Co wygra Rosja?

Ostatnie posunięcia Kremla coraz dobitniej świadczą o tym, że Władimir Putin nie jest wizjonerem, brak mu jest pomysłu na własny kraj.

Chcąc odbudować imperium próbuje wpisać rzeczywistość XXI wieku w schemat znany z czasów Związku Radzieckiego, bo najwyraźniej znalezienie nowej definicji dla słowa „potęga” przekracza możliwości jego wyobraźni. Znów ma być bogato, choć siermiężnie – wielkie państwo i równie wielkie złudzenia, potęga, której nie da się zbudować bez rzeszy niewolników i bata. Co ciekawe, w tym wszystkim Putin stracił z oczu Rosję i zabrnął w niebezpieczny zaułek, w którym nie pozostaje mu nic innego, jak odwoływać się do przeszłości, bo nowej przyszłości nie umie stworzyć.

Usiłując odtworzyć radziecką strefę wpływów na obszarze byłych republik, skoncentrował swoją uwagę na części europejskiej, stosunkowo niewielkiej i już częściowo oswojonej. Białoruś czy Mołdawia nie wydawały się być żadnymi przeszkodami dla moskiewskich działań. Pribałtyka poprzez związki z Unią Europejską i NATO jest co prawda stracona, ale nie oznacza to, że nie można jej od czasu do czasu postraszyć separatyzmem czy zielonymi ludzikami – póki co i to dobre. Pozostała jeszcze Ukraina, którą w wariancie optymistycznym uda się podzielić na kawałki i kolejno je jeśli nie zjeść, to zapakować do rosyjskiej lodówki i wykorzystać za jakiś czas. Wariant pesymistyczny zakłada, że Kreml Ukrainę tylko odseparuje od Zachodu, a raczej tak zdestabilizuje jej sytuację, że Zachodowi odechce się jakichkolwiek kontaktów z Kijowem.

Paradoksalnie wariant pierwszy może okazać się dla Ukrainy znacznie lepszym rozwiązaniem. Utrata Krymu, jakkolwiek bolesna, nie zagroziła istnieniu państwa. Jest wielce prawdopodobne, że oderwanie się wschodnich obwodów kraju także podkopałoby jego prestiż, morale, wpłynęłoby na gospodarkę, lecz nie starłoby Ukrainy z mapy świata. Natomiast izolacja od kontaktów z Unią Europejską i NATO, z jaką z każdym miesiącem Kijów będzie się borykał w coraz dotkliwszy sposób, spowoduje, że państwo to zginie w społecznej, politycznej i gospodarczej świadomości świata. Na tle osamotnionego, „banderowskiego” Poroszenki Aleksander Łukaszenka wyrośnie na demokratę, który dystansując się wobec moskiewskiej polityki będzie zasługiwał na uwagę i wsparcie Zachodu, mamionego wizją demokratyzacji Białorusi. Jeden kraj persona non grata zastąpi inny, bilans wyjdzie na zero, a przeciętny James czy Pierre nie zauważą żadnej zmiany w Europie.

Tylko nad Dnieprem będą upadać kolejne zakłady pracy, społeczeństwo będzie szukało drogi ucieczki (której póki co Bruksela nie chce otworzyć znosząc wizy), a ci, którzy pozostaną, za pewien czas pogrążą się w przeświadczeniu, że świat ich zdradził, a co za tym idzie pozostaje im albo zwrócić się w stronę Rosji, albo zaakceptować pozycję pariasów Europy. Winą za tę sytuacją obciążą polityków, a wybór kolejnego prezydenta może okazać się gwoździem do ukraińskiej trumny, gdyż albo będzie on prezentował skrajnie nacjonalistyczne poglądy, albo zepchnie kraj na drogę ścisłej współpracy z Moskwą, bo na Zachód nie będzie miał już po co spoglądać.

Stoimy dziś na progu drogi prowadzącej do realizacji takiego scenariusza, choć jeszcze jest czas, by z niej zawrócić. Dzisiejsza Rosja jest wielkim eksperymentem. Bazuje na retoryce rodem z Rosji radzieckiej, na pomnikach Lenina, sile wojny ojczyźnianej i czerwonych proporcach. Ukraińcy są tego świadomi i nie spiesznie im wracać do Związku Radzieckiego. Ale warto zastanowić się, co byłoby, gdyby Putin potrafił kreować nową rzeczywistość, a nie wykopywać trupa starej. Na ile rosyjska retoryka budowy imperium, chcącego współpracy z bratnimi narodami, w którym nie będą już powielane sowieckie błędy, a zyski z potęgi będą dzielone sprawiedliwie, byłaby atrakcyjna dla Ukraińców, nawet, jeśli ostatecznie okazałaby się złudna?

Putin przegrywa dziś Ukrainę nawet nie tyle przez wojska w Donbasie, co przez propagandę. Gdyby nie była tak antyukraińska jak jest, niewykluczone, że mógłby kupić Kijów hasłami, dzięki którym dwa narody zjednoczyłyby się we wspólnej działalności na płaszczyźnie ekonomicznej, korzystając w pełni z dobrych stron odwiecznej bliskości. Ba, wystarczyło nie podbijać Krymu, a doprowadzić do jego szerszej autonomii, co pozwoliłoby zachować twarz Ukraińcom, a Rosjanom eksploatować półwysep do woli, aby zachować stosunkowo dobre relacje dwustronne. Teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, by taki pomysł jeszcze zrealizować. Dla Putina przecież nie ma rzeczy niemożliwych.

Na Kremlu jednak w ten sposób się dziś nie myśli, nie szuka się sojuszników, a wasali. Póki tak jest Zachód ma przed sobą stosunkowo przewidywalnego przeciwnika. Ma też wciąż szansę przejąć pod swoje skrzydła Ukrainę, a tym samym osłabić Rosję. Oczywiście, możliwe jest, że w ten sposób można sprowokować wojnę, lecz byłaby to prawdopodobnie ostatnia wojna Putina, czego musi on być świadomy.

To, że Kreml zmieni retorykę jest dziś niemal niewiarygodne, ale nie można tego wykluczyć, a wówczas Kijów podryfuje w stronę Rosji. Nie można też założyć, że lada chwila nie nastąpi eskalacja konfliktu, po czym Rosja oderwie wschodnie obwody Ukrainy. Na razie Zachód przyczaił się i obserwuje, co się wydarzy, nie wykonuje żadnych ruchów by nie drażnić niedźwiedzia. Ten coraz bardziej się miota i chce kontrolować rzeczywistość, ograniczając działanie na terytorium Rosji „organizacji niepożądanych”, które „wciągają państwa w konflikty wewnątrzpolityczne, militarne i międzynarodowe”, co jest echem czasów, gdy NKWD mogła pozbawić kogoś życia za sprofanowanie ideałów komunizmu.

Przy tym wszystkim, wszelkie działania stron zaangażowanych w rosyjsko-ukraiński konflikt, noszą znamiona pozorów. Komuś jednak te złudzenia, fasadowe decyzje i iście potiomkinowskie wsie będą musiały przynieść korzyść. Wydaje się, że na pewno nie Kijowowi, ale przecież wszystko jeszcze może ulec zmianie.

Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 10 (230) 29 maja – 15 czerwca 2015

X