Uśmiechnięty optymista

Naszą „salą obrad” była warszawska kawiarnia „Na rozdrożu”. Gdy do niej szedłem, przeważnie koło południa, Mirek zazwyczaj już tam siedział. Na stole przed nim stał talerz z czerwonym, zabielanym barszczem i talerzyk z ziemniakami. Gdy zjadł, mogliśmy zacząć rozmawiać.

W kawiarni w zwykłym dniu roboczym o tej porze było pustawo. Mogliśmy więc spokojnie pogadać. A że widywaliśmy się co kilka miesięcy, gdy Mirek Rowicki przyjeżdżał ze Lwowa, tematów mieliśmy sporo. Od ponad dwóch lat rozmawialiśmy o filmie „Lwów 1939”, który miał przedstawiać obronę tego miasta we wrześniu 1939 roku. A właściwie to wałkowaliśmy ten sam temat: jak zdobyć pieniądze na film. Nawzajem relacjonowaliśmy nasze spotkania z różnymi Bardzo Ważnymi Osobami, które gorąco popierały i nas, i nasz projekt, obiecywały wszelką pomoc – i na tym niestety się kończyło. Nachodziła nas taka ogólna refleksja: na słowo „Lwów” wszyscy w Warszawie się uśmiechali, entuzjastycznie popierali, zapewniali… Tyle, że niekoniecznie potem pomagali…

Rozmawialiśmy też o innych projektach. W roku ubiegłym na przykład o planowanej konferencji naukowej we Lwowie, poświęconej 100. rocznicy wojny polsko-bolszewickiej, która miała się odbyć w połowie 2020 r. Z tej konferencji ostatecznie nic nie wyszło, bo tego typu przedsięwzięcia skutecznie uniemożliwiła pandemia, ale pomysł był znakomity. Może zresztą warto do niego wrócić?

Zawsze też wracał temat spotkań w Jaremczu, w ukraińskich Karpatach. Paradoksalnie, to właśnie Mirek Rowicki – szef „Kuriera Galicyjskiego”, a nie jakiś wysoko postawiony urzędnik państwowy – był współorganizatorem jedynego cyklicznego, dużego, bardzo ważnego przedsięwzięcia polsko-ukraińskiego. Znów wracała sprawa pieniędzy, bo instytucja, która je wykładała, chciała, by jednak robił to kto inny. Swoją drogą, pieniądze były kluczowym tematem naszych rozmów. Można mieć najlepsze na świecie pomysły, ale bez odpowiednich środków zrobić można niewiele. Tak naprawdę więc mniej ważny jest pomysł, niż umiejętność zdobycia na niego pieniędzy…

Wypijałem swoją kawę i przez chwilę rozmawialiśmy o czymś mniej bulwersującym i niekoniecznie ważnym. O codziennej pracy, o różnych kłopotach i radościach. Przy każdej naszej rozmowie miałem wrażenie, że tak naprawdę spotykam się z Mirkiem bardzo często, ostatnio może nawet przedwczoraj czy wczoraj – i znów spotkam się jutro, a nie za kilka miesięcy. Miałem wrażenie, że wcale nie dzieli nas tych kilkaset kilometrów z Warszawy do Lwowa. On zresztą zawsze był w ruchu, choć choroby spowodowały, że ostatnio był nieco mniej ruchliwy. Ale parł naprzód, opierając się na lasce, kulejąc, ale zawsze z uśmiechem i optymizmem. Mirek zarażał swym optymizmem – po godzinnej rozmowie wiedziałem, że musi się nam udać. Musi! Zrobimy spotkanie, zrobimy konferencję, zrobimy film…

Teraz, gdy Mirka zabrakło, będzie trudniej o ten optymizm. Choć może właśnie Go wspominając powinienem powiedzieć, na przekór wszystkiemu – damy radę! Zrealizujemy to wszystko, co w „Na Rozdrożu” obgadaliśmy. Choćby ze względu na Jego pamięć.

Piotr Kościński

X