Wieś Jeziorko

Wieś Jeziorko 2. Kościółek w Jeziorku. Foto z roku 2020, gazeta „Reporter”, nr 33 (1004) z dnia 14 VIII 2020

Lista nieistniejących („umarłych”) wiosek na dawnych Kresach jest bardzo długa i liczy setki byłych kolonii, osad, parcelacji i nawet miasteczek. Miejscowość Jeziorko wyróżnia się tym, że proces jej „umierania” wciąż trwa: w dawnej wsi w 2020 roku mieszkało jeszcze dwie (czasem trzy, „na lato” przywożone przez dzieci) staruszki. Bez drogi, ulic, bez sklepu spożywczego i nawet prymitywnej opieki medycznej… Bez tego, bez tego i bez tego – bohaterskie babcie podtrzymują istnienie wsi. Prawda, już tylko jako przysiółka – „chutoru” wsi Kończaki.

Nazwa wsi pochodzi od krasowego źródła, zwanego na Podolu „oknem”, tworzącego tuż obok malutkie (lecz głębokie) jeziorka. Dalej z jeziorka czysta woda spływa do potoku, a po paręset metrach – do rzeczki Horożanki, lewego dopływu Dniestru. Właśnie Dniestr, a ściślej brak mostów i promów, powoduje „zapadłość” całego lewego brzegu rzeki: w linii prostej Jeziorko jest oddalone od Stanisławowa o blisko 30 km, gdy tymczasem dojazd kiepskimi i bardzo kiepskimi drogami wynosi ponad 60 km i trwa pół dnia.

Kolej i mosty, jak to zwykle, niszczyła wojna albo partyzantka: ani jednej, ani drugiej tu nigdy nie brakowało. Tereny Zachodniego Podola zostały zaludnione jeszcze w czasach średniego paleolitu, a pobliskie miasteczko (teraz wieś) Ujście Zielone w pierwszej połowie XV wieku dało początek parafialnej strukturze na całym Podkarpaciu. We wsi Delejów (pewien czas Jeziorko należało do „gminy Delejów” i „parafii katolickiej „Delejów”) Kościół łaciński był obecny od 1427 roku.

Administracyjnie wioska Jeziorko powstała jako folwark i należała do różnych gmin: już wspomnianego Delejowa, Trościańca, Kończaków, Ujścia Zielonego i Krymidowa. Dlatego wioska gubi się w statystycznych sprawozdaniach. Jako osobna wieś Jeziorko startowało w czasach autonomii Galicji: w roku 1931 mieszkało tu 460 mieszkańców, z których 368 uważało się za Polaków, 82 osoby podawały się za Rusinów lub Ukraińców. Były i pojedyncze rodziny mieszane, a także 10 Żydów.

Współczesne ukraińskie źródła wyróżniają Jeziorko jako wieś bez konfliktów na gruncie religijnym lub narodowościowym (Miasta i wioski rejonu halickiego, red. Z. Fedunkiwa, 2001). Brzmi to bardzo miło.

Czas sprawdzianu ze współżycia nastąpił jednak później – w latach 1943-44. Pozwólcie autorowi pominąć szczegóły wydarzeń z tych lat – jedynie w celu oszczędzenia nerwów czytelnikom oraz spokoju rodzin i ofiar tych tragedii. Posłużymy się tu słowami Tarasa Szewczenki, użytymi w opisie rzezi humańskiej: „Dawno to było i dobrze, że minęło”.

Przed wrześniem 1939 roku w Jeziorku jeszcze funkcjonował ziemiański dwór sióstr Morawskich, chociaż łany ornej ziemi dominalnej (po ukraińsku „pańskiej”) liczyły tylko 106 ha. Rola chłopska była w rękach 78 gospodarzy, przy tym gospodarstw bez ziemi w Jeziorku nie było. 68 gospodarzy posiadało do 5 ha ziemi ornej. Dwu lub trzyhektarowa gospodarka pozwalała chłopskiej rodzinie nie szukać zarobku w rzemiośle czy wyjeżdżać ze wsi za chlebem. Podstawą dobrobytu w Jeziorku był czarnoziem i pracowite chłopskie ręce. Każda chłopska rodzina posiadała nie mniej jak dwie sztuki rogacizny i co najmniej jednego konia (pastwiska i nieużytki, również sady i lasy do terenów ornych nie należały). Mleko przyjmowały mleczarnie dwóch spółdzielni – polskiej i ukraińskiej. Dużą pomocą była też hodowla owiec i na jej bazie chałupniczy przemysł wełny i kożuchów.

A już „wisienką na torcie” jeziorańskiej gospodarki była uprawa winnic i drzew morwowych. Ostatnie służyły jako surowiec dla przemysłu jedwabniczego. Badania w tym zakresie zainicjowali i prowadzili kierownik szkoły w Jeziorku Stanisław Nowak i jego żona Anna, nauczycielka tejże szkoły. Właścicielka majątku J. Morawska przeznaczyła część ziemi na uprawy doświadczalne. Za pionierską działalność w tym kierunku wszyscy zostali wyróżnieni w roku 1938 przez Rząd RP jako pionierzy rozwoju rolnictwa.

Życie gospodarcze i społeczne w Jeziorku kręciło się dokoła dwóch sióstr-ziemianek, mieszkających w dwóch murowanych domach, otoczonych wspaniałym sadem. W latach 50. domy te rozebrali sowieci. W Jeziorku była też szkoła, najpierw jednoklasowa, a w latach trzydziestych – trzyklasowa z polskim językiem nauczania. Szkolny budynek podzielił los domów sióstr Morawskich. Szybko też jezioranie pozbyli się również czytelni polskiej wraz z siedzibą „Strzelca”. Przetrwał jedynie murowany z miejscowego kamienia łaciński kościół, wystawiony na koszt sióstr Morawskich w roku 1906.

Dzieci ze wsi Jeziorko kontynuowały nauczanie w sąsiedniej wsi Kończaki, oddalonej o 3-5 km. Powstanie siedmioklasowej szkoły w nowym murowanym budynku w Kończakach zawdzięczały Wojsku Polskiemu. Otóż, w 1938 roku żołnierze 48. pułku piechoty dyslokowanego w Stanisławowie wybudowali w Kończakach gmach szkoły powszechnej, funkcjonujący jako szkoła do dziś. Natomiast pracownicy inspektoratu szkolnego przeprowadzili zbiórkę 4180 zł i kupili ciężki karabin maszynowy z ekwipunkiem, zaś urząd wiejski ufundował do każdej świetlicy żołnierskiej w koszarach pułku odbiorniki radiowe.

Poziom życia mieszkańców Jeziorka był wyższy niż w innych podolskich wsiach. Nawet współczesne ukraińskie źródła, chociażby wspomniane „Miasta i wsie rejonu halickiego” (autorką artykułu o Jeziorku jest O. Lipaj) na str. 571-572 nie przemilczają tego, podobnie jak i poprawnych stosunków między Polakami i Ukraińcami:

„…Rozwojem gospodarczym Jeziorko przewyższało sąsiednie wsie. (…) Fornalom w ziemskim majątku płacono dobrze. Faktycznie na wsi nie było biednych i głodnych – w każdej potrzebie „pomieszczyca” zawsze pomagała”.

A tymczasem w sąsiednich lasach i wsiach przygotowywano się do „otwartej walki z polskim elementem”. W Krymidowie działała Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, czterech aktywnych jej członków otrzymało w 1937 roku różne wyroki więzienia. Dla wzmocnienia organizacji przysłano do Krymidowa w 1936 r., jako nauczycielkę, rodzoną siostrę znanego OUN-owca ze Stanisławowa Natalkę Jasińską. We wsi Trościaniec założono partyzancką bazę, która dysponowała nawet szpitalem. Nacjonaliści i komuniści (a ich też nie brakowało w tych okolicach) marzyli o dołączeniu Małopolski Wschodniej do Związku Radzieckiego.

Przejście przez wieś Jeziorko różnych wojsk i frontów, które w sierpniu 1914 roku rozpoczęło carskie wojsko, nie wzbogaciło ludności wioski. Skończyły się te różne ofensywy i defensywy przyjściem z dalekiego Kubania w czerwcu 1919 roku na lewy brzeg Dniestru 4 dywizji piechoty Wojska Polskiego pod dowództwem gen. Lucjana Żeligowskiego. Od tej pory administrowali na Zachodnim Podolu Polacy. Los podarował mieszkańcom Jeziorka i okolic parędziesiąt lat pokoju.

Oczekiwaną „niespodzianką” była nowa wojna. Oczekiwaną – bo do wojny przygotowywano się również w Polsce. Jednak siły były wyraźnie nierówne, tym bardziej po wstąpieniu na opisywane tereny Armii Czerwonej. Miejscowe antypolskie elementy przygotowały dla sowieckich żołnierzy triumfalne bramy. Ozdobione kwiatami i czerwonymi, a też błękitno-żółtymi flagami. Od razu znaleźli się miejscowi mówcy, głoszący wielkie podziękowanie za uwolnienie od „wiekowego ucisku polskich panów” (tak było w sąsiedniej wsi Tumirz, i nie tylko). Według planu sowieckiego generała Watutina wojsko czerwone miało nie tylko zająć pewne obszary, ale i wyniszczyć tę część Wojska Polskiego, która pozostała jeszcze na terenach „Zachodniej Ukrainy”. Ratunek dla rozbitków WP był jedyny: jak najszybciej dostać się do Rumunii albo na Węgry. Uniemożliwiały to specjalne sowieckie brygady kawalerii oraz ochotnicze bojówki miejscowych Ukraińców. Jedna z największych takich walk nad Dniestrem odbyła się we wsi Werbka koło Koropca. Polskim żołnierzom odbierano broń i nawet zabijano. Odebraną broń magazynowano „do słusznych czasów”. Przy tym wśród ogólnej sytuacji wyróżniały się osobne wydarzenia.

Na początku lipca opisywane tereny zajęło wojsko niemieckie, a około 7-10 lipca tereny włączono do nowoutworzonego w Guberni Generalnej – Distriktu Galizien. Bezpośrednią władzę we wsiach i miasteczkach obok Jeziorka objęła Ukraińska Policja Pomocnicza, do której Polaków nie brano. Za pierwsze swoje zadanie hitlerowcy uważali wyniszczenie Żydów. Tworzono dla nich specjalne getta (lokalne getto zorganizowano we wsi Załukwa pod Haliczem). Podobne getta powstały w Tłumaczu, Buczaczu i Stanisławowie. Pomoc Żydom w Generalnym Gubernatorstwie, a także przechowywanie ich karano śmiercią. Ponadto, na lewym brzegu Dniestru wyniszczono dużą liczbę Żydów z Węgier, przywożonych tu z obozu w mieście Sewlusz (obecnie Winogradów w zakarpackim obwodzie Ukrainy). „Prosperował” też obóz w Bełżcu – obóz wyniszczenia, nie obóz pracy.

Do tego miejsca treść naszego artykułu i ocena historycznych wydarzeń wczesnej wiosny 1944 roku we współczesnej ukraińskiej literaturze krajoznawczej zgadzają się ze sobą. Dalej nastąpiły wyjazdy polskich rodzin. W źródłach ukraińskich pisze się krótko: „Polacy wyjechali do historycznej ojczyzny”. Po prostu: zechcieli i wyjechali, bez podania przyczyn i szczegółów wyjazdu. Przy tym nie widzi się różnicy między ziemiami ojczystymi a ziemiami odzyskanymi i nie wspomina się o dyrygentach tej olbrzymiej orkiestry, zwanej „transferem ludności”.

Wskutek zniszczeń przez działania wojenne mostów i promów społeczność polska na lewym brzegu Dniestru okazała się w katastrofalnej sytuacji. Każdemu Polakowi, począwszy od małego dziecka, zarzucano przestępstwo „deptania świętej ukraińskiej ziemi”, które miało być karane śmiercią. Zapomniano, że zamordowanie Polaka czy Ukraińca – to zabijanie człowieka, co jest grzechem ciężkim i jest przestępstwem. Przy tym sprawcy tej „czarnej roboty” umyślnie ukrywali ślady zbrodni – co znaczy, że wiedzieli, co czynią.

W tej groźnej sytuacji Dowództwo Armii Krajowej, mianowicie gen. Komorowski podjął rozmowy z szefem wywiadu jednostki Wojska Węgierskiego (lewego brzegu Dniestru przed wkroczeniem Armii Czerwonej bronili Węgrzy, jedna z najbliższych jednostek Wojska Węgierskiego stacjonowała w Ujściu Zielonym, oddalonym od Jeziorka ok. 10 km. Siły pododdziałów AK, Polskiej Samoobrony w porównaniu z siłami Okręgu „Łysonia” UPA po wywózkach na Syberię i po latach hitlerowskiego terroru były nie do porównania. Byli członkowie „Strzelca”, jak też aktywiści „Zarzewia”, Związku Szlachty Zagrodowej i innych polskich patriotycznych organizacji już dawno walczyli przeciwko Hitlerowi w Narwiku i pustyniach północnej Afryki. Pewna ich część złożyła swoje głowy i pod Monte Cassino – na przykład nauczyciel ze szkoły we wsi Mykytyńce pod Stanisławowem, syn wójta z pobliskiego Krymidowa Łużny, osierocił czwórkę dzieci.

Nazwiska i stopnie oficerów węgierskiego wywiadu, którzy podpisali umowę z AK o wzajemnej nieagresji to dr Memegiz i podpułkownik Padani (jeden z nich, później, w 1956 roku został jednym z organizatorów węgierskiej rewolucji).

1. Wysadzenie w powietrze mostu kolejowego k. Jezupola – rysunek Lewa Łepkiego. Z opracowania O. Diedyka „Czortkowska ofensywa”, Lwów, 2020, str. 33

Ewakuacja polskiej ludności cywilnej z lewego brzegu Dniestru miała charakter dramatyczny, a czasem nawet tragiczny. Za miejsce w węgierskiej wojskowej ciężarówce żołnierzom płacono krową, świnią lub innymi wiktuałami. Jak wspomniałem, mosty i promy tą wiosną już były zniszczone, pozostawały tylko brody, znane miejscowym Polakom. Kierowca Węgier wymagał oceny głębokości – żeby przed samochodem w wodzie szedł mężczyzna – tylko w taki sposób można się było dostać do zbawiennego Stanisławowa. Tam, na dzisiejszej ulicy Grunwaldzkiej, przy kościele oo. Jezuitów, funkcjonował Polski Komitet Opiekuńczy (teraz szeroko znany dzięki uczestnictwu hr. K. Lanckorońskiej). Bardzo dokuczliwym w Stanisławowie był głód, zabójstwa przeniosły się na drogi, jednak sytuacja zmieniła się na lepsze.

3. Dom oo. Jezuitów przy ul. Grunwaldzkiej w Stanisławowie, zdjęcie z roku 2005. Na pierwszym planie – ogród oo. Jezuitów, teraz nieistniejący. W latach grozy ten ogród był pełen Polaków – uciekinierów, często oparzonych i rannych

Od jesieni 1944 w Stanisławowie zaczął funkcjonować PUR – Polski Urząd Repatriacyjny. Repatriacyjną kartę otrzymywały osoby, które deklarowały narodowość polską, także ormiańską albo żydowską (przy tym znajomości języka polskiego nie wymagano: cztery polskie rodziny ze wsi Kołodziejówka obok Stanisławowa nadal już w wagonach mówiły między sobą po ukraińsku, co powodowało konflikty.

W krótkim czasie w przeciwną stronę ruszyły zestawy wagonów wypełnione ludnością ukraińską. Miejsce Polaków w Jeziorku zajęli Łemkowie. Jednak coś im się tu nie spodobało: po roku dobrowolnie, korzystając z usług tak zwanego organizowanego naboru zasobów pracowniczych, przesiedlili się do południowych obwodów Ukrainy.

1. Sierociniec dla polskich dzieci, zbudowany w latach trzydziestych. Co pewien czas dzieci z sierocińca, pielęgnowane przez siostry zakonne, przewożono do analogicznych zakładów na terytorium Generalnego Gubernatorstwa lub (później) PRL-u

I tu uważny czytelnik może zapytać autorów: a co się stało i co pozostało z doskonałych sadów, z morwy i winnicy? Odpowiedź brzmi: flora wsi Jeziorko jest teraz całkiem inna. Drzewa owocowe wyrąbano na opał, jeszcze 5-10 lat gospodarze wiejscy sowieckiej Ukrainy uprawiali morwy i podtrzymywali przemysł jedwabniczy. Gorzej było z winnicą. Przed powstaniem kołchozów (masowa kolektywizacja odbyła się jesienią 1951 roku) gospodarstwa jednoosobowe okładano tzw. kontyngentem. Co się dotyczy winnicy, to z każdego krzewu gospodarz musiał oddać pewną ilość suszonych winogron, rodzynek – po rosyjsku „izium”. W klimatycznych warunkach Galicji było to niemożliwe. Pamiętam dobrze, jak na początku lat 50. ojciec wyrąbał latorośl winną – ze stalinowcami nie było żadnych żartów. A jeżeli latorośli „nie było” – to i żadnych kontyngentów nie było.

Podsumowanie lat wojny i czasu zaraz po wojnie w Jeziorku i okolicznych wsiach w opracowaniu H. Komańskiego i Sz. Siekierki wygląda następująco:

– wieś Jeziorko: zamordowanych Polaków – 8, z nich z ustalonymi nazwiskami – 2, wysiedlonych – 350, opuszczonych lub spalonych zagród – 65;

– wieś Krymidów – zamordowanych 6, z nich ustalonych nazwisk – 3, rannych – 1, opuszczonych lub spalonych zagród – 65;

– wieś Delejów – zamordowanych – 36, ustalonych nazwisk – 48, wypędzonych – 970, opuszczonych i spalonych zagród – 256.

Według danych Stanisławowskiej komisji do spraw repatriacyjnych (PUR) do dnia 31.X.1945 r. zgłosiło się na wyjazd (zarejestrowano) 77.822 osoby, z nich wyjechało 59.179. Po rejestracji automatycznie nabywali obywatelstwo polskie. Razem z ludźmi wyjechało 1221 koni, 4893 rogacizny, 74 świni, 2713 owiec lub kóz, również maszyny rolne i inne mienie.

Zostawiono na miejscu: budynków mieszkalnych w Stanisławowie 10168, gospodarczych – 11912, ziemi 20871 ha (ornej, sadów, łąk, lasów) (wg G. Mazur, Pokucie w latach wojny, Kraków, 1994, str. 192).

Byłoby niesprawiedliwym przemilczeć próby dzisiejszych ukraińskich władz reanimować wieś Jeziorko. Otóż, tereny Jeziorka uznano za przydatne dla rozwoju turystyki. Budowano fantastyczne plany. Z miejscowych budżetów – powiatowego i obwodowego – przeznaczono 500 tys. hrywien na rozwój Narodowego Parku „Dawny Halicz”. Z udziałem społecznej organizacji Eko-Halicz w latach 2018-2019 odnowiono drogę dojazdową do wsi Jeziorko. Samo Jeziorko oczyszczono z krzewów i chwastów, zbudowano most nad potokiem i nie zapomniano o skrzynce na ofiary pieniężne. „Dobrowolny” wkład wyceniono na 15 hrywien od osoby. Dla przyciągania bocianów (jak wiadomo, przynoszących dzieci, a kobiety w ciąży w Jeziorku nie widziano od 50 lat) obok Jeziorka ustawiono drewnianą figurę bociana. Wydzielonych pieniędzy wystarczyło też na festyny, poświęcone młodym ukraińskim poetom. Kierowali nimi znani literaci Jurij Andruchowicz i Łewko Dowhan. Festyny odbyły się latem 2020 roku –dzieło zasługuje na pochwałę. Czy pomogło to Jeziorku – na pewno nie zaszkodziło. I przy tym się okazało, że praca przy zbieraniu kamieni jest cięższa niż ich rozrzucanie.

Leon Orzeł

Tekst ukazał się w nr 3-4 (367-368), 19 lutego – 15 marca 2021

X