Zbrodnia jekaterynburska

Zbrodnia jekaterynburska

Była to zbrodnia – żeby posłużyć się fragmentem wersetu Adama Mickiewicza – niesłychana!

Starając się zdobyć i umocnić swą władzę, bolszewicy mordowali bez wytchnienia. Z ich rąk zginęły tysiące i dziesiątki tysięcy ludzi (potem, gdy Sowieci  już na dobre zainstalowali się w dawnym imperium – dziesiątki  milionów). 

Owego dramatycznego dnia w Jekaterynburgu, w noc z 16 na 17 lipca 1918 r., w zarekwirowanej willi inżyniera Mikołaja Ipatjewa, którą czekiści nazywali „domem szczególnego przeznaczenia”, wybiły ostatnie godziny całej przetrzymywanej w niej rodziny carskiej. Pod pretekstem, że w mieście rozpętała się strzelanina  i bezpieczniej będzie  zejść z piętra do sutereny, sprowadzono do niej byłego cara Mikołaja II, jego żonę  Aleksandrę Fiodorownę, córki Olgę, Tatianę, Marię i Anastazję oraz syna Aleksego. Towarzyszyli im: przyboczny lekarz, dr Eugeniusz Botkin, kamerdyner Alojzy Turps, kucharz Iwan Charitonow i pokojówka Anna Demidowa.

Rzeź w suterenie
Do dość dużego pomieszczenia przyniesiono trzy krzesła, na których usiedli Mikołaj, Aleksandra i Aleksy, pozostali stanęli przy ścianie. Chwilę potem weszli doń czekiści prowadzeni przez komisarza  Jakowa (Jankiela Chaimowicza) Jurowskiego, razem było ich jedenastu, właśnie tylu, bo z góry ustalono, kto do kogo będzie strzelać. Ustawili się naprzeciw ściany, pod którą siedzieli lub stali więźniowie, każdy z naganem w ręku (pijany komisarz Petr Zacharowicz Jermakow wziął nawet na wszelki wypadek trzy rewolwery), niektórzy uzbroili się dodatkowo w  bagnety. Wpierw Jurowski odczytał z kartki krótki komunikat, w którym stwierdził, że grupa zwolenników cara zamierzała carską rodzinę uwolnić, ale ten plan im się nie powiódł, i by takiej ponownej próbie zapobiec, wydany został wyrok śmierci. „Co takiego?”, zawołał zszokowany car, „Ot, co!” – odkrzyknął Jurowski, podbiegł do cara,  przyłożył  mu nagana do skroni i nacisnął cyngiel. Był to sygnał dla pozostałych morderców, rozpoczęła się rzeź. Jeśli kule nie zgasiły od razu  życia więźnia, czekiści dobijali  go bagnetami.

Odrąbać głowy!
Będziemy, głosił Mikołaj I. Bucharin, jeden z czołowych bolszewików, „ulubieniec całej partii”, według Lenina, „żelazną ręką prowadzić miliony ludzi po ciernistej, krwawej drodze, pod huraganowym ogniem wroga, po głodnym stepie, ku świetlanemu zwycięstwu zjednoczonej ludzkości”. Inny z najbliższych współpracowników Lenina, Grigorij J. Zinowiew wyraźniej sprecyzował, jaką politykę będą prowadzić bolszewicy: „Powinniśmy poprowadzić za sobą dziewięćdziesiąt ze stu milionów ludności Rosji Sowieckiej. Pozostałym nie mamy nic do powiedzenia. Należy ich zlikwidować”.

A Włodzimierz Lenin? Sam nigdy nie podpisał (przynajmniej takie dokumenty się nie zachowały) jakichkolwiek nakazów postawienia kogokolwiek pod ścianą, on jedynie wytyczał  kierunki działania, formułował teoretyczne podstawy ruchu. Realizację swych idei przekazywał w ręce „praktyków”, aktywistów nieuchylających się od wypełniania najohydniejszych zbrodni. W rozmowach ze współpracownikami często przedstawiał swe poglądy. Kiedyś powiedział: „W Rosji należy odrąbać głowy co najmniej stu Romanowów”. Stwierdził także: „Jakże można przeprowadzić rewolucję bez rozstrzeliwania?”. Czy zatem już obmyślał, jaki los zgotować  carskiej rodzinie w Jekaterynburgu? Czy zainicjował jej zgładzenie,  poinstruował, jak należy ją zlikwidować?

Tobolsk – Jekaterynburg
Car Mikołaj  II abdykował w marcu 1917 r. (także w imieniu syna, carewicza Aleksego). Rosja stała się na krótko republiką, władzę sprawował, nieudolnie, Rząd Tymczasowy. To on wydał 7 marca polecenie – bez żadnej prawnej podstawy –  zaaresztowania cara i jego żony, a następnego dnia  – całej rodziny. Na razie ulokowano ją w Pałacu Aleksandrowskim w Carskim Siole. Powołano komisję z zadaniem znalezienia dowodów świadczących, że rodzina carska dopuściła się zdrady stanu, ale nie zdołała tego udowodnić. Nie uznała jednak za stosowne, by wydać jakiekolwiek oświadczenie, że żadnej winy carowi przypisać nie można. Ale uważając, że Mikołaj przebywa zbyt blisko stolicy i mimo wszystko mógłby oddziaływać na toczące się w niej  wydarzenia, zdecydowano się na początku sierpnia przewieźć całą rodzinę  do  odległego o około 2.000 km zauralskiego Tobolska, gdzie na miejsce pobytu wyznaczono jej dom gubernatora, zapuszczony, bo po wykwaterowaniu zeń wojska, nikt się nim nie zajmował. Tam dopadli ją bolszewicy. Początkowo, w styczniu 1918 r., zamierzali odstawić Romanowów do Piotrogrodu, by im tam wytoczyć proces, ale szybko z takiego poprowadzenia sprawy zrezygnowali, bo nie potrafili się zdecydować, jakie jej postawić zarzuty, za co sądzić imperatora, za co obwinić jego żonę, jakimi grzechami obciążyć ich dzieci? Tymczasem sytuacja bolszewików w zachodniej Syberii nie przedstawiała się różowo, zdecydowano się  więc wiosną 1918 r. przesiedlić rodzinę do Jekaterynburga. Tu, jak już wyżej wspomniano, ulokowano ją w willi inżyniera M. Ipatjewa.

Rozstrzelać!
Od razu też bolszewicy zaczęli przemyśliwać, co dalej z nią począć? Decyzja zapadła nie na miejscu, lecz w Moskwie. Wszystkie nici łączące ją z Jekaterynburgiem trzymał w ręku Jakow M. Swierdłow, wówczas sprawujący funkcję przewodniczącego  Wszechrosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego. To on był głównym ideologiem  morderczego „czerwonego terroru” rozpętanego na całym zajmowanym przez bolszewików obszarze (nazywano go „czarnym diabłem”), to on również wydał polecenie zamordowania Romanowów. Szczegóły omówił na początku lipca z przybyłym specjalnie w tym celu do Moskwy komisarzem Chaimem (Szają) Izaakowiczem Gołoszczokinem. 16 lipca Gołoszczokin i Grigorij Safarow wysłali do Lenina (za pośrednictwem   Grigorija J.  Zinowiewa) depeszę, formułując jej treść w taki sposób, że jeśli nie otrzymają odpowiedzi zmieniającej postanowienie o rozstrzelaniu carskiej rodziny, wyrok zostanie wykonany. Nie otrzymali. Oznaczało to, że Lenin i Swierdłow uprzednie decyzje podtrzymali. Ponoć istnieją jakieś dowody na to,  że to Lenin w rozmowie ze Swierdłowem wydał ostateczne polecenie:  rozstrzelać!

17 lipca Aleksandr G. Biełoborodow, przewodniczący prezydium Uralskiej Rady Rewolucyjnej,  wysłał  telegram do urzędującego na Kremlu sekretarza  Sownarkomu (Rady Komisarzy Ludowych), Mikołaja P. Gorbunowa z następującym tekstem: „Powiedzcie Swierdłowowi, że całą rodzinę spotkał ten sam los, co jej głowę. Oficjalnie rodzina zginie w czasie ewakuacji”. Następnego dnia Swierdłow przekazał tę informację na posiedzeniu Ogólnorosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego Rad (WCIK). Na jego naleganie, jego prezydium przyjęło  rezolucję, że decyzja Uralskiej Rady była słuszna.

O tym jednakże, gdzie ona naprawdę zapadła świadczą także zapiski Lwa Trockiego poczynione w dzienniku  po jego powrocie z frontu. Zanotował, że zapytał Swierdłowa, co z carem? Oczywiście, został  rozstrzelany. A co z rodziną? Razem z nim. Cała? Cała, a co? A kto zadecydował? My zadecydowaliśmy. Iljicz uważał, że nie wolno nam pozostawić żywego symbolu, zwłaszcza w naszej trudnej sytuacji…

Z Carskiego Sioła  przewieziono carską rodzinę do Tobolska (znaczek wydany w 1987 r. z okazji 400-lecia miasta; następnie przesiedlono ją do Jekaterynburga, który na cześć Swierdłowa został przemianowany na Swierdłowsk (znaczek z 1973 r., wyemitowany na 250-lecie miasta). Po upadku Związku Sowieckiego powrócono do dawnej nazwy miasta (znaczek z 1998 r., wprowadzony do obiegu w związku z jego 275-leciem)Jatka
To, co wydarzyło się w suterenie w wilii Ignatjewa nie było bezkrwawą rozprawą z carską rodziną, to była jatka,. Strzelający mieli rozkaz celowania w serca ofiar, ale widocznie wypity wcześniej alkohol sprawił, że trzęsły się im ręce. Strzelali więc chaotycznie, na oślep, tym bardziej, że pomieszczenie wypełnił  prochowy dym. Potem przebijali dogorywających bagnetami. Gdy później wynoszono ciała na noszach do czekającej ciężarówki, okazało się, że córki cara jeszcze żyją, więc Petr Zacharowicz Jermakow zaczął je dźgać bagnetem, aż  przestały się ruszać. Ciężarówka wywiozła zabitych do pobliskiego uroczyska, gdzie zdarto z nich odzież i wrzucono do studni. Potem jednakże kierownictwo Uralskiej Rady uznało, że postąpiono zbyt lekkomyślnie, zwłoki należało lepiej ukryć. Czeliści pojechali więc jeszcze raz do lasu, wydobyli zwłoki, załadowali je na ciężarówkę i ruszyli na poszukiwanie jakiegoś miejsca lepiej nadającego się na pospieszny pochówek, najlepiej głębszego kopalnianego szybu. Lecz po drodze samochód ugrzązł w błocie. A czas naglił, bo przecież do miasta zbliżali się białogwardziści.  Postanowiono więc pogrzebać rodzinę carską w pobliskim grzęzawisku. Wpierw jednak poćwiartowali zwłoki, oblali je  kwasem solnym, wreszcie rzucili na stos drewna podpalony benzyną. Akcja trwała do 19 lipca. Na końcu pozostałe szczątki  wrzucili do wykopanej wcześniej jamy, przykryli ziemią i kazali kierowcy kilkakrotnie przejechać ciężarówką po świeżej ziemi, potem jeszcze zamaskowali to miejsce gałęziami.

Nie tylko Mikołaja bolszewicy postanowili zgładzić, śmierć czekała każdego z rodziny, kogo tylko zdołali dopaść. W Permie 13 czerwca  wywlekli z hotelu trzymanego w nim w  areszcie wielkiego księcia Michała Aleksandrowicza, wywieźli go do lasu i rozstrzelali, dodając mu do towarzystwa jego sekretarza, Nicholasa Johnsona. Tydzień później z więzienia w  leżącym  około 150 km na północ od Jekaterynburga Ałapajewsku wywlekli wielkiego księcia Sergiusza Michajłowicza, wielką księżną Elżbietę (siostrę żony Mikołaja II), trzech synów wielkiego księcia Konstantego oraz  księcia Włodzimierza Paleja, syna wielkiego księcia Pawła Aleksandrowicza i jeszcze kilka osób, i wywieźli ich na teren nieczynnego kopalni rud. Tu zastrzelili księcia, a jego ciało razem z pozostałymi, żywymi, wrzucili do 60-metrowego  szybu. Z jego dna dochodziły ich jęki, więc by dokończyć dzieła, wrzucili w otchłań granaty. Uprzednio zdarli z nich odzież i odebrali biżuterię. Diadem Elżbiety (w rodzinie nazywano ją Ella) pojawił się po latach na aukcji w Londynie.  

Słowo cerkwi
A jak zachowała się Cerkiew Prawosławna, której car był żywym symbolem? Zareagowała ostro. 21 czerwca, odprawiając św. liturgię w Soborze Kazańskim w Moskwie, patriarcha Moskwy i Wszechrusi Tichon niespodziewanie zabrał głos: „I powinniśmy, zobowiązani naukami Słowa Bożego, osądzić ten czyn, inaczej bowiem  krew rozstrzelanego spadnie na nas, a nie tylko na tych, którzy go popełnili. Nie będziemy tu oceniać i sądzić byłego monarchy: bezstronny sąd nad nim wyda historia, a on teraz stoi przed  sądem Bożym, ale wiemy, że zrzekając się tronu postąpił tak mając na uwadze dobro Rosji, z miłości do niej… Nie zrobił nic, by poprawić swą sytuację, pokornie poddał się losowi… i nagle został skazany na rozstrzelanie gdzieś tam w głębi Rosji przez gromadkę ludzi nie za  jakieś przewinienie, a tylko dlatego, że ktoś tam jego chciał przechwycić. Rozkaz wykonano, a potem czyn  ten – już po rozstrzelaniu – został zaaprobowany przez wyższe władze. Nasze sumienie nie może się z tym pogodzić. I powinniśmy publicznie to oznajmić, jak chrześcijanie, jak synowie Cerkwi. Niech za to nazywają nas kontrrewolucjonistami, niechaj wtrącą do więzienia, niech nas rozstrzelają”. Mówiąc to, patriarcha nie znał całej prawdy, opierał się tylko na oświadczeniu Ogólnorosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego Rad z 19 lipca, w którym podano do wiadomości, że decyzję o rozstrzelaniu cara podjęto w Jekaterynburgu, a jego żonę i dzieci ewakuowano w bezpieczne miejsce. Wiedząc, że to kłamstwo, zapewne zagrzmiałby mocniej. Ale i tak poniósł konsekwencje, zamknięto go w klasztorze, po opuszczeniu jego murów już nie żył długo, zmarł w 1925 r., podobno otruty.  Później wymordowano tysiące duchownych prawosławnych, zniszczono niezliczoną liczbę cerkwi. Wskazówką było stwierdzenie  Karola Marksa: religia  to opium ludu, wobec tego należało ją wykorzenić.

Carski skarb
Strzelając w suterenie do córek cara, niektórzy czekiści ze zdziwieniem obserwowali, że kule odbijają się od ich ciał i rykoszetem wracają w ich stronę. Szybko jednak to wyjaśniono: dziewczyny miały pod bluzkami kaftaniki wypełnione zaszytymi w nich kosztownościami. Ukryły je w ten sposób w Tobolsku. Tu wypada przypomnieć, że rodzina carska była jedną z najbogatszych –  jeśli nie najbogatszą – monarchią w świecie. W 1917 r. oszacowano jej majątek na 9 miliardów dolarów   (dziś należałoby go wycenić na   około 55 miliardów). Przy ewakuacji z Carskiego Sioła, Rząd Tymczasowy pozwolił zabrać rodzinie tylko te kosztowności, które miała przy sobie. Było tego sporo, trochę  biżuterii udało się jej   jeszcze ukryć w bagażu, dość licznym. Ale wciąż jej ubywało, często musiała się bowiem opłacać strażnikom, wymieniać ją na żywność. W Tobolsku, gdy miasto już przeszło w ręce komunistów, było z góry wiadomo, że tak czy owak, wcześniej lub później, wszystkie wyroby jubilerskie skonfiskują. Postanowiono większą ich część przekazać do ukrycia zaufanym osobom. Niektórzy, jak pewien pop, zawiedli, powierzone im kosztowności sprzedali. Prawdziwy skarb przechowywała przełożona lokalnego klasztoru, która umierając  przekazała go mniszce Marfie: były to dwie drewniane dzieże i dwa słoiki zawierające około ośmiu kilogramów precjozów, w tym piękne diademy i stukaratowy diament. Marfa nie bardzo wiedziała, co z tym fantem począć, i zwierzyła się zaprzyjaźnionemu bogatemu kupcowi Wassillijowi Korniłowowi, który zakopał wszystko w piwnicy. Część carskiego skarbu wziął na przechowanie przychylny rodzinie pułkownik Eugeniusz Kobylański, delegowany do Tobolska jako szef ochrony Romanowów. Także on przekazał powierzoną mu biżuterię dalej – kupcowi Konstantemu Peczekosowi. Komuniści, absolutnie  przekonani, że nie do pomyślenia, aby rodzina carska nie miała już nic cennego, zaczęli węszyć, przesłuchiwać ludzi, którzy mieli styczność z Romanowowami. Na razie nie przyniosło to żadnych rezultatów. W końcu jednak (nie do wiary – dopiero w 1933 r.!) trafili na właściwy trop, dopadli Marfę, która w czasie tortur wskazała, że skarbu trzeba szukać u Korniłowa. Także Kobyliński wpadł w ręce czekistów, i – według protokołu – zmarł na atak serca w czasie trzeciego przesłuchania. Peczekos popełnił samobójstwo wyskakując z piątego piętra domu brata, odebrała sobie także życie jego żona. Klejnotów, które on przechowywał nie znaleziono do dziś, podobno zabrał je  brat, kiedy udało mu się uciec do Polski.

Rosja wraca do swych korzeni, po negacji rządów Romanowów, teraz, chcąc odbudować imperium, coraz częściej przywraca pamięci  społeczeństwa członków dynastii, pokazując także  na znaczkach  ich konterfekty i osiągnięcia. Oto wybór znaczków z ostatnich lat: Katarzyna II (2004), Paweł I (2004), Mikołaj I (2008), Aleksander II (2005), Aleksander II (2006)Pieniądze dla rewolucji
W Jekaterynburgu Jurowski zmusił carską rodzinę do oddania mu wszystkich zachowanych jeszcze kosztowności, dołączył do nich jeszcze te, która czekiści znaleźli w kaftanikach i biustonoszach zamordowanych księżniczek, po czym  wszystko zapakował i wysłał do Moskwy, do Gochranu, czyli urzędu gromadzącego cenne metale i kamienie szlachetne (istnieje do  dziś). Zachowały się dokumenty ze spisem tego, co zdołano  skonfiskować i zrabować w całej Rosji: w ponad 20.000 walizkach, skrzynkach, koszach i innych pojemnikach zgromadzono 35.670 diamentów, 540 kilogramów złota i 377.000 kilogramów srebra, do tego jeszcze dochodziła nieokreślona ilość platyny.  Wszystko to miało wzmocnić fundamenty młodego sowieckiego państwa – postanowiono zagrabione dobra sprzedać w krajach zachodniej Europy i w USA. Obawiano się jednak, by ktoś z nabywców carskich precjozów  nie rozpoznał, kto był ich właścicielem, więc sprowadzono do Moskwy Jurowskiego zlecając mu takie spreparowanie biżuterii, by nie można było określić jej pochodzenia. Niebawem była ona już oferowana na aukcjach w Berlinie, Londynie, Wiedniu i Nowym Jorku. Sowieci sprzedawali tam także pochodzące z pałaców i muzeów (w tym z Ermitażu)  obrazy, m. in. pędzla Rembrandta, Rafaela, Tycjana, a także słynne wielkanocne jaja nadwornego carskiego jubilera, Fabergé. Funty szterlingi, dolary i marki zaczęły strumieniami napływać do moskiewskiej kasy. Część pozyskiwanych pieniędzy przeznaczano na zasilenie funduszy zagranicznych partii komunistycznych, bo przecież miały one przygotować także u siebie rewolucję i otworzyć drogę dla pochodu idei komunistycznej aż po Atlantyk. Niemiecka partia otrzymała – w gotówce i precjozach – 62 miliona marek, a lewicująca brytyjska gazeta „Daily Herald” – 50.000 funtów. Nic dziwnego, że wśród klejnotów, którymi zdobią się dziś panie z królewskich europejskich dworów znajdują się również mające carską proweniencję.  Nic dziwnego, że w wielu muzeach, galeriach i prywatnych kolekcjach wiszą na ścianach obrazy pochodzące ze zbiorów placówek muzealnych i kolekcji pałacowych przedrewolucyjnej Rosji. Nie dziwi także, iż gdzieniegdzie  podczas wystawnych przyjęć pojawia się na stołach porcelana z Rosji.

Car-filatelista
Mało kto wie, że car Mikołaj II był także filatelistą! Nie tak aktywny, jak jego kuzyn w Anglii, Jerzy V, ale jednak.  Kolekcjonerskiego bakcyla połknął w 1913 r., kiedy to 1 stycznia ukazała się licząca 17 znaczków seria upamiętniająca 300-rocznicę objęcia tronu przez dynastię Romanowów. Poczta rosyjska przygotowywała się do jej wydania cztery lata, zapraszając do współpracy  najwybitniejszych artystów. Sporządzone  przez nich  projekty przedkładano do zaaprobowania carowi, podobnie próbne odbitki. Po wyemitowaniu serii, dyrektor cesarskiej drukarni papierów wartościowych Ryszard Zarrins przygotował dwie kolekcje zawierające zarówno wydane znaczki, jak i wszystkie szkice, próby itd., z których jedną przeznaczył dla cara. Umieścił ją w dwóch oprawionych w skórę klaserach.  Car był bardzo zadowolony z prezentu, i raz po raz do nich zaglądał. Pewne jest, że zabrał je do Tobolska. Potem zniknęły, ale istnieje kilka wersji, gdzie: jeszcze w Tobolsku, czy też w Jekaterynburgu?  Lecz  nie przepadły: w 1926 r. wystawiono je na sprzedaż w Nowym Jorku. Później do handlowego obrotu trafiła także kolekcja Zarrinsa, z tym, że nie w całości, lecz w partiach.

Los morderców
Jak potoczyły się dalsze losy tych najbardziej zaangażowanych w zabójstwo carskiej rodziny? Gołoszszczokin, Biełoborodow, Safarow i Didkowski zostali rozstrzelani w latach trzydziestych, gdy Stalin ostatecznie rozprawiał siłę z trockizmem. Jurowski też zginął marnie – wprawdzie  nie dostał kuli w łeb, zmarł w  1919 r. w łóżku, ale nie dlatego, że uległ chorobie, lecz na skutek pobicia go przez robotników kolejowych na stacji w Orle. Trochę więcej słów poświęćmy tu Piotrowi  Wojkowowi, który stracił życie w zamachu na peronie dworca w… Warszawie. W Jekaterynburgu współdziałał przy organizowaniu morderstwa carskiej rodziny, m. in. to on zakupił dwa pudy kwasu solnego, którym potem usiłowano zniszczyć zwłoki. Władze sowieckie wysoko oceniały jego oddanie komunistycznej idei, w lecie 1924 r. uznały więc, że nadaje się znakomicie na objęcie stanowiska  posła ZSRS  w Polsce. Warszawa zaaprobowanie tej kandydatury uzależniła od wyjaśnienia roli Wojkowa w wydarzeniach w Jekaterynburgu. Moskwa odpowiedziała, iż był w mieście li tylko komisarzem odpowiedzialnym za aprowizację, i na nim spoczywał także obowiązek zaopatrywania w żywność ludzi przebywających w willi Ipatjewa. I tyle. Warszawa poinformowała ludowego komisarza spraw zagranicznych G. Cziczerina, że to oficjalne wyjaśnienie wystarcza, Wojkow może przyjechać. Objął stanowisko  w październiku 1924 r. Wypełniał swą funkcję do 7 lipca 1927 r., kiedy to kres jego życiu położyło sześć kul z pistoletu białego emigranta, Borysa Kowerdy. Zamach był – jak oświadczył podczas procesu – aktem zemsty za zamordowanie carskiej rodziny. Zdarzenie to znacznie pogorszyło stosunki polsko-sowieckie, ba – Moskwa postawiła nawet Armię Czerwoną w stan pogotowia bojowego. A Wojkowa uhonorowano wysoko: jego prochy spoczęły pod ścianą kremlowskiego muru, potem jego imieniem nazwano jedną z moskiewskich  stacji metra. Dziś wiele stołecznych środowisk domaga się zmiany jej nazwy, ale władze komunalne nie chcą na to przystać, bo dla pasażerów metra jej nazwa jest już przyswojonym punktem orientacyjnym i po co utrudniać im życie.  

Ratunek był możliwy!
Nasuwa się jeszcze pytanie, czy w 1917 lub 1918 r. nie było żadnych szans na uratowanie Mikołaja II i jego rodziny? Odpowiedź brzmi: tak, można było zapobiec tragedii (o pospieszenie z pomocą apelował także papież Benedykt XV). Wprawdzie podjęto  kilka prób wydobycia cara z opresji, lecz  nie były to skoordynowane działania, raczej tylko dyletanckie próby już w fazie przygotowań skazane na niepowodzenie. Przede wszystkim można zgłosić pretensje do dworu brytyjskiego, do króla  Jerzego V,  że nie podjął zdecydowanych kroków, by uratować kuzyna. To prawda, że w marcu 1917 r.  rząd angielski podjął decyzję o zaproszeniu Mikołaja II z rodziną do Anglii i wysłaniu po nią statku (zastanawiał się jednak, czy aby będzie on mieć dość środków, by żyć na odpowiednim poziomie, jak gdyby w Londynie nie wiedziano, że car ma wielkie pieniądze na kontach w europejskich bankach), ale potem monarcha zażądał, by się  z tej decyzji wycofać, gdyż doszły go słuchy, że  społeczeństwo angielskie jest  przeciwne goszczeniu na ziemi brytyjskiej carskiej familii. W gruncie rzeczy, to Jerzy V zgotował jej tragiczny los.

Mimo to część rodziny uratował. Wpierw z Krymu okręt brytyjski zabrał wielkiego księcia Aleksandra, później, w kwietniu 1919 r., w Sewastopolu zacumował HMS „Marlborough” i wziął na pokład  matkę Mikołaja, Marię Fiodorowną, cesarzową-wdowę, ciotkę Jerzego V. W czasie zawieruchy przebywała w jednej z carskich posiadłości na Krymie, dzięki czemu miała stamtąd  jeszcze otwarte okno na świat. Wraz z nią zaokrętowało się  kilkanaście  innych osób, nie tylko członków  familii.

Tadeusz Kurlus
Tekst ukazał się w nr 1 (77) 16-31 stycznia 2009

X