Przed 81 rocznicą „Krwawej niedzieli” na Wołyniu w Pracowni Wydawniczej Andrzej Zabrowarny ukazała się książka esejów „Od Unii Lubelskiej do rzezi wołyńskich. Cztery eseje o historii polsko-ukraińskiej”. Z jej autorem profesorem Lwowskiego Narodowego Uniwersytetu im. Iwana Franki, profesorem wizytującym Uniwersytetu Warszawskiego dr hab. Bohdanem Hudiem rozmawiał Konstanty Czawaga.
Jest Pan historykiem ukraińskim. Dlaczego kolejną pracę napisał Pan po polsku?
– Gdybym był Iwanem Franką, to na pewno odpowiedziałbym: dlatego, że umiem. Nie jestem nim, niestety. A serio, to uważam, że mam obowiązek zapoznawać braci Polaków z punktem widzenia ukraińskiej historiografii, jednocześnie wskazując na te błędy i niedopracowania polskiej historiografii, które dotyczą relacji polsko-ukraińskich. Zajmuję się „polsko-ukraińskimi” tematami już ponad dwadzieścia lat i myślę, że moja ostatnia książka „Od Unii Lubelskiej do rzezi wołyńskich” będzie swego rodzaju podsumowaniem moich planów, by przedstawić Polakom mój punkt widzenia na najważniejsze okresy naszych relacji, gdzie mamy zarówno współpracę i „trudne braterstwo”, a jednocześnie konflikt.
Dlaczego, pomimo wieloletnich badań historycznych, międzynarodowych konferencji naukowych, różnych przedsięwzięć z udziałem władz Ukrainy i Polski na najwyższym poziomie, nadal odczuwamy brak wiedzy o tragicznych wydarzeniach na Wołyniu? Chodzi o brak prawdy zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Każdy ma swoją prawdę, chociaż prawda powinna być jedna.
Ukrainie, niestety zawsze brakuje środków, aby przetłumaczyć moje książki z polskiego na język ukraiński i udostępnić je rodzimemu czytelnikowi. Dla tego odczuwalny jest brak podstawowej wiedzy o Wołyniu ’43. Zna też Pan moją monografię z 2018 roku „Ukraińcy i Polacy w Naddnieprzu, Wołyniu i w Galicji Wschodniej w XIX i pierwszej połowie XX wieku”. Liczy ona paręset stron i oczywiście, daleko nie każdy zabierze się do czytania tаkiej książki. Właśnie dlatego napisałem w miarę dostępną dla przeciętnego czytelnika książkę, która zawiera cztery eseje: o Uniii Lubelskiej, relacjach polsko-ukraińskich na Prawobrzeżu w XIX wieku, okolicznościach podpisania Umowy Warszawskiej i konsekwencjach tej umowy, no i wreszcie najtrudniejszy temat – rzezie wołyńskie.
Punktem wyjścia obecnej wędrówki historycznej stała się Unia Lubelska, zawarta ponad 450 lat temu, która w ostatnich latach ponownie nabrała aktualności. Ten fenomen ma znaczenie nie tylko naukowe, ale i polityczne, co jest uwarunkowane szczególnie formowaniem nowych struktur integracyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej, przede wszystkim tzw. „Trójkąta Lubelskiego”. W tym kontekście było dla mnie ważne, by pokazać „blaski i cienie” wspomnianego wydarzenia, w szczególności traktowanie go zarówno przez „historycznych fundamentalistów”, jak i przez krytyków i sceptyków. Według mnie, powinno to sprzyjać sformułowaniu krytyczno-obiektywnego spojrzenia na Unię Lubelską przede wszystkim ze strony polskiej. A zarazem powinno to pomóc oczyścić świadomość historyczną Ukraińców od stereotypów myślenia z okresu sowieckiego, kiedy to akt unijny z 1569 r. oceniany był wyłącznie jako „zagrabienie ziem ukraińskich przez polskich feudałów”, które wzmocniło społeczny, narodowościowy i religijny ucisk ludności autochtonicznej – ruskiej.
W odróżnieniu od Unii Lubelskiej problem genezy krwawych wydarzeń 1943 roku na Wołyniu, także przedstawiony w tej pracy, jest mi jako autorowi o wiele bliższy, gdyż przeanalizowałem go w kilku monografiach. Jednak w wyniku spotkań z polskimi kolegami – historykami, ale także z przeciętnymi Polakami, niejednokrotnie zauważałem u nich brak zrozumienia tego, co przyczyniło się do potwornych rzezi cywilnej ludności Wołynia w latach 40-ch XX w. Przy czym dotyczyły one nie tylko Polaków…
Historycy ukraińscy przeważnie unikają określenia „Rzeź Wołyńska”, natomiast Pan profesor wprowadza określenie „rzezi wołyńskie”.
Zapożyczyłem to określenie od Pawła Bohdanowicza – Polaka z okolic Gdańska, który przez wiele lat zajmuje się tym tematem. Według niego rzezie były obustronne. Chyba ma rację. Historyk ukraiński Iwan Łysiak Rydnyćkyj także uważał, iż zezwierzęcenie było po obu stronach. Jak czytamy w sprawozdaniu do Londynu delegata Okręgowej Delegatury Rządu na Wołyń Kazimierza Banacha, przyszedł do niego inteligent z Kowla i poprosił, żeby wyreklamował z listy członków jednostki partyzanckiej czterech jego krewnych. Dlaczego? – zapytał. Bo poszli walczyć o wolną Polskę, a nie mordować, palić i grabić. Więc podobne rzeczy działy się po obu stronach.
Jeżeli używam określenia „rzezi wołyńskie”, to możemy wspomnieć też o Golgocie neounitów na Wołyniu, kiedy Ukraińcy rznęli swoich sąsiadów Ukraińców i palili cerkwie. Badacze polscy rzadko naświetlają ten temat, a w Ukrainie w ogóle mamy brak wiedzy o tych krwawych wydarzeniach.
To trudna kwestia, bo wie Pan, że Wołyń to był teren prorosyjski i właśnie to co się tam działo, trudno określić jako opętanie ideologią nacjonalistyczną. Nienawiść do Polski i Polaków była tam w okresie imperium Rosyjskiego promowana przez Rosyjską Cerkiew Prawosławną, „czarną sotnię” itd. Unici dla tamtejszej ludności prawosławnej byli „wrogim elementem”. Tutaj nie chodziło już o kwestię narodowości, lecz o kwestie religijne. A wojny religijne, jak Pan wie, to jest straszna rzecz. W tej sytuacji, zdaniem konspiracji polskiej, Cerkiew prawosławna na Wołyniu (chociaż formalnie potępiła mordowanie bezbronnej ludności polskiej) nie stanęła na wysokości zadania, co gorsza nie spełniła roli pacyfikacyjnej. Kiedy teraz słyszę oskarżenia metropolity Szeptyckiego, że on czegoś nie zrobił, że dopuścił tę rzeź na Wołyniu, to jak się mówi, mózg mi staje. Szeptycki nie miał takich wpływów na Wołyniu, żeby powstrzymać tę rzeź. Hierarcha geckokatolicki zrobił to, co mógł. Zresztą stosunek nacjonalistów ukraińskich do Szeptyckiego był daleko nie najlepszy, jeżeli nie powiedzieć wrogi. Jakie więc wpływy Szeptyckiego mogły zadziałać na prawosławnym (sic!) Wołyniu?

A kto mógł w tym czasie powtrzymać mordy na Wołyniu?
Nikt. W sprawozdaniach podziemia polskiego czytam: zapanowała anarchia i nie ma żadnej siły, która by mogła opanować sytuację. Jedyna organizacja, która potępia te mordy, to był Wołyński Komitet Ukraiński czyli inteligencja, ale oni nie mieli żadnego wpływu. Podobnie bulbowcy i banderowcy, i sowieci, i Niemcy starali się tylko zrzucić z siebie odpowiedzialność. Żadnej pewnej grupy nie było, czytamy w dokumentach Delegatury Rządu na Kraj, nawet banderowcy nie mogli tego opanować. Anarchia. Wołyń nieprzeorany ukraińską pracą polityczną zawsze był skłonny do anarchii – czytamy dalej. I jeżeli spojrzeć wstecz, to ta anarchia miała miejsce już w czasach Ukraińskiej Rewolucji – chłopi wołyńscy napadali, rabowali obozy armii Ukraińskiej Republiki Ludowej, a później wspólnie z bolszewikami walczyli przeciwko wojskom polskim w czasie „wyprawy Kijowskiej” Piłsudskiego i Petlury.
„Pożoga”?
Owszem! W „Pożodze” Zofia Kosak-Szczucka trafnie określiła mentalność chłopa wołyńskiego. Że krzywdy pamięta, a później mści się za nie strasznie i krwawo. I właśnie to też trzeba brać pod uwagę.
Jak oczyścić świadomość historyczną od negatywnych stereotypów rodzinnych? Czasem bardzo bolesnych jak dla Polaków, tak i Ukraińców.
No, to jest trudne. To zależy od rodziny, w której człowiek się wychowuje. Ja byłem wychowany w rodzinie, w której ze strony ojca też mieliśmy ofiary właśnie tych walk bratobójczych już faktycznie po zakończeniu II wojny światowej. Dwie osoby z rodziny mojego ojca zginęły wracając z prac przymusowych we Wrocławiu. W okolicach swojej wioski zamordowano ich dlatego, że byli Ukraińcami, no i na pewno dlatego, że mieli ze sobą jakieś walizy. Ale mój ojciec nigdy nie miał żadnych pretensji do Polski i Polaków. Mówił, że był to taki czas i jakie teraz może wysuwać pretensje? I odnosił się do Polski, do Polaków zawsze z ogromną sympatią. W takim duchu byłem wychowany i właśnie w takim duchu piszę swoje książki, starając się ukazać tę prawdę, która jedynie jest ciekawa.
Dlaczego po tylu latach nie są należycie uregulowane relacje polsko-ukraińskie?
Na pewno dlatego, że każda strona stara się wykorzystać dawne historie we własnych interesach. Przede wszystkim interesach politycznych. Jak Pan wie, zawsze przed wyborami (zwłaszcza w Polsce) ten temat jest podnoszony. Oczywiście mord pozostaje mordem. Zamordowany człowiek to jest ofiara i o tym należy pamiętać. Ale kolejne rocznice, kolejne wybory i znowu te tematy są podnoszone i zawsze się mówi o zapomnianej zbrodni, o nieupamiętnionej zbrodni itd. Zwłaszcza, kiedy chodzi o budowę kolejnego pomnika ofiarom tych rzezi. Chociaż wie Pan, ile pomników św. Jana Pawła II stoi w całej Polsce, a czy dzięki nim przeciętny obywatel zrobił się lepszy? Tak samo będzie i z tymi pomnikami rzezi wołyńskich.

Na poziomie międzyludzkim nie wyczuwa się konfliktów pomiędzy Polakami a Ukraińcami, i w Polsce i na Ukrainie.
Najczęściej tak, bo kiedy ludzie się spotykają, patrzą jeden drugiemu w oczy, to widzą przed sobą normalnego człowieka. A z drugiej strony niejaki Cejrowski zaczyna mówić, że każdy Ukrainiec to gwałciciel i morderca. Ale ktoś go słucha i biorąc pod uwagę współczesne czasy rozumiemy, że człowiek, który się chowa w internecie pod jakimś nickiem, może tam pisać okropne rzeczy, bo jest bezkarny. I właśnie wtedy ma miejsce wyładowanie emocji, które gdzieś tam w nim żyją, a on z pewnych przyczyn nie może powiedzieć tego w oczy, chyba że jest w grupie na przykład kibiców, czyli takich samych jak on. Właśnie dlatego w relacjach międzyludzkich ten konflikt nie jest tak widoczny. Natomiast prasa, zwłaszcza magazyny historyczne, politycy, telewizja wykorzystują ten temat żeby ściągać czytelników/widzów. Kiedy się spotkasz z pewną osobą, np. historykiem (nie będę wymieniać nazwiska), to wydaje się normalnym, rozsądnym człowiekiem. Natomiast z ekranu telewizora głosi takie rzeczy, za które byłoby mi wstyd. A on to robi. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że musi być w trendzie.
Nadal aktualny jest problem ekshumacji szczątków polskich ofiar. Rok temu wydawało się, że wreszcie będzie zezwolenie władz ukraińskich. Niestety…
Do tanga trzeba dwojga. Myślę, że tutaj potrzebna jest codzienna praca nad tym tematem. Ja już niejednokrotnie powtarzałem, że ekshumacja jest potrzebna i mogiły zbiorowe są potrzebne, żeby można było godnie, po chrześcijańsku pochować ofiary tego, co się stało w latach 1943-44 i pomodlić się przy tych mogiłach. Dlaczego tak się nie stało, na pewno trzeba zapytać tych tam na górze. Chyba nie ma do końca zrozumienia tego, na ile to jest ważne dla strony polskiej. Jednak kiedy czytam co się pisze w polskiej prasie na przykład o historii w Puźnikach na Tarnopolszczyźnie, gdzie były znalezione szczątki ofiar rzekomego mordu z 1945 roku, i od razu pojawiła się informacja, że znaleziono kilka czaszek, kości itd. A teraz o tym zupełna cisza. I jeżeli do tego czasu nie zostało to upublicznione, to prawdopodobnie są jakieś problemy z tymi znalezionymi szczątkami. Może ich ilością? Nie wiem na czym polegają te problemy, ale moim zdaniem, aby dojść do porozumienia potrzebna jest współpraca dwóch Instytutów Pamięci Narodowej. Mam wrażenie, że zwłaszcza po ukraińskiej stronie w tym kierunku w IPN nic się nie dzieje. To pytanie należy kierować nie do mnie, lecz do tych, którzy sprawują władzę w obu krajach.
Czy zezwolenie na ekshumację postawiłoby „kropkę” w temacie tego napięcia w relacjach polsko-ukraińskich?
Myślę, że nie. Rozumie Pan, że zawsze będą osoby zainteresowane eksploatowaniem tego tematu, o czym już mówiliśmy. Jak napisał nie tak dawno na Twitterze Adam Eberhard ze Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, ci którym Ukraina kojarzy się jedynie z Wołyniem i ofiarami wołyńskimi, żadnymi przeprosinami, a więc żadnymi ekshumacjami się nie zadowolą. Im potrzebny ten temat, by przy każdej „dobrej” okazji go rozkręcać. Natomiast ekshumacja jest potrzebna przede wszystkim Ukrainie, żeby poznać i wyjaśnić skalę tego co się stało. Nadal w obiegu są różne liczby ofiar Wołynia i Galicji Wschodniej. Niedawno znany wszystkim premier Leszek Miller powiedział, że 150 tysięcy leży na wołyńskich polach, łąkach itd. Tak można rozkręcać w nieskończoność. Podobnie jak kiedyś znany profesor Edward Prus powiedział o pół milionie Polaków zamordowanych na Wołyniu, podczas gdy na Wołyniu przed II wojną światową mieszkało ich tylko 360 tysięcy, no i wielu uciekło z tego Wołynia. Dopóki nie będzie jasności, dotąd można będzie spekulować. Dlatego ekshumacja jest potrzebna. Jedyne co trzeba pamiętać, że po pierwsze, mamy wojnę. Jak wyjaśnił kiedyś mój dobry znajomy ze Stanów Zjednoczonych Marek Skulimowski – Prezes Fundacji Kościuszkowskiej, którego Pan też zna, w czasach wojennych to jest trudna sprawa. Bo gdy trwają działania wojenne, wyjazdy oficjalne na Ukrainę są w Polsce faktycznie zabronione. To po pierwsze. Po drugie, strona polska często nie jest świadoma, że ekshumację tutaj mogą prowadzić jedynie struktury ukraińskie, z którymi należy podpisać odpowiednią umowę, oczywiście z udziałem strony polskiej. Ale ile w Ukrainie jest tych struktur czyli organizacji, które prowadzą prace ekshumacyjne? Zaledwie dwie czy trzy. To się rozciągnie na dziesiątki lat. Ale ważne, ażeby było jakieś oświadczenie w tej sprawie ukraińskiego rządu czy Kancelarii Prezydenta, by proces ruszył. Wówczas porozumienie pomiędzy dwoma stronami może stać się łatwiejsze. Ale dla tego potrzebna jest praca, praca mozolna, codzienna, obustronna praca na górze.

No i ważnym jest, ażeby „z tematu” wycofali się politycy. Kiedy oglądałem wideo z Leszkiem Millerem, zrozumiałem do czego on dąży. O co mu chodzi? – O zwiększenie liczby elektoratu jakiejś pewnej partii w kolejnych wyborach. Jednak po co na krwi budować swoje wybory? Ja tego nie rozumiem. Trzeba aktywizować dialog fachowców historyków. Jeszcze w 2013 roku podczas dyskusji na Forum Partnerstwa Polsko-Ukraińskiego proponowałem: siadajmy do „okrągłego stołu”, dokument na dokument, rozmawiajmy. Jeden cieszący się autorytetem polski historyk odpowiedział: „A po co?” Mamy przecież struktury, które tym się zajmują, no i można w tych własnych strukturach, we własnym sosie coś kombinować. Ale budowanie różnych antynaukowych konstrukcji jest karygodne. Bo kiedy się pisze na przykład przy każdej okazji, że w Parośli Polaków wymordowała pierwsza sotnia UPA Dowbeszki-Korobki czyli banderowcy, powołując się na wspomnienia osoby niezainteresowanej, czyli Żydówki, która ukrywała się w tej okolicy i która jednak wyraźnie pisze, że zrobili to bulbowcy, to jak mamy to zrozumieć? A przecież społeczeństwo polskie czerpie swoją wiedzę z licznych wywiadów profesora, który to głosi, i wierzy, że to zrobili banderowcy. Natomiast w sprawozdaniach podziemia polskiego i we wspomnieniach Zofii Grzesiakiowej czytamy, że to zrobili bulbowcy. To się działo na terenach, gdzie wpływy Bulby były bardzo silne, na terenach powiatu sarnieńskiego, gdzie a propos przed wojną najsilniejsze były wpływy bolszewickie. To daje pożywkę do myślenia. Tym bardziej, że według ostatnich badań historyków wołyńskich, Bulba prawdopodobnie był agentem NKWD. Znaleźli oni listy Sierowa, znanego czekisty, który pisał po aresztowaniu Bulby w 1940 r., że trzeba go zawerbować, a jeśli się zgodzi, to go wypuścić. Jeżeli tak było, to mamy wyraźny ślad sowieckiej inspiracji. Ciekawe, że w środowisku Bulby nazywano go nie „bat’ko”, nie „otaman”, lecz „nasz najwyższy czinownik”. Nawet w 1943 roku śmierdzi „gubernią wołyńską”, chociaż ona przestała istnieć znacznie wcześniej. Dodajmy do tego napad na Poryck, zamordowanie w kościele dwustu Polaków. Kto dowodził? Wasyl Łewoczko, kurinny UPA, który rok później pojawił się w tejże miejscowości w mundurze kapitana NKWD straży granicznej. Rok później zamordowali go upowcy w okolicy Hrubieszowa jako zdrajcę i agenta NKWD. I tych agentów było tyle, że w 1944 roku w sprawozdaniach AK czytamy, że w marcu nastąpił rozkład krzemienieckiej UPA – jej prosowiecka część poszła na wschód, a pozostali odeszli na zachód. Zresztą w obecności naczelnego redaktora „Gazety Polskiej” Tomasza Sakiewicza Krzysztof Jabłonka z Muzeum Piłsudskiego opowiadał mi, że w 1943 roku członkowie obecnego Towarzystwa Krzemienieckiego w Warszawie byli świadkami tajnych spotkaniach enkawudzistów z przedstawicielami tak zwanej UPA. Więc sowiecki ślad w rzeziach wołyńskich jest bardzo silny i potwierdzają to również dokumenty niemieckie, w których czytamy, że niektóre oddziały UPA nawet nie podejrzewają, że są sterowane z Moskwy.
W tym czasie na Wołyniu było sporo jednostek partyzantki sowieckiej.
Właśnie tak!. A dlaczego? Czy ona tam nic nie robiła tylko biernie obserwowała rzezie ukraińsko-polskie? Jak piszą niektórzy historycy polscy, Sowieci nie byli zainteresowani. Przeciwnie! Znalazłem fragment sprawozdania AK (sierpień 1943 r.), które podaje, że w rzeziach wołyńskich najbardziej zainteresowani właśnie Sowieci. Dlaczego? – Nie będzie Polaków – nie będzie kwestii granic 1 września 1939 roku. Co to za tereny polskie, jeżeli tutaj nie ma Polaków?! Dla informacji – konflikt o „terytorium i granicy” między Kremlem a Polskim Rządem na uchodźctwie rozpoczął się w lutym 1943 roku. Właśnie wtedy bulbowcy popełnili mord w Parośli. Najprawdopodobniej mógł to być rozkaz „z góry”.
Czy Pan Profesor będzie nadal kontynuować swoje badania genezy Wołynia’43?
Chciałbym postawić już na tym kropkę. Ta książka jest chyba tym, do czego dążyłem przez ostatnie dwadzieścia lat. Napisałem te cztery eseje, a teraz skupię się na propagowaniu tego, co przedstawiłem w tych esejach. Dodam, że kiedy piszę o relacjach polsko-ukraińskich i przedstawiam punkt widzenia ukraińskiej strony, to jednakże opieram się na opracowaniach i źródłach prawie wyłącznie polskich, żeby nie być oskarżonym o nacjonalizm ukraiński. Jestem już zmęczony tą nieustanną „walką z wiatrakami” (historykami polskimi, które unikają rzeczowej dyskusji z moimi argumentami) i właśnie dlatego chciałbym postawić kropkę. Co dalej? Życie pokaże. Może wrócę „do źródeł”? Swoje badania nad relacjami polsko-ukraińskimi zaczynałem przecież od „trudnego braterstwa”, ale później życie zmusiło, by napisać szerokie wprowadzenie do tego tematu. Szukałem odpowiedzi na pytanie dlaczego nie powiodło się Petlurze i Piłsudskiemu w 1920 roku? No i się okazało, że to co się stało, ma głębokie korzenie historyczne. I to, co się stało na Wołyniu, też ma głębokie korzenie historyczne. Bo chłopi też mają długą pamięć historyczną. Nie tak dawno we Lwowie obchodziliśmy rocznicę śmierci Jacka Kuronia i słuchaliśmy jego testamentu zapisanego na video. Powiedział, że zapomnienia nie ma. Wspominał, jak w latach 1944-45 XX wieku znalazł się na Podkarpaciu i usłyszał tam, jak sto lat temu (w 1846 roku podczas rabacji galicyjskiej) chłopi pana rżnęli. Położyli między deskami i rżnęli piłą. Bo „dobry” był pan. Podobnie w latach 70-ch ubiegłego wieku Antoni Kroh, badacz Szwejka, spotykał się z Władysławem Chajcem, rzeźbiażem ludowym, który narzekał, że z ludowej tradycji niewiele pozostało. Tylko on tam jeszcze coś robi i o Jakubie Szeli pamiętają!!! Pamięć o przemocy i zemście zakorzeniła się bardzo głęboko, stała się „ludową tradycją”. I właśnie Kuroń o tym mówił, ile nienawiści miało się skoncentrować po obu stronach konfliktu, żeby doszło do tak potwornych rzeczy. Tak samo było na Wołyniu w 1943 r.
Jest Pan profesorem uniwersytetów w Ukrainie i w Polsce, we Lwowie i w Warszawie. Jak młodzież, studenci odbierają wydarzenia, o których mówimy?
Wcześniej, moim zdaniem, było większe zainteresowanie wśród młodzieży tym tematem. Chociaż nie bardzo chcieli o tym mówić. Pamiętam, jak przyjechał mój student z Polski, był tam chyba na wymianie naukowej, i opowiedział mi: „Byłem w Polsce. Poznałem fajnych młodych ludzi”. – I co? – zapytałem. „Zaprosili mnie na piwo. Powiedzieli: chodź napijemy się piwa i na pewno nie będziemy dyskutować o Wołyniu”. Reasumując, młodzież chyba ma już inne interesy, inne perspektywy. Trafnie powiedział kiedyś minister Marek Siwiec z otoczenia Prezydenta Kwaśniewskiego: jeżeli zamiast szukania wspólnego miejsca w Europie i w świecie stracimy czas na to, żeby bez końca wyjaśniać, kto pierwszy zaczął, kto więcej zawinił, kto więcej przelał krwi, to nasze dzieci i wnuki nam tego nie wybaczą. Bo stracimy czas.
PS. Co prawda wyniki Konfederacji na wyborach do Parlamentu Europejskiego – a głosowała na nią w dużym stopniu polska młodzież – mówią o czymś zupełnie innym…Chciałbym być optymistą, ale czas pokaże!
Dziękuję za rozmowę.
Ze wstępu do książki, który napisał Marek Skulimowski, prezes i dyrektor wykonawczy Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku:
„Jako potomka kresowiaków z Wołynia, urodzonego i wychowanego na pograniczu polsko-ukraińskim (Lubaczów, Podkarpackie), każda publikacja na temat historii i relacji polsko-ukraińskich wzbudza moje ogromne zainteresowanie. Oto właśnie otrzymują Państwo kolejną książkę profesora Bohdana Hudia, którego Ukraińcy często pejoratywnie klasyfikują jako „polonofila”, a w Polsce sarkastycznie bywa nazywany „politologiem”, choć ma bardzo solidne historyczne wykształcenie. To również popchnęło mnie do bliższego zapoznania się z dorobkiem „ukraińskiego polonofila”, zwłaszcza gdy w Polsce jeden z portali tak zwanych środowisk kresowych nazwał go „neobanderowcem”. Ten szokujący dwugłos, z obu stron, jest poniekąd kwintesencją stanu i poziomu dyskusji na tematy wspólnej historii”.
„Codzienne kontakty modyfikują dawne stereotypy, a młodych ludzi z obu krajów bardziej interesują wyzwania przyszłości, zwłaszcza kwestie ekonomiczne i zawodowe, niż skomplikowana i kontrowersyjna problematyka historyczna. Jeszcze kilkanaście lat temu, w regionie, gdzie się wychowywałem, słowo „Ukrainiec” było synonimem słowa „banderowiec”, czyli mordercy, a o dyskusji na temat wspólnej historii nie było mowy. Obecnie mamy wzrastające zainteresowanie dziedzictwem pozostawionym przez wypędzonych/wysiedlonych Ukraińców. Cmentarze, cerkwie i kościoły greckokatolickie są odnawiane, a dziedzictwo ukraińskie, łemkowskie czy bojkowskie staje się magnesem turystycznym regionu. Nie tak dawno podjąłem się zorganizowania dyskusji profesorów Bohdana Hudia (Uniwersytet Lwowski) i Jana Pisulińskiego (Uniwersytet Rzeszowski) w Miejskiej Bibliotece w Lubaczowie. Wbrew obawom dyskusja na temat wspólnej historii spotkała się z ogromnym zainteresowaniem i odbyła się w przyjaznej atmosferze. Mieszkańcy regionu, pomimo tragicznych doświadczeń, często rodzinnych, czują potrzebę szczerej i otwartej rozmowy, niestety lokalni włodarze (czytaj politycy) jeszcze do niedawna nie byli gotowi nawet na taki prosty gest jak opis znanych i turystycznie atrakcyjnych obiektów kultury ukraińskiej również po ukraińsku (obok polskiego i angielskiego), ale to też powoli ulega poprawie. Dlatego tym bardziej dyskusje i publikacje dotyczące problemów historii polsko-ukraińskiej są dzisiaj szczególnie istotne i potrzebne”.

