Z Sienkiewiczem na Roztoczu. Park Miniatur Kresowych w Budach Zamek w Żółkwi. Makieta, fot. Kazimierz Świetlicki / Nowy Kurier Galicyjski

Z Sienkiewiczem na Roztoczu. Park Miniatur Kresowych w Budach

W stepie szerokim, którego okiem,
Nawet sokolim nie zmierzysz.
Wstań, unieś głowę, wsłuchaj się w słowa,
Pieśni o Małym Rycerzu!

Któż nie zna tego utworu, śpiewanego przez Leszka Herdegena? Napisany ponad pół wieku temu przez dwóch urodzonych we Lwowie autorów: Jerzego Lutowskiego (tekst) i Wojciecha Kilara (muzyka) na potrzeby serialu telewizyjnego „Przygody Pana Michała”, osnutego na trzeciej części Trylogii Henryka Sienkiewicza, nadal wzrusza i mimo upływu czasu nie traci na popularności, czego dowodem jest fakt, iż stał się nieformalnym hymnem kibiców reprezentacji Polski w siatkówce. Ilekroć przywołujemy w pamięci obrazy bezkresnych stepów, rycerzy kresowych stanic z panem Wołodyjowskim na czele, po mistrzowsku na ekranie wykreowanym przez pochodzącego z Podhajec koło Tarnopola niezapomnianego Tadeusza Łomnickiego, pieśń ta brzmi nam w uszach. Niech więc i teraz posłuży za wprowadzenie do opowieści o wyjątkowym miejscu, które sześć lat temu powstało na malowniczym Roztoczu. Jest to Park Miniatur Kresowych w Budach, położony przy drodze do Zamościa.

Pokonując zaledwie ok. 40 km, a więc po kilkudziesięciu minutach drogi samochodem lub autobusem od przejścia granicznego w Hrebennem, stajemy w miejscu, które dziś jest jedną z najnowszych turystycznych atrakcji turystycznych tego coraz chętniej odwiedzanego regionu kraju, a w skali ogólnopolskiej stanowi zjawisko unikatowe. Tutaj bowiem możemy zanurzyć się w atmosferę stepów ukrainnych, opiewanych w Trylogii, podziwiając kolekcję 26 makiet zamków i twierdz, będących niegdyś w posiadaniu Rzeczpospolitej.

Nie pan Wołodyjowski jednak, a główny bohater „Ogniem i mieczem”, „czarniawy, wielce przystojny, ze szczupłą twarzą i wydatnym orlim nosem” będzie – zgodnie z wizją i założeniem twórców Parku – ma być naszym przewodnikiem. Przez roztoczańskie pagórki, Wołyń, Podole, do Kamieńca i dalej, bo aż na Krym, udamy się tam z asystą Jana Skrzetuskiego, namiestnika (później porucznika) chorągwi pancernej księcia Jeremiego Wiśniowieckiego. Bohaterski czyn, jakiego dokonał ten rycerz, przedostając się przez oblegające Zbaraż wojska kozackie z wieściami do króla, zainspirował Sienkiewicza do napisania powieści. Ta zaś, mimo upływu ponad 140 lat od opublikowania, wciąż inspiruje kolejne pokolenia Polaków. Jej przemożny wpływ dostrzegał Witold Gombrowicz oceniając, z przekąsem nieco, pisarstwo Litwosa: „Trudno też w dziejach literatury o przykład podobnego oczarowania narodu, bardziej magicznego wpływu na wyobraźnię mas. Sienkiewicz, ten magik, ten uwodziciel, wsadził nam w głowy Kmicica wraz z Wołodyjowskim oraz panem Hetmanem Wielkim i zakorkował je. Odtąd nic innego Polakowi nie mogło naprawdę się podobać”.

Wysoki Zamek we Lwowie. Makieta, fot. Kazimierz Świetlicki / Nowy Kurier GalicyjskiJednym z wielu, którzy ulegli temu czarowi jest Andrzej Kudlicki. To z jego ugruntowanej jeszcze w latach młodzieńczych pasji do Trylogii, z zauroczenia pięknem i historią ziem w niej opisanych powstał pomysł stworzenia takiego miejsca, gdzie w pomniejszonej skali, w pigułce niejako, można zobaczyć rozsiane na ogromnym obszarze, oddalone nawet o ponad 1300 km za wschodnią granicą Polski zabytki. Tereny te, do niedawna jeszcze wraz z licznymi grupami turystów odwiedzał jako pilot i przewodnik, a przede wszystkim pasjonat, bo jest nim w istocie założyciel Biura Turystycznego „Quand”, specjalizującego się „w kierunku do Lwowa”, by użyć batiarskiego stwierdzenia Szczepka z „Wesołej Lwowskiej Fali”. Po roku 2022 przyjeżdża tam, angażując się w akcje pomocowe i nadal, mimo wojennej rzeczywistości, przywozi tych najbardziej zdeterminowanych, by zaczerpnąć łyk lwowskiego powietrza i z okien hotelu „George”, wychodzących przecież i na dawną ulicę Sienkiewicza (dziś Woronoho), zobaczyć uznawany za najładniejszy na świecie pomnik Adama Mickiewicza, odsłonięty w 1904 roku, którego budowę polski pisarz wsparł finansowo.

Zamek w Świrzu. Makieta, fot. Kazimierz Świetlicki / Nowy Kurier Galicyjskii

Dziś pod opieką pana Andrzeja zwiedzamy Park Miniatur Kresowych. Naszej wędrówce towarzyszyć będzie muzyka skomponowana przez Krzesimira Dębskiego do filmu „Ogniem i mieczem” w reżyserii Jerzego Hoffmana. Kompozytor, który jest również autorem muzyki symfonicznej oraz muzyki do 46 filmów pełnometrażowych oraz do 26 seriali (m.in. „Złotopolscy”, „Na dobre i na złe” czy „Ranczo”), posiadający ponadto korzenie zarazem wołyńskie (Kisielin), jak i pokuckie (Kołomyja) z okazji 50-lecia działalności artystycznej rok temu gościł w Zamościu. Miał wówczas okazję odwiedzić Park Miniatur Kresowych, oprowadzany przez gospodarza w kontuszu. Tak oto przy dźwiękach jego pełnego mocy, powagi i dostojeństwa „Poloneza Husarii” i my udajemy się w podróż szlakiem, który przemierzali bohaterowie wydarzeń, opisanych barwnie na kartach powieści Sienkiewicza.

Stajemy przy makiecie zamku żółkiewskiego, zbudowanego pod Lwowem na początku XVII wieku przez wsławionego w licznych bitwach hetmana i kanclerza wielkiego koronnego Stanisława Żółkiewskiego. Budowla jest tu ukazana w czasach swej największej świetności, czyli za panowania prawnuka hetmana, króla Jana III Sobieskiego. Wychowany w jej murach w kulcie wielkiego przodka, uczynił zeń jedną z głównychswych rezydencji. W ramach ekspozycji możemy zobaczyć również dwa inne zamki związane z postacią zwycięzcy spod Wiednia. Jest to zamek w Olesku, gdzie w 1629 roku przyszły król, jak głosi legenda przy biciu piorunów podczas szalejącej w okolicy sierpniowej burzy i dochodzących do komnat odgłosach bitwy z Tatarami przyszedł na świat. Jest to również zamek w Złoczowie, gdzie urodził się starszy brat króla Marek, późniejszy starosta krasnostawski. Obaj bardzo jeszcze młodzi, bo zaledwie dwudziestoletni wówczas Sobiescy, brali udział w walkach opisanych na kartach „Ogniem i mieczem”. Marek zginął w rok po bitwie pod Beresteczkiem podczas masakry dokonanej po starciu pod Batohem, której opisu Sienkiewicz czytelnikom oszczędził.

Wysoki Zamek we Lwowie. Makieta, fot. Kazimierz Świetlicki / Nowy Kurier Galicyjski

Zamek, zwany Wysokim, górował niegdyś nad Lwowem, ówczesną stolicą województwa ruskiego i jednym z najlepiej ufortyfikowanych i niezdobytych aż do początku XVIII wieku miast Rzeczpospolitej Obojga Narodów. O ile miasto w czasie najazdu Chmielnickiego ocalało, dzięki nadprzyrodzonej interwencji św. Jana z Dukli, utrwalonej dla potomnych na jednym z płócien Jana Matejki, zamek został poważnie zniszczony, a z czasem rozebrany. Dziś pozostał zaledwie fragment ściany południowej tej okazałej budowli, wzniesionej na planie nieregularnego prostokąta, z czterema potężnymi basztami na narożach i dwoma wewnętrznymi dziedzińcami. Makieta zaś unaocznia nam, jak wyglądał do połowy XVII wieku, zanim to w październiku 1648 roku został zdobyty przez oddziały Maksyma Krzywonosa. Ranny prawdopodobnie podczas tego szturmu ów pułkownik czerkaski kozackiego wojska zaporoskiego niedługo potem w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach dokonał żywota, nie brał więc udziału w opisanych dalej na kartach powieści wydarzeniach, m.in. oblężeniu Zbaraża. Dziś jest patronem ulicy, wiodącej na wzgórze zamkowe z kopcem Unii Lubelskiej we Lwowie, którą już w XX wieku, jeszcze pod ówczesną nazwą Teatyńska, uwieczniła w „Moralności pani Dulskiej” Gabriela Zapolska.

Z wołyńskich zabytków możemy zobaczyć, jak wyglądały istniejące do dziś zamki w Łucku, Ostrogu, Wiśniowcu oraz zniszczony przez kozaków Krzywonosa, podobnie jak lwowski, zamek w Krzemieńcu. Jego malownicze ruiny prawie dwieście lat później inspirowały Juliusza Słowackiego. Poeta, urodzony w tym mieście, przebywając na emigracji, daleko na obczyźnie nosił w sercu obraz uwieńczonej „tęczą z myśli moich” góry Bony, jak również barokowego kościoła pojezuickiego wraz z Liceum Krzemienieckim, szczycącym się dumnym mianem „Aten Wołyńskich”. Sienkiewicz zaś, oczarowany twórczością autora Beniowskiego, zaliczał siebie – żartobliwie nieco – do grona tych, co „Słowackiego wielbią, innych za nic mają”. Twórczość wieszcza poznał bliżej już w latach gimnazjalnych, przede wszystkim dzięki opublikowanym w Ossolineum we Lwowie 1866 roku przez Antoniego Małeckiego trzytomowym „Pismom pośmiertnym”. Nieraz w listach cytował z pamięci całe fragmenty Słowackiego, nade wszystko z „Lilli Wenedy”, z której postać Ślaza uważali współcześni za pewien pierwowzór Rzędziana w „Ogniem i mieczem”, a poniekąd także i Zagłoby. Sienkiewicz angażował się w zakrojone na szeroką skalę obchody 100-lecia urodzin Słowackiego we Lwowie. Na wieczór literacki 23 maja 1908 roku, z którego dochód miał być przeznaczony na pomnik wieszcza w tym mieście przekazał pisarz niepublikowaną jeszcze nowelę „We mgle” (niezrealizowany niestety przed wybuchem II wojny światowej projekt pomnika autorstwa Edward Wittiga z 1937 roku dopiero po 64 latach stanął ostatecznie w 2001 roku na Placu Bankowym w Warszawie).

Zamek w Olesku. Makieta, fot. Kazimierz Świetlicki / Nowy Kurier Galicyjski

Nieopodal zamku w Olesku, już na skraju Płyty Podolskiej, położony jest pałac w Podhorcach, w którym zresztą na świat przyszedł ojciec Juliusza, Euzebiusz Tomasz Słowacki. Powstał w latach 40. XVII wieku jako wiejska, pełna sarmackiego rozmachu, letnia siedziba rezydującego w pobliskich Brodach hetmana Stanisława Koniecpolskiego. Był to jeden z największych wodzów i najpotężniejszych magnatów w dziejach Rzeczpospolitej, odznaczający się przy tym prostotą obyczajów, wielką religijnością i godną postawą (mimo wady wymowy, zacinał się i mówiono o nim, że „prędzej zabije niż powie”). Zmarł w roku 1646, a więc dwa lata przed wybuchem powstania kozackiego, pozostawiając potomnym opisaną w „Ogniem i mieczem” nowoczesną twierdzę Kudak (ok. 10 km poniżej obecnego miasta Dniepr), broniącą południowo-wschodnich rubieży Rzeczpospolitej. Po zniszczonej w późniejszych wiekach budowli niewiele dziś już pozostało, tym cenniejsza jest inicjatywa jej rekonstrukcji w postaci makiety.

Z zamków o rodowodzie średniowiecznym, położonych w pobliżu Lwowa, na uwagę zasługuje również ten w Świrzu. W XX wieku w wianie wniosła go sławnemu kawalerzyście, uczestnikowi słynnej bitwy przeciwko bolszewikom pod Komarowem, olimpijczykowi Tadeuszowi Komorowskiemu jego małżonka, Irena z Lamezan-Salins, bliska przyjaciółka prof. Karoliny Lanckorońskiej. Tak oto późniejszy dowódca Armii Krajowej, „Bór”, który podjął decyzję o rozpoczęciu Powstania Warszawskiego, był ostatnim przed wybuchem II wojny światowej właścicielem tego XV-wiecznego zamczyska.

Zamek w Kamieńcu Podolskim. Makieta, fot. Kazimierz Świetlicki / Nowy Kurier Galicyjski

W Parku Miniatur Kresowych nie mogło zabraknąć modeli trzech twierdz, które urosły do rangi symbolu niezłomności i męstwa polskiego oręża. Są to: Zbaraż koło Tarnopola, wsławiony bohaterską obroną przed kozakami w 1649 roku; Kamieniec Podolski, który padł po pełnej determinacji walce z przeważającymi siłami tureckimi w 1672 roku, grzebiąc w swych ruinach prochy bohaterskiego obrońcy, Hektora Kamienieckiego, pana Wołodyjowskiego oraz Chocim, którego mury rok później stały się świadkiem jednego z największych zwycięstw w historii polskiego oręża, dokonanych pod wodzą Lwa Lechistanu, hetmana Jana Sobieskiego. To on pojawił się w kolegiacie stanisławowskiej na pogrzebie Małego Rycerza, podczas którego padły te pamiętne słowa: „Dla Boga, panie Wołodyjowski! Larum grają! wojna! nieprzyjaciel w granicach! a ty się nie zrywasz? szabli nie chwytasz? na koń nie siadasz? Co się stało z tobą, żołnierzu? Zaliś swej dawnej przepomniał cnoty, że nas samych w żalu jeno i trwodze zostawiasz?”. Trwogą ogarnięty był wówczas cały kraj, bo zdobywszy Kamieniec, Turcy ruszyli na Lwów, oblegając bezskutecznie miasto, a pamiątką tych dramatycznych chwil są do dziś widoczne na murze prezbiterium katedry lwowskiej dwie kule armatnie. Wybrany rok po wiktorii chocimskiej na króla Polski, nakazał Sobieski w roku 1692 budowę pomiędzy brzegami Zbrucza i Dniestru Okopów Świętej Trójcy, które aż do czasu odzyskania Kamieńca z rąk tureckich, niestety już po śmierci monarchy, były kluczowe w systemie obronnym tego odcinka granicy, zaś w XVIII wieku stały się areną wydarzeń Konfederacji Barskiej, opisanych przez Zygmunta Krasińskiego w jego „Nie-Boskiej komedii”.

Zamek w Chocimiu (makieta) i perukowce podolskie, fot. Kazimierz Świetlicki / Nowy Kurier Galicyjski

I wreszcie nadszedł czas, by zobaczyć te miejsca, gdzie Skrzetuski zakochał się w Helenie i gdzie wciąż krąży po stepie duch Bohuna. To gdzieś nad Dnieprem leżały wymyślone przez Sienkiewicza Rozłogi, w których Helena poznała kozackiego watażkę, gniazdo rodzinne Kurcewiczów, doszczętnie spalone przez rozwścieczonego konkurenta Jana Skrzetuskiego. To gdzieś nad Dniestrem znajdował się Czortowy Jar za Waładynką – miejsce bytowania wiedźmy Horpyny, w którym Bohun ukrył kniaziównę po porwaniu jej z Baru.

Na ostatek oglądamy zabytki najstarsze i zarazem najbardziej oddalone geograficznie od obecnych granic Polski. Na wschodzie są to kijowskie Złote Wrota, symbol potęgi średniowiecznej Rusi, o które w roku 1018 książę Bolesław Chrobry wyszczerbił swój miecz. Na południu – pałac chanów krymskich w Bachczysaraju, Wał Trajana jako pozostałości rzymskiej budowli sprzed 1800 lat oraz ruiny Chersonezu Taurydzkiego, antycznego miasta greckiego na Krymie, gdzie w 988 roku odbył się chrzest Rusi.

Twórcy Parku Miniatur dołożyli starań, by zabytki pokazać na tle cudownych kresowych krajobrazów. Zielone doliny Dniestru i Dniepru wraz z jego słynnymi porohami zostały pieczołowicie unaocznione zwiedzającym, z pewnością po to, by zachęcić ich do wypraw krajoznawczych w tamte strony, których chociaż pisarz nigdy nie widział, to jednak mocą geniuszu wyobraźni potrafił sugestywnie słowem odmalować dla czytelnika. Wszystko to pięknie uzupełnia roślinność: niezwykle efektowny krzew – perukowiec podolski pyszni się tu delikatnymi kwiatostanami, przypominającymi perukę, a kołyszące się na wietrze szuwary przywołują na myśl tamte nad stawem zbaraskim, przez które przedzierał się pan Skrzetuski, by dotrzeć pod Toporów koło Oleska z wieściami dla króla Jana Kazimierza.

Park Miniatur Kresowych jest częścią większego, tętniącego życiem założenia pod nazwą „Archipelag Roztocze”. Przechadzając się urokliwymi alejkami, obserwujemy dzieci korzystające z licznych atrakcji: beztrosko bawiące się na placach zabaw, wprawiające się w strzelaniu z łuku, częstujące smakołykami zwierzęta domowe w mini zoo, czy też poznające świat i jego tajemnice w Empirii Parku Żywiołów. W restauracji pod wymowną łacińską nazwą „Ignis” – „Ogień” uświadamiamy sobie, że ogień, tak jak w tytule sienkiewiczowskiej powieści, nieść może pożogę, śmierć i zniszczenie, może powodować oczyszczenie i transformację, a może być symbolem ciepła domowego ogniska i bezpieczeństwa. Gawędząc przy stole w kręgu rodzinnym, z dala od alarmów bombowych, w tak odmiennej niejednokroć od tamtej wojennej rzeczywistości po drugiej stronie granicy, możemy ukoić ducha w atmosferze spokoju, a ciało posilić swojskimi pierogami: i tymi powszednimi, zwanymi od Rusi Czerwonej ruskimi, i tymi w bardziej wykwintnej wersji, z nadzieniem z gęsiny, z której dania są specjalnością zakładu.

Podziękować należy twórcom Parku Miniatur Kresowych, iż na tak niewielkiej przestrzeni udało się im zawrzeć tak wiele różnorodnych treści. Dopiero po ponad stu latach od śmierci Sienkiewicza, badacze twórczości pisarza dochodzą do wniosku, że łatwo się czyta jego dzieła, ale trudno rozumie. To miejsce na Roztoczu ma nam w tym pomóc. Zaprasza nas ono do odbycia fascynującej podróży w czasie i przestrzeni, zachęca do głębszej refleksji nad historią i teraźniejszością. Skłania, by wziąć raz jeszcze tomy Sienkiewicza do ręki i by go „doczytać”, odnajdując nowe dla siebie wątki i przesłania. I wreszcie tworzy przedsmak realnej podróży na Kresy, którą koniecznie trzeba odbyć, oby w jak najbliższej perspektywie, by idąc za tokiem myśli Jarosława Iwaszkiewicza odkrywać „cudowne polskie bogactwo”, które zdaniem tego wychowanego tam i rozmiłowanego w sienkiewiczowskiej prozie pisarza „polśniewa, pobłyska, grzmi, szepce, modli się”. Wreszcie, by poczuć nie ten letni, lecz „ten najprawdziwszy wiatr od stepów, gorący i zimny”, by dać się porwać i ponieść opowieści „o rycerstwie spod kresowych stanic”, o tych, którzy wbrew barbarzyństwu potrafił stawić czoło największym wyzwaniom, niebezpieczeństwom i klęskom, po to, by chronić. Biologiczną i moralną wartość narodu. Spróbujmy zwiedzając Park na Roztoczu wsłuchać się w opowieści o sile ducha i wiary, która tam na kresach kazała podnosić się po kolejnych ciosach i odradzać jak feniks z popiołów. Jakże dziś brzmi to aktualnie, „Nienawiść wrosła w serca i zatruła krew pobratymczą – i żadne usta długo nie mówiły: „Chwała na wysokościach Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli”. Nienawiść, ślepa wiara w siłę materialną to są chyba najważniejsze rzeczy, przed którymi pisarz przestrzega.

I na koniec, wsłuchując się znów w słowa przywołanej na początku pieśni o Małym Rycerzu, chciałoby się zachęcić każdego, kto to miejsce na Roztoczu odwiedzi: „Wstań, unieś głowę…”. Trylogia w zamyśle pisarza miała i ma nadal nie tyle podsycać tęsknoty i nostalgie, co pełnić rolę pobudki, pokazywać rodakom sens i możliwość działania oraz do niego nakłaniać, tu i teraz, podejmować wezwania na miarę swych możliwości. Dzięki mocy ducha jesteśmy w stanie zmierzyć się ze skutkami wszelkich dziejowych kataklizmów i je przezwyciężać, a mądrze korzystając z wolności siać prawdę, dobro i piękno, którym cieszyć się będą potomni. Ciepłe, pulsujące światło bije wciąż stamtąd, od grobów bohaterów i od bezimiennych kresowych mogił i kurhanów, od wiernie trwających strażnic i twierdz, niemych świadków trudnej, ale i chwalebnej historii, przypominając nieustannie, że sens dziejów stanowi walka o ideały, zbliżająca jednostki, społeczeństwa, narody, cywilizacje w dążeniu do lepszej przyszłości. Myślę, że twórcy Parku Miniatur Kresowych odczytali to przesłanie wiernie.

Joanna Pacan-Świetlicka

Tekst ukazał się w nr 17 (477), 16 – 25 września 2025

X