Czeka nas kawał roboty

Tekst poniższy, traktujący o problemach przekopu Mierzei Wiślanej, ukazał się dwanaście lat temu 31 lipca 2006 r. w nr. 14 pisma „Z grodu Rewery”, poprzednika „Kuriera Galicyjskiego”.

„Z grodu Rewery” był wtedy dodatkiem do „Gazety Lwowskiej”. Autor tekstu Szymon Kazimierski nie żyje już od dwóch lat. Ciężka choroba zabrała go ze świata żywych. Ale jego wizje są nadal aktualne. To zresztą nic nowego. Kilkakrotnie stawały się podstawą interpelacji poselskich. Pracujemy nad wydaniem zbioru jego tekstów i mamy nadzieję, że do końca roku ukażą się w formie książkowej w ramach Biblioteki Kuriera Galicyjskiego. Zapraszamy do lektury!

Gdy druga wojna światowa miała się ku końcowi, zabierając Polakom ziemie wschodnie, Józef Stalin postanowił być wielkoduszny. Polacy mieli, na otarcie łez, otrzymać oba Śląski: Górny i Dolny, Ziemię Lubuską, Pomorze Zachodnie, Środkowe i Gdańskie oraz Prusy Wschodnie. Wszystko to razem wzięte nie było w stanie zastąpić swoją powierzchnią rozległych połaci kresowych, ale jak to się wtedy mówiło – trudno! Jak się komuś nie podobało, mógł pojechać na Kołymę i tam dokazywać, ile wlezie. Polska dostała więc od Stalina CAŁE Prusy Wschodnie.

Aliści, nie minęło czasu wiele i Józef Stalin dowiedział się o pewnej zaskakującej sprawie. Na północnym odcinku Mierzei Wiślanej, w miejscowości Pilawa (obecnie Bałtijsk), rozbita już wtedy niemiecka Marynarka Wojenna posiadała supertajną, supersprawną i w ogóle wszystko super – bazę okrętów podwodnych. Niech ktoś wierzy lub nie wierzy. Ta baza była nie tylko podwodna, ale i… podziemna! Okręty podwodne dochodziły do niej z morza w zanurzeniu i wypływały na powierzchnię wody w podziemnej części bazy. Tam był ich port, schron, zapasy i warsztaty naprawcze. Zaopatrzone we wszystko okręty opuszczały bazę zanurzając się w podziemnym porcie i wypływały na powierzchnię morza dopiero bardzo daleko od bazy. Nikt o bazie nie wiedział i nikomu nie przychodziło nawet do głowy, że coś takiego istnieje.

Ta informacja musiała wstrząsnąć towarzyszem Stalinem. Zrozumiał bowiem, że okazał się dla Polaków zbyt wielkoduszny. Zostawić im taką bazę morską? Po co im taka baza?

Niby sytuacja była nieco głupia, bo dopiero nadane Polakom ziemie trzeba im było jak najszybciej odebrać, ale co to za problem dla Stalina? Nie takie rzeczy robił. Trochę trzeba było nakłamać Amerykanom i Anglikom. Trzeba było jakoś uzasadnić odebranie Polakom północnych Prus i w dodatku zrobić to tak sprytnie, by nie drażnić Anglosasów informacjami o niemieckiej superbazie. Wymyślono więc, że morski port w niedalekim od bazy Królewcu nie zamarza w zimie, wobec czego Ruscy, którym zawsze wszystko w zimie zamarza, biorą sobie ten port w Królewcu, jedyny niezamarzający, jako rekompensatę po wielkich stratach poniesionych przez ZSRR w czasie wojny.

Jak ten królewiecki port w zimie nie zamarza można się przekonać jadąc do Królewca pod koniec grudnia lub w połowie stycznia. Tak zwany „każdy głupi” będzie mógł wtedy zobaczyć niezamarznięty port.

Stalin i tak był uprzejmy, że chociaż trochę pozmyślał. W roku 1945 Stalin mógł robić, co tylko chciał, i nikomu nie musiał się tłumaczyć. Przegoniło się więc Polaków z Królewca, przegoniło z Pilawy, przegoniło z całych północnych Prus Wschodnich. Jednym pociągnięciem ołówka Stalin wyznaczył granicę nowej rosyjskiej zdobyczy. Królewiec został nazwany Kaliningradem. Północne Prusy stały się obwodem Kaliningradzkim, a baza Kriegsmarine w Pilawie została wytarta z pamięci paru pokoleń Rosjan, Polaków i Niemców. Wszystko, co poniżej kreski, można już było bez żalu oddać Polakom. Mieli niby dostać całe Prusy, ale tak się jakoś porobiło, że dostali połowę. I też się cieszyli! Przynajmniej ci, których Ruscy wyznaczyli do pracy w nowym polskim rządzie.

Kreska, oddzielająca Prusy radzieckie od Prus polskich, na pewno nie przypadkowo, pozostawiła po stronie radzieckiej wejście na Zalew Wiślany, akwen pomiędzy brzegiem kontynentu i wąskim, podobnym trochę do Helu, półwyspem Mierzei Wiślanej. Wejście z morza na Zalew jest tylko jedno. Właśnie to, koło bazy niemieckich U-bootów w Pilawie. W roku 1945 Polska i ZSRR podpisały nawet układ zezwalający polskim statkom na wpływanie tym wejściem na Zalew i wychodzenie z Zalewu na Bałtyk, ale chyba ani Polacy, ani Ruscy nie myśleli na serio przestrzegać takiej umowy, która zezwalałaby Polakom na szwendanie się koło największej ruskiej tajemnicy. Była sobie więc taka umowa po to, żeby mogła sobie być i świadczyć o dobrych stosunkach pomiędzy sąsiadami. Od wielkiego dzwonu przechodziły tamtędy jakieś polskie jednostki i wtedy wydarzenie zapisywano złotą farbą, bodaj czy nie w kominie. Normalnie Ruscy zawracali wszystkie polskie jednostki już na wyznaczonej przez Wissarionowicza linii, dzielącej wody Zalewu, na wiele kilometrów od miejsca, gdzie znajduje się cieśnina Pilawska, czyli wyjście z Zalewu na morze.

Zalew jest podłużnym zbiornikiem wodnym o długości 90 km. 35 kilometrów Zalewu należy do Polski. Polska część Zalewu to 328 kilometrów kwadratowych powierzchni, czyli dość duży „kawał” wody. Na wiele kilometrów przed wyjściem z Zalewu na Bałtyk Stalin przeciął granicą Mierzeję Wiślaną, zamknął granicą wody Zalewu i, wychodząc z granicą na ląd, przeciął nią w poprzek całe dawne Wschodnie Prusy.

Tak to sobie było aż do czasu rozpadu Związku Radzieckiego. Wtedy okazało się, że rosyjski obwód Kaliningradzki jest odcięty nie tylko od Rosji, ale i od bardzo Rosji sprzyjającej Białorusi.

Po tym, jak powstała niepodległa Litwa, do obwodu nie można było dojechać pociągiem. Prezydent Putin poprosił Polskę o pozwolenie na powstanie „korytarza” dla komunikacji Rosji z obwodem poprzez Białoruś i Polskę. W Polsce podniósł się krzyk, że już kiedyś Adolfowi Hitlerowi też zależało na polskim „korytarzu”. Odmówiono wtedy Rosji korytarza.

Czy spowodowało to jakieś odwetowe działania Rosji na granicy w Zalewie Wiślanym? Jakoś sobie takich działań nie przypominam, ale sprawa „korytarza” narobiła dużo złej krwi i można było przypuszczać, że będzie to powodem niejednego problemu na przyszłość. Co jakiś czas można było się dowiedzieć, że władze rosyjskie zabraniają polskim statkom wpływać na rosyjską część Zalewu Wiślanego, to znów, że Rosjanie czepiają się o wizy dla polskich pasażerów nawet nieschodzących ze statków na rosyjski brzeg, a to znowu powstawały problemy z powodu braku u Polaków jakichś, najczęściej zupełnie niezrozumiałych, dokumentów.

Problem narastał i narasta nadal. Ostatnio znowu nie można pływać po ruskim Zalewie. Armatorzy statków wściekają się, bo ich firmy plajtują. Leżące nad Zalewem miasto Elbląg, które rozpoczęło budowę portu za ponad cztery miliony euro, czuje się zagrożone. Inwestycja jest bezsensowna bez możliwości swobodnego wypływania z Elblągu na morze.

Powoli zaczęto mieć dosyć kapryśnych Rosjan z ich ciągłym gniewaniem się i przepraszaniem, zamykaniem i otwieraniem, z tym całym cyrkiem tak ulubionym przez rosyjską administrację.

Już w roku 1983 rozpoczęto poszukiwania obejścia ruskiego Zalewu poprzez przekopanie Mierzei Wiślanej gdzieś na odcinku jego części polskiej. W latach dziewięćdziesiątych Komitet Badań Naukowych Uniwersytetu Gdańskiego pod kierownictwem profesora Tadeusza Jednorała opracował projekt przebicia Mierzei Wiślanej w miejscowości Skowronek. Kanał miałby długość 1300 metrów, głębokość 6 metrów, szerokość przy dnie 40 metrów i szerokość na poziomie wody 80 metrów. Czas przepływu statku przez kanał z Zalewu na morze obliczono na 20 minut. Kanał miałby jedną śluzę o długości 180 metrów, głębokości 6 metrów i szerokości 24 metry. Nad kanałem wznosiłby się zwodzony most. Koszt powstania obiektu oceniono na 40 milionów dolarów. Mędrcy obliczyli, że z pobierania opłat za przepłynięcie kanałem koszt budowy zwróciłby się po siedmiu latach.

I wtedy rozległ się straszny krzyk. Ale to nie Rosjanie krzyczeli. To krzyczeli nasi obrońcy przyrody. Dziwne bractwo, które dzięki kilku sprytnym posunięciom zaczęło mieć stanowczo za dużo do powiedzenia w każdej, czy to błahej, czy to bardzo ważnej sprawie. Oni podobno bardzo lubią żyć po staremu, świecąc sobie nocą łuczywem, chodząc w łykowych łapciach, śpiąc na sianie koniecznie z zapchlonym psem gdzieś w pobliżu. Jeśli to prawda, co o nich wygadują inżynierowie, potrafią oni zakrzyczeć każdą inicjatywę nowej drogi, mostu czy kanału.

Według nich po przekopaniu Mierzei mają nastąpić katastrofy, przy których plagi egipskie byłyby figlami małej myszki Miki. Już nie wszystkie plagi pamiętam, ale na pewno Mierzeja miałaby się rozpaść, a ryby wyzdychać. Jakby już nie zdychały od g…a, spływającego od dziesięcioleci ze ściekami miast położonych nad Zalewem. Gdyby przekopano Mierzeję, g…o miałoby może jakąś szansę wydostać się na pełne morze, bo teraz takiej szansy nie ma. Wyjście na morze znajduje się za daleko.

Dlaczego ekologowie tak krzyczą? Dlaczego nie podoba im się wizja g…a wychodzącego pełną parą na pełne morze? Może chodzi im o to, co zawsze nam powtarzano w szkole, że jak ktoś nawarzył piwa, to niech go teraz sam wypije. Przysięgam! Nigdy nie mieszkałem nad Zalewem!

Ekologowie będą krzyczeli tak długo, jak długo nikomu tak naprawdę nie będzie zależało na wykonaniu przekopu, lub tak długo, jak długo nie będzie pieniędzy na jego wykonanie. Jeżeli znajdzie się jedno i drugie, poradzą sobie i z ekologami.

Przyjdzie się nam natrudzić! Z wykopu pod kanał należy wywieźć 1,5 miliona metrów sześciennych ziemi i piasku. Pogłębienie toru wodnego na dnie Zalewu od przekopu przez Mierzeję do portu w Elblągu, to następne 1,1 miliona metrów sześciennych. Natomiast na końcu tej roboty z Elbląga po czyściutkich i niebieściutkich wodach zalewu wypłyną, lakierowane na biało, statki pełne wesołych pasażerów. A Ruskim i ekologom będzie żal.

Szymon Kazimierski
Tekst ukazał się w czasopiśmie „Z grodu Rewery”, nr 14, 31 lipca 2006

EPILOG
– Będziemy realizować przekop Mierzei Wiślanej – powiedział podczas spotkania 23 sierpnia 2018 roku z wyborcami w Elblągu premier polskiego rządu Mateusz Morawiecki. Szef rządu zapewnił, że środki na ten cel zostały zagwarantowane w budżecie. (…)

– Obiecaliśmy przekop Mierzei Wiślanej i ten przekop Mierzei Wiślanej będziemy robić – podkreślił szef rządu podczas wystąpienia na bulwarze Zygmunta Augusta nad rzeką Elbląg.

– Właściwie już są pieniądze w budżecie na to przeznaczone, pieniądze w budżecie rządowym, nie z budżetu europejskiego, tylko z uwagi na nasz program uszczelniania podatkowego – dodał Morawiecki.

Jak ocenił, ta inwestycja jest fundamentalna dla ożywienia gospodarczego Elbląga i całego subregionu elbląskiego. Przekop przez Mierzeję Wiślaną, jeden z głównych projektów rządu, ma powstać w miejscowości Nowy Świat, liczyć będzie ok. 1300 m długości i 5 m głębokości. Umożliwi wpływanie do portu w Elblągu jednostek o zanurzeniu do 4 m. Przez kanał będą mogły przepływać statki o długości 100 metrów i szerokości 20 m. Budowa ma rozpocząć się w ostatnim kwartale 2018 r. po zakończeniu konsultacji w związku z raportem oddziaływania na środowisko.

(PAP)

Tekst ukazał się w nr 16 (308) 31 sierpnia – 17 września 2018

X