Ulica Kamińskiego w Stanisławowie

Ulica Kamińskiego w Stanisławowie

Kamińskiego była, jest i będzie ważną, piękną ulicą. Niezależnie od nazwy. Dziś nosi imię Iwana Franki, a więc patrona obecnej nazwy miasta, co również wskazuje na jej znaczenie. Ale to nie Franko, a dr Ignacy Kamiński zrobił więcej dla tego miasta. Podniósł je bowiem z popiołów, zbudował od nowa.

Ulica Burmistrza
28 września 1868 roku Stanisławów spłonął do cna. Była to największa, straszna klęska, jaka kiedykolwiek spotkała miasto. Spalił się cały rynek i ratusz, spaliły się najlepiej zabudowane ulice w centrum. Domy, przeważnie drewniane, płonęły, jak zapałki. W morzu ognia całego śródmieścia ocalały tylko murowane kościoły oraz pałac Potockich. Po tym pożarze jednak stał się cud. W ciągu 7 lat powstał nowy Stanisławów. Miasto odbudowano nowocześnie, w kształcie, który do dziś można podziwiać, z pięknymi, murowanymi, piętrowymi kamienicami wzdłuż ulic śródmieścia. To wtedy też wybrukowano ulice, położono trotuary i granitowe krawężniki oraz zainstalowano oświetlenie gazowe. Wszystko dzięki energii ówczesnego burmistrza – Ignacego Kamińskiego, który był również posłem na Sejm Krajowy. To on zdobył dla miasta pożyczkę w zawrotnej na owe czasy wysokości pół miliona koron i uzyskał ogromne ulgi podatkowe. Kiedy w 1875 roku do Stanisławowa przyjechali na otwarcie wystawy przemysłowej możni goście, nie tylko z całej Galicji, ale również z obu stolic monarchii – Budapesztu i Wiednia, nie dostrzegli śladów gigantycznego pożaru. Od tego momentu też Stanisławów podniósł się do trzeciego, po Krakowie i Lwowie, miasta Galicji. Było to absolutną zasługą burmistrza Kamińskiego, który, niestety, dziś nie ma w Stanisławowie swojej ulicy.

Ul. Kamińskiego, dziś Iwana Franki (Fot. Tadeusz Olszański)Kraj lat dziecinnych…
Ulica Kamińskiego zaczynała się od Sapieżyńskiej i biegła równolegle do ulicy Trzeciego Maja w kierunku dworca kolejowego, aż do ulicy Romanowskiego. Zaraz na początku, po lewej stronie, prawie na rogu Sapieżyńskiej, znajdował się komisariat policji, a za nim – imponujący gmach straży pożarnej, z największą przezornością i chyba czułością wzniesiony właśnie przez burmistrza Kamińskiego, w trosce o to, aby w przyszłości szybko gasić pożary. Przy samej ulicy znajdowały się odgrodzone wysoką siatką od chodnika korty tenisowe, a za nimi – dwupiętrowy budynek strażaków z ogromnymi garażami na parterze. Chodziłem tam bardzo często razem z kolegami oglądać stojące w pogotowiu przed garażami, lśniące w słońcu czerwone wozy strażackie, ćwiczących wspinanie się na linach na specjalną wieżyczkę strażaków w srebrnych hełmach, a także podziwiać ubranych w nieskazitelnie białe stroje biegających po kortach tenisistów. Za strażą znajdował się klasztor Urszulanek i prowadzone przez siostry gimnazjum żeńskie, a potem za ulicą Pełesza – Kasa Chorych, gdzie pracował mój Ojciec. Po lewej stronie, naprzeciw straży pożarnej, znajdowało się sanatorium zaprzyjaźnionego z nami doktora Gutta, a następnie – potężny, szary gmach wojskowy – dowództwo dywizji piechoty i brygady kawalerii, zaraz potem – malutki domek rejonowej komendy uzupełnień, wylot ulicy Koszarowej i tyły ogromnych koszarów 48. pułku piechoty. Już z nagromadzenia tych różnych instytucji i atrakcji wynikało, że Kamińskiego jest bardzo ważną ulicą. Dla mnie natomiast była ona ważna jeszcze z innego powodu. Na Kamińskiego, bowiem mieszkał mój ojciec chrzestny – Romuald Dąbrowski. Emerytowany wprawdzie, ale prawdziwy generał Wojska Polskiego.

Keresztapa – Ojciec chrzestny – Romuald Dąbrowski
Państwo Dąbrowscy mieszkali w piętrowej kamienicy na Kamińskiego 9. Mieli piękne mieszkanie, które zajmowało całe pierwsze piętro. Dokładnie pamiętam to mieszkanie, bo bardzo często wraz z moimi rodzicami tam bywałem. Moim ulubionym miejscem był ogromny fotel w gabinecie generała, w którym na głównym miejscu wisiały dwie duże gabloty z jego wojskowymi orderami. W pierwszej były odznaczenia z austro-węgierskiej armii z czasów I wojny światowej, w drugiej natomiast – polskie, z wojny z bolszewikami. Co tu dużo mówić, byłem pupilkiem generała, który, podobnie jak moja Mama, rozmawiał ze mną po węgiersku. A ja mówiłem do niego keresztapa (należy wymawiać kerestapa), co ładnie brzmiało i oznaczało chrzestny ojcze. W języku polskim nie ma ani takiego zwyczaju, ani też takiego jednego słowa, które ciepło, serdecznie i bezpośrednio pozwalałoby zwracać się w podobny sposób do chrzestnego.

Ul. Kaminskiego. Ta willa miala szczescie (Fot. Tadeusz Olszański)Generał Romuald Dąbrowski urodził się w Litawie, na węgierskiej części Bukowiny, która w XIX wieku za C.K. należała do Galicji. Litawa znajdowała się tuż przy granicy z Rumunią. Dominującą rolę odgrywały w tym czasie na Bukowinie polskie i węgierskie rodziny szlacheckie, a wszyscy mówili tam aż pięcioma językami, bo jeszcze po niemiecku, rumuńsku i rusińsku. Mój ojciec chrzestny poszedł do szkoły kadetów w Budapeszcie, potem ukończył słynną węgierską Akademię Wojskową Ludovica. I ponoć na cesarskim dworze poznał swoją przyszłą żonę – Elżbietę Brulik, córkę węgierskiego barona, który był znanym tenorem i śpiewał w operach w Budapeszcie i Wiedniu. Elżbieta Brulik należała do dworu cesarzowej Sissi, która hołubiła Węgrów i w swoim otoczeniu faworyzowała ładne Węgierki. W czasie I wojny światowej Romuald Dąbrowski walczył na froncie rosyjskim, a więc na polskich ziemiach. Zaczął od dowodzenia batalionem i doszedł do kierowania pułkiem oraz rangi podpułkownika w austro-węgierskiej armii. Był jednym z pierwszych oficerów tej armii, który z chwilą wybijania się Polski na niepodległość w listopadzie 1918 roku natychmiast wstąpił do formującego się Wojska Polskiego. W wojnie bolszewickiej dowodził pułkiem i bodaj wtedy, w Brzeżanach, poznał mego Ojca, który kierował tam wówczas szpitalem wojskowym. Po wojnie Romuald Dąbrowski był dowódcą 18 dywizji piechoty, a kiedy w 1927 r. został mianowany generałem, dowodził całym IV Okręgiem Wojskowym w Łodzi. Po przejściu na emeryturę przeniósł się do Stanisławowa, aby być bliżej swojej Bukowiny i ukochanych węgierskich stron.

Tadeusz Olszański podczas ostatniego pobytu w Stanisławowie, nad Bystrzycą, opodal Ulbrichówki (Fot. archiwum KG)Spotkania
Państwo Dąbrowscy – to była najwyższa sfera i wokół nich skupiało się życie towarzyskie, zwłaszcza polsko-węgierskich rodzin. Tam odbywały się głównie spotkania kółka węgierskich żon, bo przecież pani generałowa była najważniejszą damą w tym gronie, niepisaną prezeską kółka, a w dodatku prowadziła otwarty dom. Zawsze była niesłychanie elegancka i nosiła zwiewne, muślinowe, przetykane srebrnymi albo złotymi nićmi szale. A kiedy odbywały się rodzinne uroczystości, wkładała kolię i diadem, który otrzymała w prezencie od uwielbianej cesarzowej Sissi.

W madziarskim kółku brylowała jednak pani doktorowa Niemczewska. Czynnie uprawiała sport, była mistrzynią Stanisławowa i Lwowa w tenisie i dzielnie walczyła nawet z największą sławą tamtych lat, Jadwigą Jędrzejowską. Wiecznie organizowała odczyty, spotkania, wycieczki. Niemczewscy mieli starszych ode mnie – córkę Werę i syna Kazimierza. Byliśmy z nimi bardzo zaprzyjaźnieni. Również trzeci polski lekarz, dr Stanisław Chorzemski, miał węgierską żonę i trzech synów. Węgierkami były też żony dwóch ukraińskich lekarzy – ginekologów Małaniuka i Wojewidki, a także ukraińskiego adwokata Ławryszki. W niczym to jednak nie przeszkadzało we wzajemnej serdeczności i o jakichkolwiek różnicach narodowościowych, w tym i nie tylko w tym zresztą gronie, mowy nie było.

W tym domu, pod numerem 12A mieszkał przez jakiś czas autor opowieści Tadeusz Olszański (Fot. archiwum KG)Odznaczenia
Podczas spotkań damskiego kółka serdecznie się nudziłem i uciekałem do drugiego salonu, gdzie przesiadywali panowie i z reguły grali w karty, bo generał, podobnie jak mój Ojciec, był zapamiętałym brydżystą, więc tam też spotykali się i panowie na party-fixy. Korzystałem z tego i często przesiadywałem w fotelu przed orderami. Pamiętam generała, jako człowieka niezwykle pogodnego, z reguły uśmiechniętego i zawsze spokojnego. Pozwalano mi patrzeć, jak starsi grają w brydża, pod warunkiem, że słowa nie pisnę. Brydżyści często denerwowali się, wypominali wpadki. Generał nigdy. A kiedy pauzował w grze, zabierał mnie do swego gabinetu, dawał do przejrzenia albumy fotograficzne ze zdjęciami z wojny i odpowiadał na moje pytania, dotyczące odznaczeń. Zapamiętałem, więc na zawsze, że miał wszystkie odznaczenia Signum Laudis. Od brązowego do złotego z mieczami. Były to okrągłe medale z cesarską koroną i wizerunkiem cesarza Franciszka Józefa, zawieszone na trójkątnych biało-czerwonych wstążkach. Najważniejsze wojskowe odznaczenie C.K. przyznawane oficerom za waleczność. Austriackie ordery różniły się od polskich właśnie tym, że były zawieszane na składanych w trójkąt wstążkach. Polskie zaś – na prostokątnych. Wśród polskich odznaczeń było Virtuti Militari, aż cztery Krzyże Walecznych i Polonia Restituta.

Byłem szalenie dumny ze swego chrzestnego ojca, ale jeszcze większa duma ogarniała mnie, kiedy do Stanisławowa przyjeżdżali jego synowie – oficerowie Wojska Polskiego. Franciszek w mundurze strzelców podhalańskich, w pelerynie i zielonym kapeluszu góralskim z orlim piórem oraz Romuald w mundurze ułańskim. Obaj świetnie mówili po węgiersku, gdyż urodzili się w Budapeszcie i zdążyli chodzić tam do węgierskiej szkoły. Przyjeżdżali do swoich rodziców na Boże Narodzenie i Wielkanoc, a ja szalałem ze szczęścia, kiedy zabierali mnie ze sobą na spacer po ulicy Sapieżyńskiej. Stanisławów był miastem garnizonowym, na ulicach zawsze, zwłaszcza w czasie świąt, było mnóstwo wojskowych i wszyscy bili w dach moim chrzestnym braciom, bo Franciszek był już kapitanem, a Romuald – rotmistrzem. To pod wpływem mego chrzestnego ojca oraz jego synów zacząłem marzyć o wojskowej karierze. W podziwianej rodzinie państwa Dąbrowskich raziło mnie tylko jedno. Otóż, pani generałowa nazywała swego męża z niemiecka „Hazerle” czyli zajączkiem, Franciszka – „Pimpo”, a Romualda – „Mucko”. Mama tłumaczyła mi, że takie pieszczotliwe zdrobnienia są węgierskim obyczajem, ale w żaden sposób nie przystawało mi to do wspaniałych i mężnych oficerów, a co dopiero do generała.

Ul. Kaminskiego. Typowy gmach dla starego Stanisławowa (Fot. Tadeusz Olszański)W 1937 roku przeprowadziliśmy się z ulicy Sapieżyńskiej na Kamińskiego, 12 A do nowo zbudowanej kamienicy obok klasztoru Urszulanek. Mieszkaliśmy bardzo blisko Dąbrowskich, co miało znaczenie dla mego Ojca, gdyż był ich osobistym lekarzem. Pani Dąbrowska zaczęła chorować i Ojciec często chodził do niej robić zastrzyki.

Do Kazachstanu…
Z wybuchem wojny wszystko wokół nas i Dąbrowskich runęło. Wiedzieliśmy tylko, że kapitan Franciszek Dąbrowski już nie służy w Strzelcach Podhalańskich, ale został przeniesiony do Gdańska i mianowany zastępcą dowódcy obrony Westerplatte – majora Henryka Sucharskiego. Ale, gdy Westerplatte padło, a do Stanisławowa wkroczyli Sowieci, nie mieliśmy już żadnych informacji o synach państwa Dąbrowskich. Nagle też urwały się wszystkie kontakty, spotkania. Polskie państwo i całe nasze wspaniałe wojsko przestało istnieć. Miałem wtedy 10 lat i być może rodzice chronili mnie przed rozpaczliwymi wydarzeniami z naszego najbliższego kręgu. Dzięki swoim szkolnym kolegom, bo w październiku poszliśmy do już radzieckiej szkoły, wiedziałem o prześladowaniach, o aresztowaniach ich ojców i wywózkach całych rodzin na Sybir.

Wiedziałem też, że Dąbrowskich wyrzucono z ich mieszkania na Kamińskiego i natychmiast wywieziono na Sybir. I choć to generałowa była chorowita, a generał dziarski, to w zatłoczonym wagonie właśnie on został po prostu zaduszony. Generałowa natomiast dzielnie wytrzymała nieludzki transport, czuwając przy zwłokach męża, a potem zniosła zsyłkę do Kazachstanu, gdzie zmarła pod koniec wojny. Taka legenda utrzymywała się nie tylko w kręgu przyjaciół państwa Dąbrowskich, ale nawet nabrała historycznego znaczenia. Po zakończeniu wojny, gdy żyli moi rodzice, a także wielu stanisławowiaków, bezpośrednich świadków gehenny, nie interesowałem się tymi wydarzeniami, czego z czasem zacząłem bardzo żałować. Bo okazało się, że jednak było inaczej. Kolega z ćwiczeniówki, Staszek Fudali, w swojej książce „80 miesięcy w kleszczach sierpa i młota”, wydanej w 2004 roku, dokładnie opisał losy generałowej Dąbrowskiej. Bo 13 kwietnia 1940 roku znalazł się z nią na jednej ciężarówce, w tym samym wagonie, w tej samej wywózce na Sybir, do Kazachstanu.

 Wewnętrzna brama jednej z kamienic na byłej ul. Kamińskiego (Fot. Tadeusz Olszański)Staszek Fudali chodził o klasę wyżej. Wiedzieliśmy o sobie, ale nie znaliśmy się bliżej. Ojciec Staszka był sędzią, został ujęty przez Sowietów, skatowany, osądzony, skazany na karę śmierci i zamordowany. To był los większości polskich sędziów i prokuratorów, a także policjantów, wojskowych i wszystkich służb mundurowych Rzeczypospolitej, którym nie udało się uciec lub skryć swej przeszłości. Ich rodziny, jako wrogów władzy radzieckiej, wywożono na Sybir. Generała Dąbrowskiego aresztowano zapewne bardzo szybko po wkroczeniu Sowietów. Był przecież liczącym się dowódcą w czasie wojny z bolszewikami. A takich natychmiast namierzano i zamykano. Żadne konwencje międzynarodowe nie były respektowane. Generała wywieziono, więc z więzienia, z grupą Polaków uznanych za wrogów rewolucji i władzy radzieckiej. Okrutnie traktowanych i zapewne stłoczonych w bydlęcym wagonie, w którym wywożono więźniów. I tego generał nie przeżył. W jakich okolicznościach i gdzie go pochowano ani ja, ani jego rodzina nigdy się nie dowiedzieliśmy i już nie dowiemy.

Wspomnienia świadka
Dopiero w ślad za aresztowaniami ruszyły masowe wywózki rodzin aresztowanych i wszelkich niepewnych elementów – kułaków i burżujów. Pierwsza wywózka nastąpiła już w lutym 1940 roku. Druga w dwa miesiące później, w kwietniu. I właśnie w tej wywózce splotły się losy generałowej Dąbrowskiej z rodziną po sędzim Fudali. I bardzo dokładnie, w specjalnym wysłanym do mnie liście, opisał zdarzenia Staszek Fudali: – Siedziałem na pace ciężarówki, załadowanej bagażami, wraz z matką i bratem oraz z kilkoma innymi rodzinami, kiedy zatrzymaliśmy się na ulicy Wojciechowskiego nr 15 lub 17. Z bramy dwupiętrowej kamieniczki wyprowadzono starszą panią i wyniesiono parę tobołków. Wsadzono tę panią na pakę, bo sama nie była w stanie wejść i wrzucono jej tobołki. Oczywiście, nikt na ciężarówce nie miał pojęcia o personaliach towarzyszy niedoli. Dopiero w czasie dwutygodniowej podróży koleją dowiedzieliśmy się, kto jest kim, bo wszyscy z ciężarówki znaleźli się w tym samym wagonie. Los też sprawił, że po wyładowaniu na stacji Lebiażje nasza rodzina znowu znalazła się na jednej ciężarówce, która wywiozła nas 120 km od stacji w step, do wsi Presnoredut w presno-gorkowskim rejonie kustanajskiej obłasti w północnym Kazachstanie. Mieszkaliśmy w tej wsi ponad 2 lata, przez rok w jednej izbie z generałową Dąbrowską. W długie zimowe wieczory moja Matka i i pani Dąbrowska opowiadały sobie zdarzenia ze swojej młodości i przedwojennych lat, a także z miesięcy władzy radzieckiej… Z rozmów tych dowiedziałem się, że generał Dąbrowski został aresztowany przez NKWD na przełomie października i listopada 1939 roku… W sierpniu 1942 roku generałowa Dąbrowska wyjechała do kuzynek – tak je nazywała – przebywających w federowskim rejonie, w tejże, co nasza obłasti odległej około 400 kilometrów na zachód. Te odnalezione kuzynki zapraszały ją do siebie i obiecywały pomoc w pielęgnowaniu mocno schorowanej już generałowej, która miała wtedy 62 lata. Po dwóch latach doszła do nas wiadomość o tym, że pani Dąbrowska tam właśnie zmarła…

Wzięci do niewoli obrońcy Westerplatte. Od prawej: kpt. Franciszek Dąbrowski, kpt. Mieczysław Słaby, por. Stefan Grodecki (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Losy Bohatera Westerplatte
Generał i jego żona umierali, nie wiedząc nic o losach swoich synów, o bohaterskiej, historycznej roli zastępcy komendanta obrony Westerplatte kapitana Franciszka Dąbrowskiego. To przecież tam, w polskich bunkrach, strzegących wejścia do portu w Gdańsku, o godzinie 05:00 rano w dniu 1 września rozpoczęła się II wojna światowa. Westerplatte zostało zaatakowane z morza przez niemiecki pancernik „Schlezwig – Holstein”, z powietrza – przez eskadry stukasów, z lądu – przez bataliony SS. W sumie ostrzeliwało polskie forty 62 działa, w natarciu brało udział 3500 żołnierzy. Westerplatte broniło 182 polskich żołnierzy. Rozkaz naczelnego dowództwa przewidywał stawianie oporu przez 12 godzin. Załoga broniła się przez tydzień! Obroną faktycznie kierował kapitan Dąbrowski, gdyż major Sucharski załamał się psychicznie, chciał się poddać. Ten dramat, zgodnie z żołnierskim honorem, Dąbrowski oraz pozostali oficerowie ukrywali przez wiele lat i historyczna prawda, że to właśnie on dowodził obroną Westerplatte, została w pełni ujawniona dopiero w latach 90. Nie był to wszakże jedyny dramat bohatera Westerplatte. Po sześciu latach niewoli, spędzonych w obozie jenieckim w Woldenbergu, natychmiast wrócił do Polski, zgłosił się do wojska. Służył w marynarce wojennej w stopniu komandora, naprzód w Gdańsku, a potem w Ustce do 1950 roku. Wtedy uznano, że był sanacyjnym oficerem, w dodatku synem generała zamordowanego przez NKWD. Trafił na listę niepewnych politycznie. Zwolniony z wojska, znalazł się w Krakowie, dosłownie na bruku, bez pracy i mieszkania. Po wielu staraniach dostał pojedynczy pokój, z sanitariatem na klatce schodowej. Odnowiła się mu gruźlica, na którą zachorował w niewoli. Aby utrzymać żonę i córkę, podjął pracę jako kasjer w krakowskim Klubie Książki i Prasy, ale i tam niespodziewanie mu wymówiono. Tłumaczył dla gazet teksty z języka węgierskiego, ale uznano, że zna go niedostatecznie. W końcu trafił do kiosku Ruchu, a w domu dodatkowo szył pantofle filcowe. Dopiero po październiku 1956 roku, kiedy nadszedł czas rehabilitacji byłych oficerów września, jako jeden z niewielu tych żyjących obrońców Westerplatte, co to „czwórkami szli do nieba”, zaczął być zapraszany na spotkania z młodzieżą, zjazdy żołnierskie i otrzymał emeryturę.

Wyjście z cienia
Cały spór o to, kto dowodził obroną i faktyczną rolę Franciszka Dąbrowskiego ujawnił znany reporter Janusz Roszko w obszernym tekście „Tajemnica Westerplatte” na łamach „Polityki” dopiero w 1993 roku, w 30 lat po śmierci bohatera. Roszko spisał relacje komandora Dąbrowskiego w 1957 roku i dał słowo, że właśnie przez tyle lat zachowa tajemnicę. Dąbrowski był człowiekiem honoru i słowem nie wspomniał wtedy o represjach i upokorzeniach, jakich doświadczył. Nasze rodzinne drogi po wojnie rozeszły się, nie mieliśmy kontaktu. Dopiero w latach dziewięćdziesiątych córka komandora – Elżbieta Dąbrowska-Hojce, odnalazła mnie i nawiązaliśmy korespondencję. To od niej i z pisanych przez nią artykułów dowiedziałem się o losach cudownej postaci mego dzieciństwa, który został bohaterem narodowym i z którym spacerowałem przed wojną po Stanisławowie. I o tym, że do końca życia nie dowiedział się, w jakich okolicznościach zginął jego Ojciec, a mój chrzestny, generał Dąbrowski. Niezwykłe natomiast było to, że jedna z tych pań, które podały się władzy radzieckiej za kuzynki pani Dąbrowskiej i ściągnęły ją do siebie, po powrocie z łagrów odszukała jej syna i wręczyła mu zawiniątko z biżuterią po matce oraz kilka fotografii z wygnania.

Tadeusz Olszański
Tekst ukazał się w nr 2 (44) 31 sierpnia 2007

Ulbrichówka

Opowieść o Stanisławowie i ulicach, których już nie ma

Plac Mickiewicza

X