Gdy mało się wie, wierzy się w różne rzeczy
Henning Mankell
Podczas wojny prowadzone są rozmowy nie tyle o zawarciu pokoju, co o kształcie świata po zakończeniu konfliktu zbrojnego. A przynajmniej o kształcie państwa, które miało słabszych sojuszników.
Nie zawsze siła i determinacja są wystarczające, by wygrać. Nie zawsze agresor ponosi konsekwencje, a wręcz przeciwnie – historia uczy nas, że zbyt często ten, kto rozpętał piekło, okazuje się być wygranym. Owszem, moralność nakazuje stanąć po stronie ofiary, obiecać jej swoje wsparcie i wszechstronną pomoc, problem jednak w tym, że to nie moralność, a zwykle ekonomia decyduje o kształcie granic, reparacjach i o tym, kto tak naprawdę zwyciężył.
Wiele wskazuje na to, że w starciu Ukrainy i Rosji, będącym zarazem wojną pomiędzy demokracją, a autorytarnym reżimem, ten pierwszy kraj został ograny, choć wciąż nie zwyciężony. Ograny przez wielką politykę i Putina, który umiejętnie wykorzystuje niezdolność do prowadzenia światowej polityki przez nowego prezydenta USA.
Donald Trump jest sprawnym populistą, nieco mniej sprawnym biznesmenem – ma na swoim koncie spektakularne porażki i bankructwa, a tajemnicą Poliszynela jest to, że w kryzysowych sytuacjach otrzymywał pomoc z pozornie tylko zaskakującej strony, bo radzieckiej, później rosyjskiej. Niestety, jako przywódca potężnego państwa, rozdającego karty na całym globie, Trump okazuje się być zbyt słaby, by podołać wyzwaniu, jakim jest starcie z oficerem KGB. Ma nieco zbyt małą wiedzę o świecie, by nie ulec rosyjskiej propagandzie i w kilka tygodni po zaprzysiężeniu powiela bezkrytycznie jej treści.
Świat ze zdumieniem słucha o roszczeniach wobec zasobów naturalnych Ukrainy, które mają być zadośćuczynieniem za militarne wsparcie, z jeszcze większym zdziwieniem wsłuchuje się w propozycje, by Stany Zjednoczone skorzystały raczej z rosyjskich bogactw, których jest więcej. Niby wszyscy mają świadomość, że Trump jest człowiekiem robiącym pieniądze i Amerykę wielką, ale nie wszyscy chyba zdawali sobie sprawę z tego, że gotów jest to uczynić za wszelką cenę. Może dlatego, że jeśli cena nie oznacza kolejnych kwot na koncie, nigdy nie będzie zbyt wysoka?
Słyszymy też, że zdaniem Trumpa Wołodymyr Zełenski jest dyktatorem, który bezprawnie rządzi swoim krajem. Mało tego, cieszy się znikomym poparciem swoich rodaków. Słyszymy i trudno nam uwierzyć, że usta otwiera Amerykanin, ale płynie z nich głos Rosjanina. Tymczasem dla amerykańskiego prezydenta to, że powiela kłamstwa, nie ma w zasadzie większego znaczenia. Owszem, możemy próbować go przekonać, że popularność Zełenskiego rośnie, brak wyborów prezydenckich podczas wojny jest zgodny z ukraińską konstytucją, a jeśli mowa o konieczności odsunięcia dyktatora od władzy powinniśmy spojrzeć raczej na Mińsk i Moskwę, a nie Kijów. W rzeczywistości nie chodzi jednak o prawdę – możnych tego świata nikt z niej nie rozlicza, oszustwa Putina też uchodzą mu na sucho.
Problemem jest, że za sprawą takich opinii, których nie podziela Europa, rozbijana jest solidarność Zachodu. Francja, Polska, Wielka Brytania nie mogą stanąć w jednym szeregu z krajem, któremu bliżej dziś do Korei Północnej, Białorusi i Rosji, który nie chce byśmy mówili o tej ostatniej jako o agresorze, bo może urazimy tym samym wrażliwą duszę Putina. Rosjanie już informują, że Amerykanie chcą usunąć Zełenskiego, a w tej sytuacji wszelkie poparcie dla polityki Trumpa w Europie Wschodniej jest wyrażeniem aprobaty dla negowania praworządności nad Dnieprem.
Moskwa przekonuje Amerykanów, że dla niej „nie jest ważne zawieszenie broni, które pozwoliłoby Ukrainie po raz kolejny się dozbroić i po raz kolejny nastawić wszystkich przeciwko naszemu krajowi, ale długotrwały, trwały pokój oparty na wyeliminowaniu przyczyn konfliktu”. Kreuje się na ofiarę, nie sprawcę, równocześnie przypominając kwestie, które służyły za preteksty do rozpoczęcia wojny – szerzenie nad Dnieprem ideologii faszystowskiej, dyskryminację rosyjskiej mniejszości, nielegalne rządy, a jej celem niezmiennie pozostaje wyzwolenie całej Ukrainy spod antyrosyjskiego reżimu.
Rosjanie już dziś mówią o swoich planach na najbliższą przyszłość i są to plany, które ukazują ich jako siewców pokoju. Trudno takim zamiarom nie przyklasnąć, zwłaszcza, gdy słyszymy o ogromnym doświadczeniu, jakie władze na Kremlu mają „w przekształcaniu przeciwników militarnych w przyjaciół lub godnych zaufania współobywateli”. Jeśli nie znamy zbyt dobrze historii, a zarabiając kolejne miliardy raczej nie mamy czasu na jej studiowanie, możemy uwierzyć, że Republika Czeczeńska nigdy nie chciała być niezależna i z radością przystała na rolę „bastionu stabilności na Północnym Kaukazie”. Możemy dać wiarę, że poszła w niepamięć wojna w Afganistanie, a po II wojnie światowej NRD z ulgą oddała się w ręce Moskwy.
Teraz Moskwa wyraźnie sprzeciwia się utrzymaniu „rozgoryczonej, banderowskiej, prozachodniej Ukrainy, której granice zostaną nieco zmniejszone w porównaniu z rokiem 2022”. Wie, że ta zechce się zemścić, a to by oznaczało, że Ukraińcy nie kochają rosyjskich braci – cóż za rysa na wizerunku! Nie chce też Ukrainy porzuconej przez Zachód i zależnej od Rosji, bo taka stanie się polem walki gangów, z czym trzeba by sobie poradzić, a po co komu dodatkowy kłopot.
Dlatego nauczona doświadczeniem podziału Niemiec Moskwa optować będzie najprawdopodobniej za dwiema Ukrainami – zachodnią, niechby i przy tym prozachodnią. Zbyt małą, by być łakomym kąskiem dla NATO i Unii Europejskiej, zbyt biedną, by ktoś chciał z nią robić interesy. Na pewno jednak bezpieczną, bo to tam trafią wszyscy paskudni banderowcy i korzystną dla wszystkich, bo Zachód ucieszy się, że Rosja nie wzięła całości ukraińskiego terytorium, że coś udało się przed nią ocalić. Bruksela, Paryż, Londyn poczują się z tym lepiej, po czym zapomną, że gdzieś tam toczyła się jakaś wojna. A Rosja nie przejmie się rezygnacją z czegoś, co jest dla niej niebezpieczne. „Błąd Stalina polegający na aneksji Galicji i Wołynia i zarażeniu w ten sposób radzieckiej Ukrainy wirusem nacjonalizmu nie może zostać powtórzony”.
Co z pozostałą Ukrainą, tym ukraińskim NRD? Otóż odbierze się jej te regiony, które „chcą” dołączyć do Rosji, przypadkiem bogate w surowce, a z pozostałych ziem utworzy się suwerenne państwo wolne od nacjonalizmu. Jej mieszkańców nauczy się dumy z tradycji kozackiej, rzecz jasna tej związanej z caratem. Wyjaśni się im wagę Rusi Kijowskiej i przypomni, że bez Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej (oczywiście Patriarchatu Moskiewskiego) niemożliwe jest stworzenie silnego społeczeństwa. Będzie tam można mówić po ukraińsku, choć pewnie wszyscy i tak wybiorą rosyjski, o czym już dziś mówi Trump wzywając, by był on w Ukrainie pełnoprawnym językiem urzędowym. I wtedy Ukraińcy zrozumieją, że w rękach Zachodu byli tylko narzędziem, marionetką, mającą osłabić Rosję. Oszukani, wykorzystani znienawidzą tych, których uważali za przyjaciół i zrozumieją, że ich miejsce jest tylko przy Moskwie. Wdzięczni za niepodległość, udział w rosyjskiej wielkości, już nigdy nie podniosą ręki na władzę na Kremlu, a dla obywateli tej „Nowej Ukrainy” dzień rosyjskiego zwycięstwa „stanie się dniem wyzwolenia”.
Rosjanie nie są pewni, czy Ukraina już dziś przestała istnieć, czy zniknie dopiero w 2025 roku, jak mówi doradca Putina Nikołaj Patruszew. Mają jednak pełne przekonanie, że muszą dążyć do zapewnienia sobie gwarancji bezpieczeństwa i zniszczenia ukraińskiego zagrożenia, gdyż przykład Syrii potwierdził słowa Aleksandra Suworowa: nieścięty las odrasta.
Czy Donald Trump zastanawia się, jakim cudem to Ukraina, mniejsza, słabsza, nie okazująca agresji wobec Rosji, mogłaby zagrozić potężnemu sąsiadowi? Czy rozważa, że jedynym, czego Kreml może się obawiać, jest zaszczepienie pragnienia demokracji, poszanowania praw człowieka, sprawiedliwości i wolności w Rosjanach? Czy myśli o tym, że Rosjanie już zapowiadają, że jeśli Mołdawia „nadal będzie interesować się Naddniestrzem, to zajdzie potrzeba wyzwolenia obwodu odeskiego i otwarcia korytarzy do nieuznawanej republiki”? Czy wie, gdzie leży Mołdawia?
Znaleźliśmy się w trudnej sytuacji, takiej, w której zachód Europy coraz głośniej powtarza, że nie można już oglądać się na Stany Zjednoczone i trzeba liczyć na siebie, zarazem robiąc wszystko, by Rosja nie wygrała. Słowa takie dają nadzieję na przyszłość, ale budzą też ogromny niepokój. Bo co, jeśli Moskwa już zwyciężyła, tylko jeszcze tego nie widzimy?
Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 4 (464), 28 lutego – 13 marca 2024
