Czy jesteśmy gotowi przyjmować imigrantów?

Tegoroczna fala niekontrolowanej emigracji do Europy uświadomiła wielu politykom, że polityka imigracyjna, a właściwie jej brak, staje się palącym problemem do rozwiązania.

Kraje Unii Europejskiej, nie mając wyznaczonej przez Brukselę strategii w tej sprawie, bardzo różnie dają sobie z tym radę.

Kraje takie jak Niemcy, Wielka Brytania czy Francja, mają z imigrantami do czynienia od wielu lat z racji przyznania obywatelstwa mieszkańcom swoich byłych kolonii, czy też zapraszanych w latach 1963-1975 przez Republikę Federalną Niemiec Turków, pracujących w przemyśle. Imigranci z tego okresu napływali stopniowo na przygotowane dla nich miejsca życia i pracy, dlatego też problemu z ich adaptacją praktycznie nie obserwowano, pomimo widocznych różnic kulturowych. Z obecnym zalewem imigrantów, wyżej wymienione kraje radzą sobie stosunkowo dobrze. Do nich zalicza się Szwecję, której 12% ludności stanowią imigranci. Kraje średnio radzące sobie to Włochy, Grecja czy mała Malta. Państwa te z racji masowego exodusu nie są w stanie sobie z nim poradzić.

Natomiast państwa „Nowej Unii”, takie jak Czechy, Węgry Słowacja czy Polska mimo, że nie są celem imigrantów, najgłośniej protestują wzbraniając się przed ich przyjęciem lub godząc się na przyjęcie niewielkiej ich liczby. Szczególnie zastanawiająca jest postawa polskiego rządu, który zdeklarował się do przyjęcia około 2000 osób, z zastrzeżeniem, że będą to chrześcijanie. Polacy, którzy w stanie wojennym i później emigrowali setkami tysięcy do Europy zachodniej, USA czy Kanady byli przyjmowani z otwartymi ramionami, poza nielicznymi wyjątkami, powinni być bardziej otwarci na imigrację innych. Niestety tak nie jest i jest to zastanawiające.

Wyznaczenie kryterium religii imigrantów przez panią premier Ewę Kopacz jest nie do przyjęcia. Zresztą polski Kościół katolicki praktycznie milczy w tej sprawie, choć w innych, dotyczących spraw społecznych, nad wyraz chętnie zabiera głos, często wchodząc w kompetencje państwa. W imię humanitaryzmu i wrażliwości społecznej taka konserwatywna postawa dziwi. Polska taką postawą nie przysparza sobie przyjaciół w Unii Europejskiej. Zresztą są już pierwsze głosy niezadowolenia, czego doświadczył podczas swojej wizyty w Berlinie nowo wybrany Prezydent RP – Andrzej Duda. Pomysł pani minister spraw zagranicznych Austrii, aby krajom wzbraniającym się od przyjmowania uchodźców obciąć fundusze unijne, jest całkiem racjonalny. Trzeba zaznaczyć, że na imigrantów przyjętych przez poszczególne kraje, Bruksela przeznacza konkretne fundusze i kraje te nie ponoszą z tego powodu kosztów ich utrzymania i adaptacji.

Polscy politycy nigdy nie pałali chęcią do imigrantów nawet tych z polskimi korzeniami. Szumnie zapowiadane przed kilkunastu laty przyjmowanie imigrantów z Kazachstanu, skończyło się przyjęciem niewielkiej liczby w stosunku do liczby osób deklarujących chęć powrotu do ojczyzny. Politycy tłumaczyli to brakiem finansów w budżecie.

Mało chluby przynosi nam przyjęcie Ukraińców z polskimi korzeniami z Donbasu w lutym tego roku. W obecności kamer wylądowały samoloty wojskowe z uchodźcami na północy kraju, po czym zostali oni na okres pół roku zamknięci w dwóch ośrodkach dla uchodźców, za drutem kolczastym. Państwo umyło ręce, przekazując pieczę nad nimi Caritasowi. Sposób opieki i pomoc w adaptacji imigrantów w tych ośrodkach była daleka od doskonałości, niemało było tam nieprzyjemnych sytuacji dla przebywających tam cudzoziemców. Dał o sobie znać brak profesjonalizmu prowadzących te ośrodki. Wjazdy tych osób do poszczególnych miast deklarujących ich przyjęcie i typowanie miejsc pobytu, to ciąg wielu nieprawidłowości i przypadku. Materiał na ten temat ukaże się niedługo w Kurierze Galicyjskim.

Używanie argumentu, że przyjmujemy uchodźców z Ukrainy i z tego powodu nie możemy przyjąć imigrantów z południa, jest co najmniej nie na miejscu. Tak więc, po wyłączeniu kamer i ustaniu medialnej wrzawy, wraca szara rzeczywistość, czyli brak polityki imigracyjnej prowadzonej przez Polskę. Rządzący muszą dostrzec, że jesteśmy krajem starzejącym się, z dużą emigracją fachowców, w tym lekarzy czy pielęgniarek. Już w tej chwili są znaczne niedobory w wymienionych zawodach, co bardzo komplikuje opiekę i lecznictwo w Polsce. Mimo to samorząd lekarski rękoma i nogami broni dostępu do zawodu cudzoziemcom. Dziwne, że minister Zdrowia zasłania się autonomią samorządów, a panowie Maciej Hamankiewicz i Konstanty Radziwiłł z Naczelnej Rady Lekarskiej tego problemu nie widzą.

Tych kilka przykładów potwierdza brak polityki imigracyjnej państwa polskiego, nie mówiąc o utraconych korzyściach gospodarczych wynikających z niewprowadzenia nowych rąk do pracy w krwioobieg gospodarczy. W tym przypadku, jak w wielu innych dziedzinach życia publicznego, wszystkim steruje kalendarz wyborczy, czyli od wyborów do wyborów. Zamiast długofalowej strategii i propaństwowego myślenia, mamy działania doraźne pod publikę celem osiągnięcia doraźnych celów. To jest choroba, która od dawna toczy polityków i jakoś to im nie przeszkadza.

Liczę, że bez względu na to, kto będzie rządził, znajdzie się kilku odważnych polityków, którzy zmierzą się z przedstawionymi powyżej problemami.

Włodek Bartkowiak
(Jan Wlobart)
Tekst ukazał się w nr 17 (237) 15-28 września 2015

X