Zrezygnować z Ukrainy?

Pół roku minęło odkąd po raz ostatni przekraczałem polsko-ukraińską granicę. Nie był to nigdy moment sielankowy: Hrebenne – Rawa Ruska. Autobusy są uprzywilejowane, zatem odprawa trwa tu krócej, niż w wypadku samochodów osobowych. Pomimo wszystko godziny przestane na granicy były koszmarem.

Kurs w stronę Lwowa był jeszcze znośny. Na Ukrainę raczej niczego się nie przemyca w ilościach hurtowych, więc nie ma potrzeby przeglądania bagaży. Nawiasem mówiąc, kilka lat temu w pociągu Przemyśl – Czerniowce ukraińscy celnicy spytali, czy wwożę ikony na Ukrainę. Przecież to od was się wywozi – odpowiedziałem. Urzędnicy parsknęli śmiechem i na sekundę pokazali ludzkie oblicze… ale to było 10 lat temu i inne przejście graniczne. Lata mijały, ukraińscy urzędnicy pozbywali się powoli sowieckiej skorupy i stawali coraz częściej uprzejmi. Niekoniecznie było tak po polskiej stronie. Zwłaszcza, gdy mieli do czynienia z Ukraińcami.

Powroty były o niebo gorsze: godziny, godziny, godziny. Postój po ukraińskiej stronie w miarę znośny i… Hrebenne. Koszmar, którego nie sposób racjonalnie wytłumaczyć. Autobus stał i czekał. Pogranicznicy sprawdzili paszporty, pasażerowie czekali a celników ani widu ani słychu. Czas ciągnął się z oporem papieru ściernego – zmęczenie, niewyspanie i oczekiwanie na moment, kiedy pracownicy państwowi (a więc utrzymywani również z moich podatków) zaczną wykonywać swoją pracę. Niezbyt się spieszyli, bo mieli do czynienia z „zarobitczanami”. Nie było do kogo się spieszyć… Obiecywałem sobie: ostatni raz jadę autobusem. Za każdym razem!

Przyszło Euro 2012. Obietnice. Granica będzie przejezdna bez przetrzymywania, sprawdzania bagaży wyrywkowe. Wspólne, polsko-ukraińskie odprawianie(!) w trakcie Euro miało trwać 20 sekund o ile zarejestrowali się wcześniej przez internet. O tym donosił zresztą Kurier Galicyjski. Miało być miło, sympatycznie i sprawnie. Nie wiem, czy było – jeżeli nastąpiła jakaś zmiana na lepsze, to na krótko. Jednak było oczekiwanie, że ta granica ucywilizuje się.

W połowie lipca znowu jechałem do Lwowa. W miarę sprawnie: granica cywilizacji łacińskiej i bizantyjskiej. Po stronie łacińskiej – naburmuszony pogranicznik, po bizantyjskiej miła, uśmiechnięta pani, ale nic to. Urzędnicy nie są od tego, żeby byli mili. Mają być sprawni. Tacy amerykańscy pogranicznicy – to dopiero są niemili, nasi też mogą.

Powrót – to miał być prawdziwy sprawdzian. I był. To przejście graniczne nie tylko nie okazało się bardziej ludzkim, ale wróciło do najgorszych tradycji. Siedem godzin na granicy. Przetrzymywali Ukraińcy, przetrzymywali Polacy. Wspólna odprawa? Po co? Jak mi powiedział znajomy z Winnicy – to by ich pozbawiło potężnego źródła dochodów, bo by wzajemnie patrzyli sobie na ręce.

Godziny oczekiwania – wreszcie puścili. Przejeżdżamy kilkadziesiąt metrów – granicę łacińsko-bizantyjską… Zapewne tę myśl miał w głowie młody Ukrainiec, który za mną siedział – uff! Wyjechaliśmy z Ukrainy. U Polaków będzie lepiej!

– Bedzie jeszcze gorzej – odpowiedziałem. Milczał. Nie skomentował. Z pewnością uważał, że to jest granica cywilizacji, że wjeżdża do Europy i tu musi być lepiej. Otóż nie musi, ale on tego jeszcze nie wiedział. Prawdopodobnie nie był z Galicji, był gdzieś z Wielkiej Ukrainy i znajomi nie opowiadali mu o tej granicy. Jechał do Europy na wakacje. A Europa okazała się bardzo swojska. To prawda – nie wygoniono nas wszystkich z bagażami i nie musieliśmy czekać poza autobusem w nieskończoność. Poprawiło się… tyko, że w dusznym autobusie czekaliśmy dłużej niż zwykle. Dojechałem do domu skonany. Obiecałem sobie: już więcej nie pojadę autobusem!!!

Tylko, że za tydzień wracam na Ukrainę. Połączenia kolejowe są beznadziejne, a samolot do Lwowa drogi. Tanie linie łatają z Katowic do Kijowa – mi nie po drodze. Jaki mam wybór? Zrezygnować z Ukrainy?

Wojciech Jankowski

X