Złoto ukryte

Złoto ukryte Awers zapinki z przełomu III i IV wieku znalezionej w Bielanach Wrocławskich (Fot. Tomasz Gąsior, wiadomosci.gazeta.pl)

Gdyby nagle, jednego dnia, wydobyto wszystkie złote skarby, ukryte, zakopane w ziemi, zatopione w morzach, rzekach, czy jeziorach, mogłoby się okazać, że cena złota spadła poniżej ceny miedzi.

Ukrytego złota jest bowiem mnóstwo. Od najdawniejszych czasów ludzie ukrywali swoje prywatne złoto przed rabunkiem lub złoto właśnie zrabowane przed przedstawicielami prawa. Rabusie na wielką skalę, czyli książęta i królowie, prędzej czy później trafiali na większego od siebie rabusia. Wówczas do skrytek ładowano złoto zwożone wozami. Skrytki maskowano. Niektóre przetrwały nienaruszone do dzisiaj.

Na morzach złoto tonęło wraz z tonącymi statkami. Na rzekach i jeziorach katastrofy najczęściej odbywały się zimą. Zarywał się lód pod przeciążonymi saniami. Przepadały pod lodem ładunki, ludzie i konie. Wypadki komunikacyjne, choć same w sobie nie mające nic wspólnego z ukrywaniem złotego skarbu, niechcący takie skarby tworzyły. Powstawały prawie zawsze w jakim trudnym dla człowieka miejscu, uniemożliwiającym odzyskanie utraconego złota. Mijające lata coraz dokładniej maskowały skarb osypującym się na niego mułem, obrastaniem roślinnością.

Zaraz po ostatniej wojnie, kilku zdemobilizowanych pilotów RAF utworzyło towarzystwo poszukiwania skarbów na Morzu Karaibskim. Wynajęto mały stateczek i kilku zawodowych poławiaczy pereł, którzy mieli nurkować w miejscu spodziewanych wraków hiszpańskiej floty przewożącej ładunki złota z Meksyku do Hiszpanii. Jeden z pilotów był zbieraczem muszli i oryginalnych koralowców. Prosił więc, niejako prywatnie, by nurkowie przynosili mu z dna jakieś ładne muszle i korale. Gdy osiągnięto miejsce, gdzie miały leżeć na dnie zatopione przed trzystu laty przez huragan hiszpańskie galeony, nurkowie zaczęli skakać do morza ze specjalnego pomostu. Niestety. Na dnie nie było nawet śladu po hiszpańskich statkach. Przynosili natomiast hobbyście bardzo oryginalne bryły koralowca, których wkrótce uzbierało się dość dużo. Zaczęto manewrować statkiem, szukając innego miejsca. Nurkowie jednak niczego nie mogli znaleźć. Dno było puste. Mijały dni. Kończyły się pieniądze. Wszyscy chodzili po statku zdenerwowani i wściekli. Ktoś potknął się o bryłę koralowca i przewrócił. Klnąc kolegę zbieracza, trzasnął w bryłę korala dużym młotem. Prysnął koral, a na pokład potoczyły się złote monety. Była to obrosła koralem drewniana skrzynka pełna złotych pieniędzy. Zaczęło się rozbijanie wszystkich koralowych brył. W każdej były pieniądze. Natychmiast skierowano statek na poprzednie miejsce, gdzie jak mówili nurkowie, było pełno takich brył. Szczęściem, trafiono na to miejsce i zaczęła się orgia wydobywania złota. Pod stosami skrzynek z monetami leżała złota zastawa stołowa, a nawet cały, złoty stół! Zawalony wydobytym złotem stateczek poszukiwaczy skarbów zanurzał się coraz bardziej w wodzie i w pewnej chwili stwierdzono, że statek może zatonąć, albo przewrócić się. Z ciężkim sercem wyrzucono nieco złota do morza obiecując sobie, że przecież zaraz przypłyną tu z powrotem… Już nigdy więcej nie znaleźli tych zatopionych galeonów.

Awers zapinki z przełomu III i IV wieku znalezionej w Bielanach Wrocławskich (Fot. Tomasz Gąsior, wiadomosci.gazeta.pl)

Nie bardzo znający się na rzeczy nurkowie, spodziewali się zobaczyć na dnie jakieś stare, zatopione statki. Po trzystu latach z drewnianych statków nie zostało nic, a ich ładunek obrósł koralem. Dno morskie nigdy nie jest niezmienne. Wciąż coś się na nim dzieje. Morze potrafi w jedną burzliwą noc zabrać sobie całą, wielokilometrową plażę. Na drugą noc usypać ją z powrotem. Brytyjscy oficerowie mogli poprawnie odszukać miejsce, ale na dnie niczego już nie było widać. Morze zawaliło wraki wielometrową warstwą piasku. Jest nadzieja, że za następne trzysta lat odkopie je dla jakiegoś innego poszukiwacza.

Czy ogromne złote skarby muszą być znajdowane wciąż tylko na wyspach Morza Karaibskiego? Czy w Polsce nie ma jakiegoś naprawdę wielkiego skarbu, który mógłby równać się z tymi zagranicznymi? Mogę odpowiedzieć z całą satysfakcją, że są w Polsce takie skarby. Jeszcze dotychczas nie odkryte. I chyba największy z nich. Tak zwane – „wrocławskie złoto”.

Wrocławskie złoto, to skarb niemiecki, to skarb z czasów ostatniej wojny, to kilkanaście ton złota w sztabach i wyrobach jubilerskich. Wrocławskie złoto, to zasoby złota banków Wrocławia i wszystkich miast Dolnego Śląska oraz depozyty ludności cywilnej.

Rzesza niemiecka już padała. Rosjanie już wchodzili na Śląsk, Amerykanie zajmowali Bawarię. Złota z Dolnego Śląska już nigdzie nie można było wywieźć. Początkowo zwieziono je do Wrocławia. Tam, w gmachu wrocławskiej policji, pakowano złoto do numerowanych skrzyń. Jedna załadowana skrzynia ważyło około 300 kilogramów i musiało ją przenosić sześć osób. Skrzynie wywieziono gdzieś i tam ukryto. Tak skutecznie, że nikt nie znalazł wrocławskiego złota do dziś. Niemcy, prawdopodobnie bardzo dobrze wiedzą, gdzie leży wrocławskie złoto, ale przecież nie są frajerami, żeby się do tego przyznawać.

Kto znajdzie wrocławskie złoto? Kto znajdzie wrocławskie złoto narobi sobie kłopotów. Mówi się, że wrocławskiego złota ktoś pilnuje. Że ludzie, którzy jakoby albo już go znaleźli albo tylko zbyt blisko do niego podeszli, ginęli od noża, kuli, lub wypadków drogowych. Jeden nawet utopił się w swojej wannie.

Skarbów mniejszych od wrocławskiego złota jest na Dolnym Śląsku bez liku. Czasami natrafia się na skrytki już opróżnione. Ktoś znalazł skarb, wydobył, często od razu sprzedał na Zachód. Pozostała pusta, przepastna dziura gdzieś w górach, lub niezauważone dotychczas, szeroko otwarte teraz drzwi prowadzące do pustego pomieszczenia w zamkowych piwnicach. Polskie prawo dotyczące znalezionych skarbów do niedawna było wyjątkowo pazerne, więc tak jak pazerna baba z bajki o złotej rybce, często i ono traciło pałace i szaty ze złotogłowiu i zostawało na końcu opowieści z rozeschłym korytem.

Przemysł produkuje coraz nowsze, coraz sprawniejsze urządzenia do penetracji ziemi w celu znalezienia skarbów. Są jeszcze w użyciu aparaty podobne do wojskowych wykrywaczy min. Teraz przewyższające wielokrotnie swoich wojskowych poprzedników. Penetrują głębiej i już od razu pokazują, czy w ziemi jest żelazo, czy złoto. Widziałem pokaz działania urządzenia zwanego radarem geofizycznym. Można nim wykrywać podziemne tunele. Przyrząd od razu pokazuje, czy tunel jest pusty, czy wypełniony skrzyniami. Jak widać, poszukiwacze mają teraz dostęp do sprzętu, o jakim jeszcze przed kilku laty ani się im nie marzyło. Widać teraz również i to, że łatwiej jest wynaleźć naprawdę rewelacyjnie działający aparat niż zmienić mentalność na normalną u niejednego twórcy prawa. Mamy więc najnowszy sprzęt amerykański, i prawo dające poszukiwaczowi za znalezisko o wartości milionów złotych – dyplom uznania za pięćdziesiąt groszy.

Dzwon zrabowany z Polski w czasie potopu szwedzkiego znajduje się obecnie w Szwecji w katedrze w Upsali (Fot. archeolodzywpodrozy.blogspot.com)

Od stuleci, oprócz złota, kradziono sobie i ukrywano przed złodziejami, dzwony. Czasami złodziejem było własne państwo. Długa, wyniszczająca gospodarczo wojna jest największym zagrożeniem dla dzwonów. Stop, z którego zostały ulane, jest wręcz idealny do wykonanie pierścieni uszczelniających dla pocisków artyleryjskich. Pocisków artyleryjskich potrzeba wciąż więcej i więcej. Pierścienie uszczelniające giną w wybuchu razem z całym pociskiem. Wreszcie zapasy metalu potrzebnego do wyrobu pierścieni się kończą i państwo, albo okupant, zaczyna strzelać pociskami uszczelnionymi metalem z naszych dzwonów.

Kiedyś kradli dzwony tylko po to by sobie podzwonić u siebie w domu. Tak dzwonią sobie Szwedzi polskim dzwonem z Torunia. Największy w Szwecji dzwon z katedry w Uppsali, to polski dzwon zabrany z kościoła św. Jakuba w Toruniu. Szwedzi chcieli też zabrać z Torunia drugi wtedy co do wielkości dzwon polski, siedmio i pół tonowy „Tuba Dei”, ale mieszczanom toruńskim udało się wykupić dzwon od szwedzkiego żołdactwa za sumę dwunastu tysięcy talarów.

I takim to sposobem „Tuba Dei” (Trąba Boża) ocalał. Jest teraz trzecim co do wielkości dzwonem polskim. Drugim jest, kiedyś pierwszy, wawelski „Zygmunt” (prawie jedenastotonowy). Pierwsze miejsce zajmuje od niedawna, od czerwca 2003, „Święty Józef” z bazyliki w Licheniu (jedenaście ton sześćset).

Gdy byłem w Stanisławowie, opowiadano mi o kościelnych dzwonach zakopywanych przez parafian, chcących ratować dzwony przed bolszewikami, później jeszcze przed Niemcami. Podobno teraz, kiedy nareszcie można zająć się odnawianiem kościołów, nie można znaleźć dzwonów. Minęło już tyle lat od chwili ich zakopania, że albo ludzie zakopujący dzwony już poumierali, albo otoczenie kościoła tak bardzo się zmieniło, że utrudnia to poszukiwania. Słyszałem, że kilka lat temu wykopano tak właśnie ukryty dzwon niedaleko bieszczadzkiej Komańczy. Pokazywany w telewizji, prezentował się pomimo wieloletniego przebywania w ziemi, nadzwyczaj dobrze.

Wojskowym wykrywaczem min nie wykryjemy dzwonu. Wykrywacz wojskowy przystosowany jest do wykrywania stali. Do wykrycia dzwonu, lub złota, powinniśmy zastosować detektor potrafiący rozróżnić stal od metali szlachetnych. Maksymalna głębokość poszukiwań dla dostępnych powszechnie detektorów, to około półtora metra, do metra siedemdziesiąt. Są wykrywacze sięgające oczywiście głębiej. Wtedy wszakże, zaczynają być diabelnie drogie. Gdy więc zakopany kiedyś dzwon naprawdę się zagubił, wcale nie trzeba zbierać pieniędzy na nowy. Jest dość możliwości, by zdawałoby się beznadziejnie zgubiony dzwon, odnaleźć. A że ktoś zaraz potem odnajdzie sobie i garnek złotych talarów z cesarzową Teresą zakopanych przez pradziadka koło nie istniejącej już od lat gruszki, to jeszcze lepiej. Niech Pan Jezus pobłogosławi.

Szymon Kazimierski
Tekst ukazał się w nr 12 (232) 30 czerwca – 16 lipca 2015

X