Zakończenie misji o. Władysława Lizuna

Zakończenie misji o. Władysława Lizuna

Kapłani, szczególnie zakonnicy, podobnie do żołnierzy podporządkowywać się muszą rozkazom przełożonych.

Jednak wiernym trudno się nieraz z takimi decyzjami pogodzić. Przywiązują się do swych duszpasterzy. Dla wielu franciszkanin ks. Władysław Lizun OFM Conv, proboszcz kościoła św. Antoniego we Lwowie, był ojcem nie jedynie z określenia. Był ojcem duchownym, doradcą w wielu trudnych sprawach życiowych, wspomożycielem. Z takim księdzem trudno jest się rozstać, bo ma dar zjednywania serc ludzkich.

Fot. Krzysztof Szymanski

A jednak nadeszła ta nieubłagana chwila. Wierni próbowali przekazać władzom duchownym, jak bardzo taki ksiądz potrzebny jest w parafii św. Antoniego, by tę decyzję odroczyć, ale władze pozostały nieubłagane. Rozkaz jest rozkazem. Pozostało więc nam się jedynie z ojcem Władysławem serdecznie pożegnać. Razem z nim ze Lwowa odchodzą też inni księża-zakonnicy: o. Piotr i o. Krzysztof. W sobotę 24 czerwca mszę św. pożegnalną dla ojców uświetniły dzieci. Przedstawiły wzruszającą opowieść o dobrym ogrodniku, który wie w jaki sposób ma pielęgnować winnicę, aby dawała dobre owoce. Pomimo, że nieraz sprawia ból, to jednak jest to dla dobra ogółu. Ta opowieść podbudowała zebranych w kościele parafian, którzy już zgodzili się z myślą odejścia proboszcza. Jednak wielu, wychodząc z kościoła, miało łzy w oczach.

W poniedziałek 27 czerwca na kolejnej mszy św., odprawianej przez księży franciszkanów w intencji imieninowej o. Władysława nastąpiły kolejne podziękowania za lata opieki duchowej. Wiele wzruszających słów na pożegnanie powiedział konsul Marian Orlikowski. Życzenia imieninowe i życzenie wytrwałości na nowym miejscu złożyła lwowska Rodzina Rodzin. A przedstawicielki róż różańcowych dziękowały za opiekę.


Fot. Krzysztof Szymanski

Taki szacunek wiernych nie jest tylko ich punktem widzenia. Przez te lata posługi kapłańskiej za swoją pozycję, rzetelność i ofiarność o. Władysław Lizun otrzymał wiele odznaczeń państwowych od rządu polskiego. Z dumą o. Władysław może poszczycić się Złotym Krzyżem Zasługi, odznaczeniami Pro Patria i Honor i Prawda, a także Zasłużony dla Kultury Polskiej. Natomiast społeczność polska Lwowa odznaczyła franciszkanina złotą odznaką TKPZL.

Po mszy św. członkowie Rodziny Rodzin mieli możliwość odbyć ostatnie spotkanie ze swoim opiekunem. W domu parafialnym powiedziano wiele ciepłych słów, wspominano wspólnie przeżyte chwile z tych ponad 20 lat, podczas których o. Władysław był opiekunem Stowarzyszenia. Starano się złagodzić tę przykrą chwilę rozstania dla siebie i dla duszpasterza. Wspominano jak to dzięki księdzu zawarto w rodzinie rodzin kilka małżeństw, jak proszono ojca o łagodzenie konfliktów rodzinnych; wspominano odwiedziny po kolędzie i wspólne nabożeństwa podczas wakacji z Bogiem w Brzuchowicach. Te wspomnienia można by ciągnąc bez końca, bo każdy, kto poznał o. Władysława, mógł by wiele świadczyć o jego dobroci, umiejętnym podejściu do spraw ludzkich i trafnym ich rozwiązaniu. A jednak mimo tej pozornie beztroskiej atmosfery, smutek i gorycz rozstania towarzyszyły wszystkim.

Po spotkaniu o. Władysław Lizun udzielił krótkiego wywiadu dla naszych Czytelników.

Przed ponad 20 laty ojciec usłyszał decyzję o wyjeździe na Ukrainę. Jak ojciec ją przyjął?
Pracując na Kalwarii Pacławskiej, pragnąłem wyjechać na Ukrainę by pomóc tutejszemu kościołowi, który zaczął się odradzać. Był to mój wybór dla dobra tych wszystkich, którzy tu mieszkali. Byłem zafascynowany pracą tutaj i nie zrażały mnie możliwe niewygody. Mówiłem, że mogę spać na stopniach ołtarza, czy w komórce przy zakrystii, aby tylko przepowiadać tu słowo Boże. Chciałem to słowo głosić tym, którzy byli go spragnieni, ale i tym, którzy nie bardzo chcieli go słuchać. Głosiłem słowo Boże dla wszystkich, aby otworzyli swoje serca i nawrócili się.

Po 8 latach pobytu we Lwowie przyszła decyzja o wyjeździe do Halicza.
To wyzwanie było kolejną zmianą po 8 latach. Człowiek był wtedy młodszy i ten ślub posłuszeństwa był łatwiejszy, bo stanowił zmianę otoczenia, coś nowego, coś nieznanego. Nie przerażały mnie warunki, w których się znajdę. Wierzyłem, że z pomocą Bożą jakoś to będzie. Początki były tam bardzo trudne. Brakowało dosłownie wszystkiego. Jednak dzięki życzliwym ludziom z Rodziny Rodzin i mieszkańcom Halicza my we dwóch, z bratem Jarosławem, przetrwaliśmy te najgorsze czasy.

Czy powrót do Lwowa ojciec przyjął z ulgą?
Przyjąłem z ulgą, ale zastanawiałem się nad tym, czy wrócę do tego samego Lwowa, czy do innego. Minęło przecież prawie 7 lat. Znów stanęły przede mną różne wyzwania i trudności, ale szczęśliwie z opieką Boską udało się je pokonać. Niewątpliwie pomagały mi modlitwy, obcowanie z eucharystią, codzienne Słowo Boże i jakoś zacząłem znów tu działać. Nie oglądałem się nigdy na chwałę ludzką, pracowałem na chwałę Boga, aby to królestwo Boże rozwijało się pośród nas.

Czy wracając do Lwowa ojciec planował remont świątyni, odnawianie ołtarzy i inne prace?
Jako przełożony klasztoru i proboszcz parafii musiałem podjąć niektóre wyzwania. Świat zmienia się ku lepszemu i nasze stare kościoły powinne również zmieniać się na lepsze, aby wierni mieli godne warunki do modlitwy, a zakonnicy – mieszkania. Nasz kościół jest zabytkowym i wymaga szczególnej opieki, ale również odwagi i zaangażowania w te wszystkie prace. Może mam takie wyczucie wewnętrzne, co trzeba robić, co udoskonalić, a jednocześnie zachować to, co pozostawiła nam historia. W dawnych czasach było to trudne, bo nie można było tu prawie niczego robić. Jesteśmy wdzięczni tym księżom, którzy tu pracowali, bo dokonali tu tyle, na ile było to możliwe. Zawsze trzeba dziękować Bogu za to, co zrobili nasi poprzednicy. Wydaje mi się, że ten czas, który był mi dany tu we Lwowie, wykorzystałem dobrze.

Musze powiedzieć, że wspomagali mnie w moich działaniach parafianie, dobrodzieje i inne organizacje. Ten kościół stał się piękniejszy. Wiadomo, że takie prace muszą potrwać kilka lat i nie da się wszystkiego dokonać w ciągu jednej czy dwóch kadencji. Mam nadzieję, że moi następcy będą te prace kontynuowali i uda się im dokonać tego, czego mi się nie udało.

Zawsze pracowałem dla dobra kościoła i nie starałem się przywiązać ludzi do siebie. To, że ludzie mnie szanują i uważają, że jestem dobry, mnie cieszy. Cieszy mnie to, że udało się zdobyć ich zaufanie. Jestem wymagający wobec siebie i innych. Jeszcze raz powtarzam, że czyniłem to wszystko na chwałę Boga. Przyjmuję decyzję przełożonych z pokorą.

Czy orientuje się ojciec, co czeka go w Przemyślu?
Do Przemyśla przechodzę jako zwykły ksiądz zakonny i będę wykonywał wszystko, co zostanie mi zlecone przez przełożonych. Oprócz tego, chciałbym trochę poprawić swoje zdrowie, bo w ciągu tych ponad 23 lat na Ukrainie praktycznie nie miałem pełnowartościowego wypoczynku. A to daje się teraz we znaki. Każda dolegliwość dla człowieka wierzącego jest okazją do zastanowienia się nad sobą – czy nie działamy ponad własne siły?

Dziękuje i życzę dalszej pomyślności i opieki Matki Boskiej.

Swoją drogą, zastanawiające jest to, dlaczego nikt z hierarchów archidiecezji lwowskiej nie uświetnił swoją obecnością uroczystość pożegnania ojca Władysława. Przecież, chociaż podporządkowany bezpośrednio władzy zakonnej, o. Władysław uczestniczył w uroczystościach organizowanych przez archidiecezję, był duszpasterzem wiernych w licznych kościołach archidiecezji, duszpasterzem Rodziny Rodzin, kapłanem Polskiego Towarzystwa Opieki nad Grobami Wojskowymi, spowiednikiem w Seminarium Archidiecezjalnym. Czyż dokonania Ojca Władysława Lizuna nie zasługują na serdeczne słowa wdzięczności nie jedynie od wiernych z parafii?

Krzysztof Szymanski
Tekst ukazał się w nr 12 (256) 30 czerwca – 14 lipca 2016

X