Zapalając światełko pamięci

Zapalając światełko pamięci

W obliczu spraw ostatecznych stajemy się łagodniejsi, bardziej wyrozumiali, skłonni do wybaczania tym, co nas skrzywdzili i proszenia o wybaczenie tych, którzy cierpieli przez nasze błędy. Odwiedzając cmentarze często poświęcamy chwilę zadumy nie tylko tym, co odeszli do lepszych krain, ale i żywym.

Zresztą to przecież czas, gdy granice pomiędzy światem, jaki znamy, a zaświatami zacierają się, a my możemy wiele nauczyć się od swych Przodków. Dlatego nie dziwi uwaga, jaką poświęcamy nekropoliom, zwłaszcza tym, które wpisały się w historię naszego narodu. Tam szczególnie mocno czuć, jak wielki obowiązek nakłada na nas spuścizna pozostawiona przez naszych poprzedników. Chociażby wędrówka alejami Cmentarza Łyczakowskiego jest swoistą wyprawą nie tylko w przeszłość, ale także i w głąb własnej duszy, w zakamarki odpowiedzialności, którą mamy wobec przyszłych pokoleń.

Brama główna Cmentarza Łyczakowskiego we Lwowie (Fot. Maria Basza)

Paląc dziesiąty już raz znicze w ramach akcji „Światełko pamięci dla Cmentarza Łyczakowskiego”, zorganizowanej dzięki zaangażowaniu osób prywatnych związanych z Radiem Lwów, podchwyconej następnie przez Konsulat Generalny Rzeczypospolitej Polskiej we Lwowie oraz Telewizję Rzeszów, wspominać będziemy tych, którzy spoczęli na jednej z najstarszych europejskich nekropolii. Od 1786 roku znajdywali tutaj miejsce wiekuistego snu między innymi ludzie, którzy pozostawili po sobie wielkie dzieła, obrazy, wiersze, księgi, owoce badań naukowych, wspaniałe budynki, uleczonych ludzi czy zawiłe matematyczne twierdzenia. Stefan Banach, Władysław Bełza, Zygmunt Gorgolewski, Henryk Mosing, Karol Szajnocha, Artur Grottger, Maria Konopnicka, Gabriela Zapolska – nie sposób wymienić wszystkich. Obok nich leżą ci, którzy polegli broniąc swojej ojczyzny. Weterani insurekcji kościuszkowskiej, powstańcy styczniowi, lwowskie Orlęta, generałowie wraz z bezimiennymi. Tej samej ziemi oddali ciała wielcy przedstawiciele nie tylko polskiego narodu, ale też wielcy Ukraińcy – Salomea Kruszelnicka, Iwan Franko, Markijan Szaszkewycz, Iwan Trusz… I wielu ludzi, których nazwiska nawet i z nagrobków starł czas, a którzy za życia byli wielcy dla tych, którzy ich kochali.

Kwatera powstańców styczniowych na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie (Fot. Maria Basza)

Wszyscy oni, niezależnie od swego pochodzenia, języka, którym mówili w domu, narodowości czy obrządku, w jakim odprawiono nad ich trumnami ostatnią posługę, spoczywają dziś ramię w ramię, dalecy od swarów, którymi karmi się świat żywych. Gdzieś tam, dokąd trafili, wyciągnęli do siebie ręce na zgodę. Nie spierają się o to, czyj jest Lwów, czyje Kresy, czy należy wejść do Unii Europejskiej czy celnej. Wiedzą już, co jest ważne i nie tracą czasu na walkę.

Może niepokoi ich to tylko, co dzieje się z cmentarzami. Rysy na krzyżach, spękane nagrobki, rzeźby bezgłowe i anioły bez skrzydeł. Ich troską jest to, czy ktoś zajrzy na groby gdy dogasną pierwszolistopadowe płomienie, czy będzie pamiętał, by z tablicy odgarnąć zwiędłe liście.

Pomyślmy więc, czy prócz znicza, nie warto by złożyć obiaty naszym Przodkom. Nakarmić ich dusze nie tylko modlitwą, łzami i ciepłym uśmiechem pełnym wspomnień, ale i obietnicą pamięci na co dzień o ich mogiłach i ich dokonaniach. Przysięgę, że staną się dla nas wzorem i przewodnikami w tym życiu. Że ich spokój pośmiertny nauczy nas, jak łagodzić kłótnie i swary na ziemi, jak ustalić hierarchię spraw ważnych i oddzielić te, które zaśmiecają nasze myśli. Jak przebaczać i dawać wolność, jak nie grać na zwłokę i mówić otwarcie. Jak dbać o ubogich i nie kraść. Jak być uczciwym człowiekiem.

Cmentarz Obrońców Lwowa (Fot. Maria Basza)

Na kilka dni przed dniem 1 listopada wędrowałam po Cmentarzu Łyczakowskim. Nogi same poniosły mnie na groby Orląt. W słoneczny, jesienny dzień prześcigały się w jego zwiedzaniu wycieczki młodych ludzi. Tym razem przewodnicy mówili po ukraińsku, przystanęłam przy jednym z nich, by posłuchać.

– W tych mogiłach pochowani są Polacy, którzy zginęli w bratobójczej walce w latach 1918–1920. Musicie wiedzieć – mówił młodzieży przewodnik – że wówczas stanęli naprzeciw siebie bliscy sobie ludzie. Było tak, że w jednej rodzinie byli tylko Polacy – wtedy sprawa była jasna, po której stronie walczą. W drugiej rodzinie mówiono tylko po ukraińsku – i tam sprawa była prosta. Ale wiele razy zdarzyło się, że rodzina była na pół polska, na pół ukraińska, wtedy brat walczył przeciw bratu. Przewodnik zamilkł, a po krótkiej pauzie pouczył słuchaczy. – Musicie pamiętać, aby nigdy nie dopuścić do tego, by taka sytuacja się powtórzyła. Pamiętajcie, że ludzie z Łuhańska, Doniecka, Kijowa to tacy sami ludzie jak my, we Lwowie – zakończył z siłą.

A ja zrozumiałam, że wiele mnie jeszcze zaskoczy.

Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 20 (192) 29 października – 14 listopada 2013

X