Nasz Mirek – szef, przyjaciel i osoba bliska…

Wiadomość o śmierci naczelnego redaktora Kuriera Galicyjskiego była dla nas przysłowiowym „piorunem z jasnego nieba”.

Był w szpitalu, ale wszystko szło ku poprawie. Rozmawiałem z nim i był, jak zawsze, w optymistycznym nastroju. Aż tu nagle…

Gdy odchodzi ktoś naprawdę bliski, to ma się uczucie, że coś się skończyło, odeszła jakaś epoka, że nie będzie już tak, jak dawniej. Takie właśnie uczucia ogarnęły mnie na wieść o Jego odejściu. Teraz dopiero uświadomiłem sobie, jakim właściwie był człowiekiem. Podczas osobistych kontaktów nie zastanawiałem się nad tym. Rozmawiało się na różne tematy – te związane z pracą, te osobiste i wiele innych. Nie był po prostu szefem, ale osobą, z którą można rozmawiać o wszystkim. Zrozumiałem, że taki był Jego styl bycia. Czy w rozmowach prywatnych czy na tematy zawodowe zawsze starał się odnaleźć wspólną z rozmówcą nić. Rozwijał temat, wypytywał detale, sypał własnymi przykładami i w ciągu krótkiego czasu rozmówca, nie zauważając tego, stawał się bardziej bezpośrednim, otwartym. Miał charyzmę zjednywania sobie ludzi.

Tak było, gdyśmy się spotkali pierwszy raz. Było to w 2009 roku. W Kurierze Galicyjskim przeczytałem anons, że gazeta poszukuje dziennikarza. Pomyślałem: – A dlaczegożby nie? Wspomniałem dawne czasy współpracy z Gazetą Lwowską. Swego czasu byłem nawet na szkoleniu dziennikarskim i z łamania gazety w Krakowie, ale były to odległe czasy i inne oprogramowanie. Będąc w Polskim Teatrze Ludowym na wieczorze poświęconym Tarasowi Szewczence spotkałem panią Marię Baszę. Potwierdziła, że faktycznie poszukują dziennikarza i osoby mogącej łamać gazetę. Zgłosiłem się i kilkakrotnie odwiedziłem redakcję Kuriera, wówczas jeszcze przy ul. Dudajewa. Przyglądałem się pracy Marii Baszy, poznawałem tajniki działalności i łamania gazety.

Po pewnym czasie zadzwoniła do mnie pani Maria i powiedziała, że przyjeżdża Mirosław Rowicki i chce się ze mną spotkać. Zaopatrzony w publikacje, które pisałem podczas warsztatów dziennikarskich w Krakowie, stawiłem się o umówionej godzinie w redakcji. Naczelny spotkał mnie bardzo serdecznie. Siedział przy stole, jak zawsze przy filiżance nieodłącznej kawy, którą sączył powoli, smakując, nawet zimną. Rzucił tylko pobieżnie okiem na moje papiery i zaczął mnie wypytywać o rodzinę, o dzieci, o pracę zawodową. Sam też podkreślił, że nie jest z wykształcenia dziennikarzem, ale w podziemiu kolportował gazety „Solidarności”, a tak na co dzień zajmuje się zupełnie czym innym. Po kilku chwilach takiej nieformalnej rozmowy odczułem do Niego sympatię, zauroczył mnie ten Człowiek, który wcale nie wydawał się „srogim szefem”. Był przyjazny i serdeczny. Na koniec naszej rozmowy zaproponował mi współpracę z Kurierem.

Tak zaczęła się moja kolejna przygoda życiowa, która trwa do teraz i właściwie nadała zupełnie nowy sens mojemu życiu. Zajmowałem się właściwie wszystkim: łamałem poszczególne strony, pisałem artykuły i reportaże z wydarzeń. Mirek nigdy nie narzucał tematów, ale akceptował propozycje. Tak było z przeglądem prasy polskiej w Kraju i na Ukrainie. Gdy zaproponowałem Mu takie rubryki w Kurierze, powiedział, że dobrze, ale mam się tym zająć.

Zawsze szukał nowych możliwości rozwoju Kuriera. Gdy bardziej dostępny stał się Internet, założył stronę internetową. Wkładano do niej najnowsze materiały, jak i wcześniejsze. Tak oto zarodziło się archiwum Kuriera, archiwum, które jest otwarte i dostępne dla wszystkich chętnych. Z czasem do tego doszły filmy. Pierwszą kamerę dostaliśmy ogromną i ciężką, na kasety. Zaczęły się pierwsze nieśmiałe próbki zdjęć. Jako redaktor naczelny, Mirek starał się o sprzęt coraz nowszej generacji.

Zapalił się również do audycji radiowych. Nawiązał kontakt z warszawskim Radiem WNET. Tak powstało studio radiowe i tu również korzystał z mego doświadczenia radiowego i jako przewodnika. Z koleżanką Anną Gordijewską prowadziliśmy kilkakrotnie radiowy „Spacerek po Lwowie”.

Cieszył się niezmiernie z każdej nowej możliwości rozwoju redakcji. Gdy na Dudajewa zrobiło się zbyt ciasno, wynajął nowy lokal, potem następny, aż wreszcie przeniósł się ze Stanisławowa do Lwowa i tu stworzył „swoją” redakcję. Sam ją „dopieścił” udekorował, nadał jej wystrój według własnego uznania. Wykorzystał swoje prywatne zbiory historycznych cegieł, huculskich kafli, obrazów i rzeźb. Ściany udekorował kolejnymi jubileuszowymi numerami gazet, zdjęciami z ważnych wydarzeń, w których Kurier uczestniczył. Włożył swoje serce i swego ducha i dlatego panuje tu tak wspaniała, ciepła atmosfera. Z jaką dumą chwalił się lokalem przed gośćmi! Oprowadzał, pokazywał, tłumaczył i z dumą podkreślał, że jest to „nasze pomieszczenie redakcyjne” – a nie żadne tam wynajęte. Niestety nie nacieszył się nim długo…

Zawsze był otwarty, gotowy pomóc drugiemu, a przy tym nigdy nie stawiał się ponad innymi. Ze skromnością odbierał kolejne nagrody i wyróżnienia i za każdym razem podkreślał, że nie są jego osobistą zasługą, a dziełem redakcji. W życiu osobistym też był nadzwyczaj skromny, szlachetny i otwarty. I jeszcze jedną jego cechą był optymizm. Zawsze był pogodny i uśmiechnięty i gdy tylko pojawił się w redakcji, ten nastrój udzielał się obecnym.

Odszedł… Pozostawił po sobie doskonale działający mechanizm redakcyjny i naszym obowiązkiem jest kontynuować i utrwalać dzieło Jego życia. Musimy działać w myśl jego ulubionej maksymy: „Cokolwiek się wydarzy, życie toczy się dalej”.

To jest Jego przesłanie dla nas.

Krzysztof Szymański

X