Wyprawa Towarzystwa Karpackiego w Czarnohorę i „Spotkanie Vincenzowskie” w Bystrzcu

Jak co roku członkowie i sympatycy Towarzystwa Karpackiego ponad tydzień wędrowali przez Czarnohorę i jej nieodległe okolice. Tym razem w wyprawie uczestniczyło 16 osób, którzy, czy to w grupie głównej, czy w podgrupach, z zakarpackiego Rachowa dotarli do naszego Bystrzca na uroczystość poświęconą 130. rocznicy urodzin Stanisława Vincenza.

W Rachowie niewątpliwą atrakcją niedzieli był festiwal folklorystyczny „Huculska Bryndza” (już XVIII edycja), połączony z możliwością darmowej degustacji bryndzy i innych huculskich serów i kulinariów oraz zakarpackich win i nalewek na niezliczonych stoiskach z całych ukraińskich Karpat. W różnych częściach miasta oryginalną muzykę grały huculskie, ale także rumuńskie i zakarpackie kapele ludowe. Trzeba przyznać, że niekiedy były to popisy wirtuozowskie. A po części folklorystycznej na głównej scenie amfiteatru występowały znane na Ukrainie gwiazdy takie jak Andriana, Stepan Hiha, Wyktor Pawłyk, Oksana Romaniuk, Halina Berenkewycz, Zespół „Bud`mo” itd. Tysięczna publiczność znała na pamięć i chóralnie śpiewała teksty prawie każdej z ich piosenek.

W tym samym Rachowie część naszej grupy śledziła „węgierskie akcenty” tego miasteczka, m.in. uczestnicząc w sprawowanym po węgiersku nabożeństwie w kościele katolickim. Jedna z podgrup zwiedziła inne miejscowości w dolinie Cisy (uczestnicząc m.in. w porannej mszy w przepięknej cerkwi „strukowskiej” w Jasini. W Borkut-Kvasy szukaliśmy bezskutecznie śladów Vincenza, który wszak po ucieczce z Polski zamieszkiwał w pensjonacie „Rosenthal” i stamtąd kierował prośby o pomoc do H. Zbindena i innych zagranicznych przyjaciół. Dotarliśmy także od wyznaczonego jeszcze za „nieboszczki Austrii” „centrum Europy”, które to znajduje się koło miejscowości Diłowe. Druga zaś z podgrup zdobyła „na lekko” szczyt Popa Iwana Marmaroskiego (1937 m n.p.m.).

Korzystając z transportu tzw. gruzowikiem, przez Kevele-Kvasy dotarliśmy do Wysokogórskiej Stacji Biologicznej Uniwersytetu Lwowskiego na Menczule Kwasowskim, skąd przez połoninę Rohnieską z niejakim trudem wdrapaliśmy się na szczyt Petrosa (2020 m. n. p. m.). Z trudem, bo jak to zwykle bywa w górach, zupełnie niespodziewanie diametralnie zmieniły się warunki atmosferyczne i zostaliśmy otoczeni przez kotłujące się wokół burze. I chociaż zachowywaliśmy się zgodnie z wszelkimi zasadami bezpieczeństwa w górach i ze zdrowym rozsądkiem, to wszyscy do końca życia zapamiętamy potężne uderzenie pioruna, który raczył był uderzyć obok PT. „karpackich” tak, że złożone poniżej grani plecaki wyraźnie podskoczyły w górę, tym niektórym z karpackich, którzy posiadają jeszcze włosy – stanęły one dęba.

Jako ciekawostkę wspomnieć należy spotkanego chwilę wcześniej beztroskiego miejscowego wędrowca (jak się okazało był to niejaki Stas Ternovskyi), który idąc wśród burzy, z wyraźną frajdą uwieczniał siebie na smartfonie zatkniętym na metalowym kiju. Owocem tego było trafienie kolesia odpryskiem „naszego” gromu i pełen emocji filmik wrzucony na YouTube (Меня ударила молния). Jesteśmy na nim kilka razy (co prawda w tle) uwiecznieni. W zgodnej opinii „karpackich” zupełnie za darmo zostaliśmy naładowani ogromną energią, która wystarczy na pewno na cały rok, a szczególnie na długie listopadowe wieczory. Po dość karkołomnym zejściu z Petrosa rozbiliśmy namioty wśród zabudowań pasterskich na połoninie Hołowiczewskiej.

Rano przywitał nas piękny widok Petrosa, a szczególnie zerwy na Petrosulu oraz liczni okoliczni gospodarze, którzy właśnie w tym dniu przybyli na połoninę na tzw. „rozłuczenie”. Każdy gazda („meszennyk”) witał się ze swoją chudobą, oceniał jak „przelatowała” i dokonywał tradycyjnych rozliczeń z watahem. Cóż, być może to jedna z ostatnich okazji, aby tej ceremonii można się było przyjrzeć?

Nasza dalsza droga wiodła na Przełęcz Harmanieską i Howerlę (2061 m n.p.m.), którą niejako z obowiązku część „karpackich” zaliczyła), Pożyżewską oraz Turkuł, skąd przez Połoninę Turkulską już o porządnej szarówce dotarliśmy do Klauzy Howerla, a stamtąd już w deszczu do zakarpackich Łuhów-Howerla, gdzie w gościnnym pensjonacie pp. Ferenców raczyliśmy się znów huculskimi specjałami i spędziliśmy deszczową noc. W przysiółku tym rozgrywało się kilka ważnych epizodów vincenzowskiego powrotu do Bystrzca. Stąd pisarz z synem wyszedł i tu pożegnał się z Jerzym Stępowskim.

Na Howerli było dokładnie tak jak na Howerli bywa.

Krótka wizyta na Stacji na Pożyżewskiej była okazją do przekazania sympatycznej obsłudze portretów dwu pierwszych jej kierowników: prof. Bronisława Janowskiego (1875–1960) i dra Karola Huppenthala (1874–1941) oraz publikacji o historii Stacji przed 1939 r. Te historyczne portrety ozdobić mają jedno z pomieszczeń Stacji. Warto wiedzieć, że obecnie stacja na Pozyżewskiej podporządkowana jest Ministerstwu Nadzwyczajnych Sytuacji Ukrainy, należy do Iwanofrankiwskiego Obłasnego Centrum Hydrometeorologii i jest stacją śniegowo-lawinową

Celem następnego dnia było dotarcie na Popa Iwana (2016 m n. p. m.). Wychodziliśmy tam gremialnie, tym razem przez uroczysko Komen, mało znaną ścieżką wiodącą od ruin klauzy Balzatul na Pohane Misce. Po rozbiciu namiotów obok ruin schroniska AZS pod Smotrecem „na lekko” odwiedziliśmy obserwatorium. Widok obserwatorium, szczególnie dla osób, które nie bywają tam regularnie, był raczej przygnębiający. Nie mogło się jednak obyć bez wspólnego zdjęcia przy odnalezionym daleko od wierzchołka głównym słupem granicznym (nr 16), który niedawno zupełnie społecznie został przydźwigany z powrotem na swoje miejsce na szczycie i ustawiony tam powtórnie przez grupę woluntariuszy z niezmordowanym Wasylem Ficakiem na czele. Sam Wasyl i generalnie wszyscy zawodowi ratownicy z Popa przebywali akurat na szkoleniu w Bieszczadzkiej Grupie GOPR.

Wieczór w tak historycznym miejscu poświęcony był rzecz jasna dziejom schroniska AZS, a szczególnie Ludwika Bogusza Zięblica – pierwszego i jedynego dzierżawcy i gospodarza schroniska. We wspólnym ognisku uczestniczyła sympatyczna grupa uczestników kursu przewodnickiego SKPG „Harnaś” z Gliwic, która również zmierzała pod krzyż vincenzowski w Bystrzcu.

Następnego dnia, w czwartek, przy pięknej rano pogodzie podgrupami, po swojskiej Czarnohorze zmierzaliśmy do Bystrzca „jakktochce”, a to przez Czufrową, a to przez Wuchaty, a to przez Smotrec, a to nawet przez Pohorylec i Szybene.

Do Bystrzca, o dziwo, wszystkim udało się w terminie dotrzeć. Była okazja przyjrzeć się co zmienia się w „starych kątach” w Dzembroni i Bystrzcu. Szczególnie w Dzembroni zmienia się stety/niestety dużo. Odwiedziliśmy także Kubę Węgrzyna w jego Chatce na Kosaryszczu. I tu apel do turystów z Polski i nie tylko: „Pamiętajcie o Chatce u Kuby i nigdy jej nie omijajcie!”.

W piątek zaś, pod vincenzowskim krzyżem na „Skarbach” odbyło się zapowiadane m.in. na naszej stronie internetowej spotkanie, tym razem z licznym udziałem mieszkańców Bystrzca, szczególnie uczniów bystreckiej szkoły, którzy uświetnili uroczystość huculskimi śpiewankami. W skupieniu odczytaliśmy w dwu językach napisy z tablicy ustawionej pod krzyżem i odmówiliśmy po polsku i ukraińsku modlitwy w intencji osób które żyły lub gościły w domu Vincenzów. Kwiaty złożył przybyły specjalnie na tę uroczystość ze Lwowa konsul RP Rafał Kocot. Do zebranych przemawiali przedstawiciele współorganizatorów spotkania – ze strony stowarzyszenia Zełenyj Świt Aleksander Stepanenko, ze strony Towarzystwa Huculszczyna Iwan Zelenczuk, zaś ze strony Towarzystwa Karpackiego kol. Leszek Rymanowicz. Prawdziwą frajdę zebranym sprawił Wasyl Zełenczuk, który zademonstrował tradycyjne huculskie „hałakanie” – popularną kiedyś, obok „trembitania” formę komunikacji na czarnohorskich połoninach. Panu Wasylowi odpowiedział Gadżyna, niestety już bez stad owiec i pasterzy.

Po zrobieniu pamiątkowego zdjęcia, wyruszyliśmy do centrum Bystrzca, gdzie w Domu Kultury, w obecności przybyłych specjalnie na to spotkanie gości ze Lwowa, Iwano-Frankiwska i Werchowyny odbyła się sesja poświęcona Stanisławowi Vincenzowi, a po niej tradycyjna huculska kolacja. Sesję uświetniła tradycyjna troista muzyka huculska, a także występ kierownika Domu Kultury Iwana Potiaka. Fragmenty „Na wysokiej połoninie” odczytała i sesję prowadziła Julia Potiak.

Z uwagi na trwające w tym samym czasie Forum Ekonomiczne w Krynicy, na spotkanie nie mogli przybyć zaproszeni zaangażowany w „sprawy vincenzowskie” na Huculszczyźnie: deputowany Mykoła Kniażycki (przewodniczący Komisji Kultury i Wyznań Rady Najwyższej Ukrainy) oraz rektor Uniwersytetu Przykarpackiego Ihor Cependa i dyrektor Studium Europy Wschodniej UW Jan Malicki. Skierowali oni do uczestników listy, które zostały w trakcie sesji odczytane.

Wspomnieliśmy także, bo to już rok po jej śmierci, ostatnią żyjącą mieszkankę domu „na Skarbach” – Barbarę Vincenz-Wanders. Nekrolog Barbary Vincenz odczytała w języku francuskim kol. Hanna Ostoja-Łojasiewicz.

Była obecna jedna z ukraińskich stacji telewizyjnych, która wyemitowała krótką relację z naszej uroczystości.

Relację z uroczystości na swojej stronie internetowej zamieścił także nasz partner i współorganizator: organizacja „Zełenyj Świt”.

Last but not least… co do pogody, to było jak zwykle, padało codziennie, jednak nie w sposób dramatyczny, uniemożliwiający wędrowanie, intensywne opady przechodziły nocami. W Czarnohorze o suszy nie ma mowy, wręcz przeciwnie, z powodu intensywnych opadów po raz kolejny została przez osuwisko zerwana droga wzdłuż Czarnego Czeremoszu między Krasnikiem a Dzembronią (na tzw. Dołhych Tołokach). Dzieje się to tam zresztą z regularnością szwajcarskiego zegarka od ponad stu lat, czyli od czasu, kiedy drogę tę jako drogę gminną nakładem i szarwarkiem gmina Żabie zbudowała. Przez ok. trzy dni wsie w górze Czeremoszu zostały praktycznie odcięte od świata, na szczęście udało się wyrwę zasypać (oczywiście jak zwykle prowizorycznie). Po prostu wysypano kilka ciężarówek zwykłej gliny, która przemielona kołami pojazdów ma konsystencję rzadkiego ciasta i głębokość ok. pół metra. Na kamień czy żwir gminy nie mają pieniędzy.

PS
I jeszcze ważna dla wszystkich informacja: pod Howerlą od strony zakarpackiej na przeł. Prypiczka funkcjonuje „Informacyjno-Turystycznyj Centr Wysokohirja Karpat” prowadzony przez Karpackij Biosfernyj Zapowydnyk. W obszernym budynku na podłodze może znaleźć nocleg kilkadziesiąt albo i więcej osób. Obiekt jest „zaopiekowany” przez strażników „zapowidnyka, a koszt noclegu to ok. 5 zł (30 hrn.). W pobliżu woda i telefoniczna możliwość wynajęcia samochodu terenowego, którym można zjechać kilkanaście kilometrów dzielących to miejsce od Łuhów.

Leszek Rymanowicz
Tekst ukazał się w nr 20 (312) 30 października – 15 listopada 2018

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X