Czwartego lipca br. minęła 135. rocznica urodzin Adama Sołtysa – wybitnego kompozytora, dyrygenta, muzykologa, pedagoga, animatora lwowskiego życia muzycznego oraz wyjątkowej dobroci i szlachetności człowieka.

Od kiedy siebie pamiętam – w centrum mojego świata, niejako dziecięcego mikrokosmosu był Ojciec – dobry, niezmiennie łagodny, czuły, o mądrych błękitnych oczach i wyjątkowym uśmiechu. Byłam taką „przylepką”, stale wyczekującą na czas, który Tatuś będzie mógł poświęcić wyłącznie mnie. Oto jedno z najwcześniejszych moich wspomnień (mogłam mieć około 4 latek): stoję przy furtce na granicy naszej posesji i ulicy, oczekując na powrót z pracy ukochanego Tatusia. Nagle na zakręcie (w odległości 70–80 m) dostrzegam Jego postać; puszczam się więc pędem na spotkanie, wpadając za moment w rozwarte ramiona Ojca. Odczucie radości, chwili szczęścia było tak intensywne, że wciąż mam przed oczyma tę chwilę. A jak interesujące rozmowy prowadziliśmy – jako wytrawny pedagog, Ojciec potrafił zawsze zahaczyć o temat, który z miejsca mnie porywał, angażował moją dziecięcą wyobraźnię. Początkowo były to opowieści o zabawkach, którymi w dawnych czasach bawiły się dzieci lub popularnych onegdaj grach i zabawach, czy przeżytych w dzieciństwie przygodach. Później wspomnienia z podróży, zaznajamianie mnie z treścią najwybitniejszych oper, słuchanie muzyki z płyt winylowych, rozmowy o muzyce (na dostępnym dla mnie wtedy poziomie). Czasem wspominał zabawne zdarzenia przeżyte osobiście lub opowiedziane przez innych. Miał wprost wyjątkowy dar opowieści, no i cudowne poczucie humoru. W latach późniejszych (gdy już chodziłam do szkoły) Ojciec dbał o to, bym zawsze miała pod ręką wartościową lekturę, np. trylogię Henryka Sienkiewicza (w przedwojennym wydaniu dla młodzieży) przeczytałam chyba w trzeciej klasie podstawówki, podobnie zresztą jak i „Krzyżaków”. Ze szczególnym rozrzewnieniem wspominam chwile, gdy po tradycyjnie smacznym obiedzie (matka była mistrzynią sztuki kulinarnej), siadaliśmy na małej sofie w salonie i Tatuś snuł jakąś opowieść. W scenerii powoli zapadającego zmroku wszystko wokół stawało się jakby magiczne – kontury starych mebli, przyciszony, o przyjemnej barwie głos Ojca, zarysy drzew za oknem…
Śmierć Ojca (w 1968 r.) była dla mnie – jedenastoletniej wtedy dziewczynki – ogromną traumą…
Po kilkunastu latach (byłam już po studiach), dość niespodzianie zapragnęłam niejako ożywić postać mojego Taty poprzez zebranie wspomnień osób, z którymi Ojciec utrzymywał kontakty – przede wszystkim uczniów i przyjaciół. Po trosze kierowała może mną chęć spojrzenia na Jego osobę niejako z zewnątrz, zmierzenie się z rzeczywistością w dorosłości. Oczywiście nie było to wcale takie proste zadanie – na niektóre wspomnienia musiałam czekać nawet po kilka lat! Zwłaszcza, że sporo osób dawno wyjechało ze Lwowa. Ale w końcu dopięłam swego i naprawdę było warto! To niesamowite – z tych wspomnień wyłoniła się postać Ojca taka, jaką zapamiętałam. A więc wcale nie idealizowałam…

Z zebranych wspomnień dowiedziałam się m.in., jak ogromny wpływ miał mój Ojciec nie tylko na kształtowanie przyszłych artystów-muzyków, ale również na ich wybory życiowe i wypracowanie odpowiedniej hierarchii wartości. Oto fragment wspomnień Hennadija Laszenki (znanego kompozytora ukraińskiego, muzykologa i pedagoga): „Z perspektywy przeżytych lat wyraźnie uświadamiam sobie, że los obdarzył mnie autentycznym szczęściem kontaktu z człowiekiem, którego cechy duchowe, moralne i zawodowe stały się bezpiecznym drogowskazem całego mojego życia (…)”. W innym miejscu wspomnień Laszenko zauważa: „W klasie profesora Adama Sołtysa zdobywałem nie tylko umiejętności zawodowe, ale uczyłem się sztuki życia (…). Przypominam sobie, że kiedyś, jeszcze w początkach mojej nauki u Profesora, Adam Sołtys zaproponował mi wprowadzić zmianę w jednym z fragmentów, przyniesionego na lekcję utworu. Dość lekkomyślnie odniósłszy się do zadania, zaproponowałem od razu inną wersję wspomnianego fragmentu sądząc, że zadanie wykonałem. Profesora nie tylko nie zadowolił taki stosunek do pracy, ale wręcz oburzył. I zaraz potem wytłumaczył mi, że kompozycję traktować należy bardzo poważnie i odpowiedzialnie, że nie każde pierwsze lepsze rozwiązanie zadania może być ostateczne, że każdy utwór wymaga rzetelnej selekcji materiału i środków muzycznych, jak również dużego nakładu pracy duchowej. Od tej chwili, pracując nad jakimś dziełem przyspieszam powoli, by osiągnąć najwyższą, dostępną mi w danej fazie twórczej, doskonałość”. Wyjątkową wprost u mego Ojca umiejętność zachęty uczniów do udoskonalania, do pracy z wiarą we własne siły odnotowuje również inny uczeń – Ihor Macijewski, (znany kompozytor, etnomuzykolog i pedagog), przytaczając wypowiedziane niegdyś słowa nauczyciela: „Miałem takiego a takiego studenta, który wciąż powracał do ukończonego i zaakceptowanego już dzieła i wciąż jeszcze coś poprawiał i udoskonalał; mówiłem mu więc, że jest dobrze i że już dość tego poprawiania. A student ów odpowiadał: A proszę teraz posłuchać, nieprawdaż, iż jest lepiej? – I rzeczywiście, było lepiej”. Tych słów i tego w jaki sposób zostały wypowiedziane wystarczało, aby zrozumieć, jak poważną, skrupulatną, a nawet żmudną winna być praca zawodowego kompozytora. Praca wykonywana z szacunkiem do Muzyki i do Ludzi, do których zwracamy się poprzez swoją Muzykę”.
Na lekcjach Adama Sołtysa nie zawsze jednak królowała powaga, na co wskazuje następujący fragment wspomnień kompozytora Laszenki: „Czasami Profesor opowiadał komiczne sytuacje z życia artystów i orkiestrantów. W takich chwilach nagle stawał się jakby znów młody. Subtelny dowcip mego nauczyciela krył w sobie tyle miłości do życia i ludzi, że serce ogarniała niewypowiedziana radość i pragnienie pracy ze zdwojoną energią (…)”.
Ihor Macijewski odnotowuje natomiast, że „Całą swoją osobowością, swoim życiem, każdym gestem, spojrzeniem, delikatnością i życzliwością wypowiedzi, całą swą aurą świetlaną Profesor uczył szacunku i miłości bliźniego, szacunku do pracy, do muzyki. Szacunek i miłość… Sądzę że każdy, kogo los obdarzył szczęściem zetknięcia się z Adamem Sołtysem, ukształtowanie tych uczuć w swym sercu zawdzięcza właśnie Jemu (…). Niezwykła delikatność, takt, autentyczna kultura prawdziwego inteligenta, a przede wszystkim Jego umiejętność oceny i odnajdywania w pracy studenta tego co naprawdę dobre i wartościowe, umiejętność wyczucia i rozwijania indywidualności ucznia, liczenia się z nią – wszystko to czyniło cuda (…). A ileż dawała studentom szerokość horyzontów i artystycznych zainteresowań Adama Sołtysa! (…) W owych latach zrodziło się we mnie poczucie klasy, szkoły, duma z bycia członkiem społeczności uczniów Adama Sołtysa. Tak, to była społeczność, mimo że uczyliśmy się w różnym czasie. Profesor stale opowiadał swoim młodszym uczniom o ich starszych kolegach, był z nich dumny, uczył odwołując się do ich doświadczeń. Miał kontakty ze swymi uczniami przez wiele lat po ukończeniu uczelni. Niemalże do chwili ukończenia studiów doktoranckich w Leningradzie, jeszcze na krótko przed śmiercią Adama Sołtysa pokazywałem Mu swoje nowe utwory, dzieliłem się planami i pomysłami nowych prac”. Zacytowałam ten obszerny fragment wspomnień Macijewskiego, ponieważ ze szczególną pieczołowitością dotyka wielu stron osobowości mojego Ojca. W tym kontekście dodam jeszcze, że z uczniów mojego Ojca, czy nie najczęściej bywał w naszym domu kompozytor Hennadij Laszenko. Czasem przychodził sam, czasem z córeczką Marynką, niekiedy dołączała również jego małżonka, zwłaszcza na uroczystości rodzinne. Cenną pamiątką takich odwiedzin są liczne zdjęcia, które robił nam pan Laszenko. Ze szczególną wdzięcznością wspominam fakt, iż to właśnie zaprzyjaźniony z Tatą uczeń Laszenko towarzyszył nam w podróży do sanatorium w Odessie, kiedy to stan Ojca był naprawdę poważny. I już tam na miejscu pomógł Matce załatwić wiele różnych formalności (nb. Ojciec został wtedy w sanatorium na całe lato, a my z Mamą przyjeżdżałyśmy w odwiedziny co najmniej trzy razy w miesiącu).
Do byłych uczniów, którzy odwiedzali Ojca w miarę systematycznie, należał również Andrzej Nikodemowicz, prywatnie mój Chrzestny. W tym kontekście wart zacytowania jest następujący fragment wspomnień profesora Nikodemowicza, zawarty w artykule, opublikowanym w RM jeszcze w 1968 r: „Potrafił stworzyć tak cudowną artystyczną aurę, że już przez to wywierał ogromny wpływ. Posiadał niezwykły dar subtelnego odczuwania drugiego człowieka, zrozumienia cudzych intencji. Uczniów swoich obdarzał szczególnym sercem. Po ukończeniu studiów pozostawali oni nadal jego najlepszymi przyjaciółmi, z którymi utrzymywał bliski kontakt osobisty, a swoją niezwykłą osobowością wywierał na nich wielki moralny i artystyczny wpływ. Toteż uczniowie odwzajemniali mu się gorącym uczuciem i przywiązaniem. Kochali go za jego wielką wiedzę i erudycję, za jego dobroć i stosunek do ludzi i za jego niezwykły, przemiły język, który stanowił arcydziwny stop polsko-ukraińsko-rosyjski. Jego twórczy dorobek to nie tylko długi szereg znakomitych kompozycji, ale też i wszystkie te bezcenne ziarna tak obficie rozsiane w sercach i umysłach jego uczniów”. Jak cudownie współgrają zacytowane myśli profesora Andrzeja Nikodemowicza o Ojcu z myślami zawartymi we wspomnieniach kompozytorów Laszenki i Macijewskiego, które zostały spisane prawie 20 lat później. To niezwykłe i wprost niesamowite!
Dla znanego kompozytora ukraińskiego Myrosława Skoryka droga do nauki w klasie Adama Sołtysa (w odróżnieniu od drogi Laszenki, Macijewskiego czy Nikodemowicza) okazała się dość skomplikowaną. Sam Skoryk tak to wspominał: „Początkowo, na pierwszym i drugim roku studiów uczyłem się fakultatywnie u profesora Ludkiewicza. Jednak (…) na jego lekcjach czułem się niepewnie. Ludkiewicz wprawdzie potrafił docenić twórczość, ale ja jakoś nie do końca pojmowałem jego wskazówki, które częstokroć bywały metaforyczne i dla mnie niezrozumiałe. W konsekwencji po drugim roku studiów Ludkiewicz powiedział mi, że jako teoretyk jestem lepszy niż jako kompozytor i przestał mnie uczyć. Następnie zainteresował się mną Roman Simowicz, który dodał mi otuchy i nadziei, za co jestem mu wdzięczny. Simowicz był dobrym pedagogiem i pod tym względem stanowił przeciwieństwo Ludkiewicza. Profesor Simowicz potrafił nauczyć, więc początkowo nauka przybiegała owocnie”. Jednak gdy M. Skoryk zainteresował się nowymi trendami w muzyce, Simowicz, który „przeżył to ciężko”, również zrezygnował z uczenia jego kompozycji, co zdarzyło się na czwartym roku studiów. A oto dalszy tok wspomnień Myrosława Skoryka: „(…) i wtedy wicerektor konserwatorium Arsenij Kotlarewski poprosił profesora Sołtysa o przyjęcie mnie do jego klasy, w której ukończyłem konserwatorium już bez żadnych komplikacji. Każdemu spośród tych trzech pedagogów, u których studiowałem, coś zawdzięczam (…). Jednak dopiero w klasie Adama Sołtysa poczułem się wreszcie nie tylko uczniem, ale i kompozytorem, który jest w stanie coś skomponować. Właśnie ta atmosfera życzliwości, zainteresowania, a czasami nawet zachwytu nad tym, co skomponował student, tworzyła w jego klasie klimat wprost wyjątkowy. Największe jednakże wrażenie wywierało na studencie chyba to, że gdy coś mu się naprawdę udało – Adam Sołtys sam cieszył się z tego bardzo i nagradzał epitetami, wśród których było zazwyczaj jego ulubione określenie „kongenialnie”. Oczywiste, że po takich słowach student czuł się uskrzydlony i rzeczywiście potrafił z siebie coś wydobyć”. Naturalną konsekwencją tych wspomnień może być myśl: ciekawe, jakby się potoczyły losy Skoryka – uważanego dziś za jednego z najwybitniejszych twórców ukraińskich – gdyby nie trafił do klasy Adama Sołtysa…
Warto odnotować, iż nawet studenci, którzy mieli stosunkowo krótki kontakt z profesorem Sołtysem (np. na lekcjach grupowych z analizy form muzycznych) pozostawali również na długo pod wrażeniem nie tylko wiedzy nauczyciela, ale także walorów osobowości. Oto fragment wspomnień prof. Stefanii Pawłyszyn, wybitnej ukraińskiej muzykolog, naukowca i pedagoga: „Adam Sołtys budził bezgraniczny szacunek do swojej osoby, a równocześnie emanował ciepłem i dobrocią. Jego postać od pierwszego spotkania pozostawiała niezatarte wrażenie. Stalowoszare oczy z odcieniem błękitu i spojrzenie spod gęstych, krzaczastych, ciemnych brwi należą na ogół do ludzi o „żelaznym”, czasem despotycznym charakterze. Inaczej w przypadku Profesora Sołtysa – do dziś mam przed sobą jego przepełnione dobrocią i mądrością oczy i miły uśmiech, który odzwierciedlał kryształową czystość duszy i jakąś wprost dziecięcą niewinność (…). W stosunku do studentów profesor Adam Sołtys potrafił łączyć surowe wymagania z życzliwością i dobrocią, gotowością niesienia pomocy w trudnych sytuacjach życiowych, oto przykład. Gdy na drugim roku studiów skradziono mi pieniądze (na dodatek pożyczone), przeznaczone na kupno płaszcza, Profesor od razu zaproponował mi pomoc pocieszając jak przyjaciel (…). Nic więc dziwnego, że studenci z własnej inicjatywy chodzili oczyszczać w śnieżycę nie tylko podwórze, ale również chodnik okalający ogród przy willi Adama Sołtysa”. W tym kontekście dodam jeszcze, że z profesor Stefanią Pawłyszyn utrzymywałam dość bliski kontakt aż do jej odejścia w 2021 roku.
Swój tekst pragnę zakończyć słowami mojego Chrzestnego, zawartymi we wspomnianym już wyżej artykule z 1968 r. „Wielkim pedagogiem może być tylko wielki człowiek. A miarą wielkości jest dzieło jego życia; to co zbudował i po sobie pozostawił. Dzieło Adama Sołtysa jest wielkie, bo jego istotną treścią jest dobroć. Dobroć jako człowieka i jako artysty”.
Maria Ewa Sołtys
Tekst ukazał się w nr 14 (474), 39 lipca – 28 sierpnia 2025
