W dzień po nielegalnym referendum na Krymie

W dzień po nielegalnym referendum na Krymie

Według przedstawicieli Rady Najwyższej Republiki Autonomicznej Krymu 95,5 proc. uczestników referendum opowiedziało się za przyłączeniem półwyspu do Federacji Rosyjskiej. Przeciwnego zdania miało być zaledwie 3,5 % głosujących. 99 % Tatarów krymskich nie brało udziału w głosowaniu.

Jak podała internetowa gazeta „Ukraińska Prawda” frekwencja w Sewastopolu wyniosła… 123 proc. Za przyłączeniem Krymu do Rosji zagłosowało tam 474 tys. osób. Miasto ma 338 tys. mieszkańców

Nazwę Autonomicznej Republiki Krymu zmieniono na Republikę Krymu. Rada Najwyższa zmieniła też swoją nazwę na Państwowa Rada Republiki Krymu.

Zdecydowano, że rubel staje się na Krymie oficjalną walutą. Ukraińska hrywna będzie honorowana równolegle do 1 stycznia 2016 r.

Od 30 marca Krym przejdzie na czas moskiewski ( o jedną godzinę do przodu w stosunku do czasu ukraińskiego).

Ukraina i Rosja: stan kryzysu permanentnego?

Wynik kilkukrotnie przyśpieszanego referendum w sprawie rzekomej niezależności Autonomicznej Republiki Krymu nietrudno było przewidzieć, zgodnie z charakterystyczną dla podobnych przedstawień zasadą, że nieważne kto głosuje, ważne, kto liczy głosy”. Można spodziewać się, iż w ciągu najbliższych dni usłyszymy o wielkim zwycięstwie demokracji i praworządności oraz „powrocie Krymu” do rzekomej „macierzy”. Wyraźnie widać, iż Rosja w sposób zdecydowany i bez poważniejszego oporu ze strony reszty świata prowadzi politykę faktów dokonanych. Efektem tego będzie najprawdopodobniej sytuacja analogiczna do tej, jaka miała miejsce w Gruzji przed rokiem 2008 w odniesieniu do Abchazji i Osetii Południowej. Obie, faktycznie niezależne republiki (czytaj: będące protektoratem Moskwy) pozostawały formalnie częścią Gruzji, choć władze w Tbilisi nie były w stanie wykonywać na ich terytorium realnej władzy, w tym także w kwestii obecności rosyjskich żołnierzy. Można z dość dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że wkrótce taka sama sytuacja będzie mieć miejsce w odniesieniu do Autonomicznej Republiki Krymu.

Naiwnością byłoby sądzić, że na dłuższą metę strona rosyjska zadowoli się jedynie kontrolą nad Półwyspem Krymskim. Już od kilku dni prośby o „bratnią pomoc i ochronę” płyną z Ługańska, Doniecka i Charkowa. Warto w tym miejscu zauważyć, że od momentu rozpoczęcia przez służby podległe MSW i Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy operacji „Granica”, mającej na celu ograniczenie możliwości wjazdu na Ukrainę osób podejrzewanych o zamiar udziału w zamieszkach, skala prorosyjskich wystąpień zmniejszyła się kilkukrotnie. Można oczekiwać, że nawet jeżeli Krym nie wejdzie w skład Federacji Rosyjskiej jako kolejna republika (taką prośbę do władz w Moskwie skierowały już władze AR Krymu), to w każdym przypadku będzie czynnikiem destabilizującym sytuację na południowym wschodzie kraju. Zresztą wypowiedź wicepremiera rządu Krymu, w którym pada m.in. stwierdzenie, że „rosyjska okupacja nie zatrzyma się na Krymie, ale obejmie także inne regiony Ukrainy” nie pozostawia chyba większych wątpliwości co do tego, jakie są zamierzenia rządzących na Kremlu.

Wydaje się, że jak na razie reakcja władz w Kijowie na działania Federacji Rosyjskiej jest właściwa. Kijów stara się wyczerpać wszystkie możliwości dyplomatycznego uregulowania kryzysu, bez uciekania się jak na razie do użycia siły. Faktycznie, pomimo blokady łącznie kilkudziesięciu ukraińskich jednostek wojskowych i placówek Służby Granicznej Ukrainy nie doszło jak dotąd do przypadków bezpośredniego użycia siły i wymiany ognia pomiędzy ukraińskimi i rosyjskimi żołnierzami. Właśnie z tego powodu fakt użycia broni przez ukraińską armię byłby trudny do uzasadnienia, tym bardziej, że zgodnie z umową z 1997 roku określona liczba rosyjskich żołnierzy ma prawo przebywać na Półwyspie Krymskim w związku z faktem stacjonowania tam rosyjskiej Floty Czarnomorskiej. Każda eskalacja napięcia ze strony ukraińskiej mogłaby zostać wykorzystana przez stronę rosyjską jako pretekst do rozszerzenia spektrum operacji zbrojnych na Krymie i nie tylko. Dlatego mocno ograniczoną reakcję na desant rosyjskich żołnierzy w obwodzie chersońskim, jaki miał miejsce w sobotę 15 marca, polegająca jedynie ich zablokowaniu i odcięciu drogi ewentualnego przemieszczania się w głąb kraju należy w tym przypadku za właściwą – choć rzecz jasna może budzić ona pytania i oburzenie części społeczeństwa, które domaga się bardziej zdecydowanych kroków.

Możliwe, że przeprowadzenie serii manewrów i ćwiczeń przez Siły Zbrojne Ukrainy na poligonach na wschodzie kraju i przebazowanie tam części jednostek (w tym brygad wojsk powietrznodesantowych o wysokim stopniu gotowości bojowej) było jasnym sygnałem, że jakakolwiek próba naruszenia północno-wschodniej granicy spotka się ze zdecydowaną odpowiedzią. Poważny konflikt zbrojny, jaki mógłby być skutkiem eskalacji napięcia na Krymie lub gdziekolwiek indziej musiałby przynieść trudne do przewidzenia straty i zniszczenia – a taki scenariusz jest nie do przyjęcia z punktu widzenia Ukrainy – ale nie tylko. Chociaż ukraińska armia jest słabsza liczebnie od rosyjskiej (czy nawet od sił, jakie brały udział w manewrach odbywających się przy granicy ukraińsko-rosyjskiej), to należy pamiętać, że nadal reprezentuje dość znaczący potencjał, a obie strony dysponują sprzętem o zbliżonych parametrach. Co więcej, skuteczna okupacja i kontrola nad choćby częścią terytorium kraju takiego jak Ukraina, o znacznej powierzchni i znacznej liczbie ludności byłaby delikatnie mówiąc problematyczna i wymagałby zaangażowania sił, którymi Rosja nie dysponuje – zwłaszcza w obliczu konfrontacji z grupami o charakterze partyzanckim, które niemal na pewno rozpoczęłyby działania na zapleczu wkraczających na Ukrainę wojsk rosyjskich. W efekcie, potencjalne straty po stronie rosyjskiej byłyby najprawdopodobniej na tyle wysokie, że koszty całej operacji mogłyby okazać się nie do zaakceptowania. Wydaje się, że te czynniki skłonią stronę rosyjską od zaniechania działań zbrojnych na szeroką skalę wobec wschodnich obwodów Ukrainy. Przynajmniej na jakiś czas.

Można oczekiwać jednak, że obecny kryzys związany ze statusem Krymu jest tylko wstępem do dłuższego okresu destabilizacji, jakiego można oczekiwać w relacjach pomiędzy Moskwą a Kijowem. Najprawdopodobniej, problem ten będzie dotyczyć większości sfer relacji pomiędzy oboma krajami: nie tylko płaszczyzny politycznej, ale także gospodarczej (w tym także, a może przede wszystkim w wymiarze energetycznym), społecznej (w tym przede wszystkim konfliktów wokół statusu języka rosyjskiego na Ukrainie), informacyjnej i wielu innych. Nie można wykluczyć w najbliższym czasie kolejnych incydentów o charakterze zbrojnym, które mogą być przyczyną kolejnych kryzysów o charakterze polityczno-wojskowym, podobnych do tego, z którym mamy do czynienia obecnie. W związku z powyższym za uzasadnioną należy uznać decyzję ukraińskiego rządu o zwiększeniu wydatków na obronność o prawie 7 mld hrywien (ok. 2 mld dolarów). Zakrojona na szeroką skalę reforma sił zbrojnych będzie w obecnej sytuacji jednym z najpoważniejszych zadań rządu premiera Arsenija Jaceniuka. Powinna ona zmierzać w kierunku maksymalnego unowocześnienia sił zbrojnych, tak, aby koszty ewentualnej agresji na Ukrainę były dla potencjalnego agresora nie do zaakceptowania.

Dariusz Materniak
Tekst ukazał się w nr 201 za 18-31 marca 2014

X