej „Białej Bieli” biało, czyli ani słowa.

W Petersburgu nigdy nie byłem, ale może pojadę tam by odnaleźć odgłos kroków mojego dziadka Piotra, gdy w czwórkach kadetów defilował na Placu Marsowym przed Carem Mikołajem II, by odszukać ten poszum wioseł unoszący się nad Newą pozostawiony przez łodzie kadetów, odszukać te wieczorne dziewczyny stojące pod gazowymi latarniami i odszukać ich drgające cienie na chodniku, odszukać dziadka śmiech… I może pojadę kiedyś na Ukrainę by zobaczyć te miejsca w których żyli kiedyś moi przodkowie i by może pozostawić tam coś mojego własnego.

Jerzy Marciniak
Lund 05. 01. 2010 r.

Jerzy Marciniak – na stałe mieszka w Szwecji. Laureat konkursów dramaturgicznych: I nagroda w konkursie w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, wyróżnienie w Teatrze Ateneum w Warszawie, wyróżnienie w konkursie Lepsi w Krakowie, II nagroda w konkursie im. S. Grochowiaka w Lesznie, I nagroda w konkursie na słuchowisko z okazji 50-lecia Radia Szczecin. Autor dwóch wydanych powieści i słuchowisk Teatru Polskiego Radia. Tłumacz literatury szwedzkiej.

Tekst ukazał się w nr 1 (101), 15-28 stycznia 2010

X